Ilustracje do

Ilustracje do "Zosi Samosi i innych wierszyków", rekonstruowane przez Zuzannę Lipińska (Czytelnik)

fenomen

Zuzanna Lipińska, córka założyciela "Szpilek" i rysowniczki, przywraca pamięć o dziełach rodziców

Przełom lata i jesieni to wydawniczy powrót prac legendarnej pary rysowników Eryka Lipińskiego i Anny Gosławskiej-Lipińskiej (pseudonim Ha-Ga). Najpierw "O piesku dziwaku" wydawnictwa Bęc Zmiana, teraz "Zosia Samosia i inne wierszyki" Czytelnika, a niebawem album z rysunkami Ha-Gi, opublikowany również przez Bęc Zmianę. Wszystko dzięki córce Zuzannie, która nie daje zapomnieć o ogromnym artystycznym dorobku rodziców.

Nakładem wydawnictwa Fundacji Bęc Zmiana została niedawno wydana książeczka „O piesku dziwaku” z ilustracjami pani ojca, Eryka Lipińskiego. Ile lat minęło od wykonania tych ilustracji?

- Na odwrocie makiety książeczki, którą znalazłam całkiem niedawno w pracowni taty, nieżyjącego już ponad 20 lat, odkryłam pieczątki cenzury z 1945 roku! Ilustracje, pożółkłe i zniszczone, naklejone były na jeszcze mocniej dotkniętą upływem czasu tekturę. To oznacza, że książeczka „O piesku dziwaku” została przygotowana do wydania prawie 70 lat temu. To spolszczony przez Janusza Minkiewicza i zilustrowany przez mojego ojca znany angielski wierszyk z serii Nursery Rhymes „Old Mother Hubbard and Her Dog”. Ani ja, ani Monika - córka Janusza Minkiewicza, nie poznałyśmy go w czasach naszego dzieciństwa. Nic dziwnego, bo książeczka nie była publikowana. Piesek leżał na dnie szuflady, czekając, aż ktoś go znajdzie i uratuje od zapomnienia.

Postanowiłam przywrócić go do życia: wyretuszowałam, zrobiłam książeczkę według starej makiety i wydrukowałam cyfrowo na swój użytek dziesięć egzemplarzy. Jeden z nich dostała córeczka mojej przyjaciółki, Ani Niesterowicz. Ania zachwyciła się dziwacznym charakterem pieska, książeczkę zeskanowała i upowszechniła na jednym z portali społecznościowych. Tak jej wydaniem zainteresowała się Fundacja Bęc Zmiana.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)"O piesku dziwaku" (rys. Eryk Lipiński)

To nie był zupełny przypadek, prawda? Od lat pracuje pani wytrwale i regularnie nad archiwizowaniem ogromnej spuścizny, jaką zostawili po sobie pani rodzice.

- To prawda. W 2008 roku zorganizowałam w Muzeum Karykatury, założonym przez mojego tatę, pierwszą w życiu retrospektywną wystawę prac mojej mamy (www.ha-ga.com). Wystawa była ogromnym sukcesem i w następnym roku zostałam zaproszona przez legnicki Satyrykon do zasiadania w jury i pokazania tej samej ekspozycji. W 2011 roku, namówiona przez dyrektora Muzeum Karykatury Wojciecha Chmurzyńskiego, zorganizowałam kolejną wystawę, „Eryk i Zuzanna”, gdzie pokazane zostały plakaty ojca i rysunki innych karykaturzystów, dedykowane dla mnie w albumie, który założył tata. Wystawione były również jego plakaty z lat 40. i 50.

Często się dzisiaj zapomina, że to właśnie on, razem z Henrykiem Tomaszewskim i Tadeuszem Trepkowskim, był współtwórcą tzw. później polskiej szkoły plakatu. W tej chwili wydawnictwo Czytelnik drukuje „Zosię Samosię”  Tuwima. Oryginały zaginęły i musiałam wszystkie ilustracje samodzielnie odtworzyć. To bardzo trudne zadanie, bo jakość druku była wtedy koszmarna. Dzisiaj podziwiam, jak całe liternictwo było robione ręcznie: najcieńsze szeryfy były przez moich rodziców (i wszystkich innych ilustratorów w tamtych czasach) wyciągane bezbłędnie. Tego stopnia opanowania warsztatu niestety nigdy nie udało mi się osiągnąć.

Zbiory pozostawione przez moich rodziców są ogromne, a przekopywanie się przez ich archiwa jest czasochłonne. Pracę mam utrudnioną, bo mieszkam w Londynie, a zbiory po rodzicach są tutaj, w Polsce.

Jak często odwiedza pani Warszawę?

- Staram się tu być co najmniej dwa razy w roku. Niestety na archiwizowanie mam zawsze za mało czasu. Przyjeżdżam zwykle na krótko. Prace obojga rodziców są teraz w pracowni taty, która obecnie jest również moim warszawskim mieszkaniem. Przekopuję się przez wszystkie rysunki mamy, ustalam, gdzie i kiedy były drukowane. Niedługo ma wyjść książeczka z jej rysunkami, będzie ich około 200, z podpisami polskimi i angielskimi. W tej chwili pracuję nad wyborem tych prac. Niektóre podpisy są absolutnie nieprzetłumaczalne na angielski, jak np. „Para na plaży”: „- Czy lubi pani morze? - Może co lubię?".  Wybór jest przez to utrudniony.

Archiwizacja prac taty jest bardziej skomplikowana, trzeba archiwizować nie tylko jego twórczość plastyczną, ale również wszystko to, co pisał. Wydał wiele książek, kilka miał pozaczynanych, kiedy nagle zmarł na serce. Jest mnóstwo zdjęć. Trudno ustalić, kto na nich jest, spora część została zrobiona przed wojną. Jego korespondencja też wymaga archiwizacji. Miał plan wydania książki z listami znanych ludzi adresowanymi do niego, roboczy tytuł: „Drogi Eryku”. Inna książka - do połowy napisana - to rzecz o Warszawie, roboczy tytuł: „Po Warszawie sobie truchtam”. Miała łączyć jego wspomnienia z różnymi miejscami w Warszawie sprzed wojny, z czasów powojennych i dzisiejszych, a wzbogacone to być miało wiadomościami encyklopedycznymi i historycznymi anegdotami. Inna nieskończona książka, to książeczka dla dzieci - „Wspomnienia Abelka”. Abelek to był taty piesek, który mu podobno te wspomnienia podyktował.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)Książka z pieczątką cenzury (rys. Eryk Lipiński)

Dziś pomaga pewnie fakt, że od dzieciństwa obserwowała pani pracę rodziców.

- Od kiedy pamiętam, widziałam rodziców przy pracy. Pamiętam każdy etap powstawania ilustracji. Najpierw luźne szkice, potem rysunek na kalce, zasmarowywany po „lewej” stronie ołówkiem i potem kopiowany twardym ołówkiem na właściwy papier. Potem najciekawsza część, czyli malowanie: najpierw główne kolory, potem szczegóły, cienie, a na samym końcu obrys i delikatne detale. Ta technika nazywa się gwasz. Można było w niej łatwo retuszować pomyłki. Zawsze wiedziałam, że tylko to chcę robić w życiu. Poszłam studiować na Akademię Sztuk Pięknych nieomal automatycznie, nie wyobrażałam sobie żadnego innego zawodu. Ilustratorką jednak nie zostałam, mimo że zilustrowałam kilka książek dla dzieci. Jestem tzw. grafikiem użytkowym, zajmuję się też projektowaniem stron internetowych i aplikacji na Ipada.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pani dzieciństwa. Z kroniki filmowej z 1957 roku wynika, że nie tylko obserwowała pani pracę rodziców jako dziecko. Można powiedzieć, że już jako dziecko zaczęła pani z rodzicami współpracować.

- Pamiętam jak mama prosiła mnie ciągłe o „pozowanie” - doiłam krowę, kopałam piłkę, szłam przez wieś z workiem piasku jako Grześ. W książce „Cuda i Dziwy” jest ilustracja chłopczyka przy stole („Słówka i słufka”), do której pozował mamie brat Beaty Tyszkiewicz, Krzysztof, dziś 70-letni pan. W „Zosi Samosi” (zbiorze wierszyków dla dzieci Tuwima) jest ilustracja do wiersza „Spóźniony słowik”, w którym - w gniazdku na akacji - czeka na męża pani Słowikowa. Tak jest w tekście, natomiast na obrazku jest zdecydowanie dąb. Wszyscy mamie dokuczali, że wybrała złe drzewo do pozowania.

Zuzanna Lipińska z ojcem ErykiemZuzanna Lipińska z ojcem Erykiem

Tacie też pani pozowała?

- Tata nie potrzebował modeli, rysował wszystko z pamięci. Pracą rodziców interesowałam się zawsze. Potrafiłam asystować im przy stole do przez długi czas i patrzeć, jak powstają ilustracje od początku do końca. Sama rysowałam i malowałam bez przerwy. Rejestrowałam obrazkami całe swoje życie. Moje rysunki już w dzieciństwie publikowane były w różnych pismach. Dostawałam honorarium w postaci pudelka czekoladek, co uważałam za wielką  niesprawiedliwość.

Tata używał też moich rysunków w przeróżnych projektach. Kiedyś użył mojego rysunku krowy w prawie niezmienionej formie do projektu okładki książki. Po latach nie pamiętałam już nawet, jaka to była książka. Wspomnienie ożywiło niespodziewane znalezisko na Allegro. Było co prawda za późno na zakup, bo ktoś mnie ubiegł. Napisałam do nabywcy, prosząc o skan okładki, tłumacząc, dlaczego tak mi na tym zależy. Pan ten był na tyle miły, że mi tę książkę przysłał. Innym razem tata użył mojego rysunku Chińczyka niosącego sztandar (Chińczyka widziałam na pochodzie pierwszomajowym i po powrocie do domu natychmiast narysowałam). Wylądował na plakacie, który opierał się w ogromnym stopniu na mojej kompozycji. Chińczyk na moim rysunku miał czerwone skarpetki i takie też skarpetki dał mu tata. Przyczepiła się do nich cenzura. Że niby czerwony kolor został sprofanowany. Zmieniono go na brązowy i zaspokoiło to wymagania cenzury.

Gdy byłam jeszcze dzieckiem, tata często pokazywał mi szkicowe wersje swoich projektów i pytał, który mi się najbardziej podoba. Bardzo byłam dumna, gdy wybrany przeze mnie projekt był realizowany. Zapamiętałam, że tata pracował dużo szybciej niż mama. Mama robiła mnóstwo szkiców, zanim się decydowała na końcową wersję. Potem bardzo wolniutko malowała, zaznaczając brzegi koloru twardym ołówkiem, żeby kolory nie przeciekły jeden w drugi. Czas wysychania wydawał mi się bardzo długi. Dmuchałam, żeby szybciej schło i żeby mama mogła zacząć następny etap malowania.

Pani relacja z ojcem brzmi wyjątkowo. Była pani córeczką tatusia?

- Zawsze miałam bliski kontakt z tatą. Również później, jako studentka Akademii Sztuk Pięknych, gdy rodzice byli już rozwiedzeni. Mieszkałam z mamą, ale tata mieszkał niedaleko i spotykaliśmy się często w jego pracowni, gdzie tak jak kiedyś w dzieciństwie, siedziałam przy jego stole do pracy. On malował, a ja się przyglądałam i nie przeszkadzało nam to w rozmowie. Bardzo liczył się z moim zdaniem i pokazywał wszystkie swoje projekty. Czasem zapraszał mnie do współpracy. Zrobiliśmy wspólnie kilka plakatów, ale nie lubiłam tej formy pracy. Zawsze wolałam pracować sama. Tata natomiast lubił wspólne projekty - pierwszy w życiu plakat, za który zresztą dostał nagrodę, zrobił do spółki z Janem Kosińskim w 1935 r. Przed wojną miał stałego wspólnika Andrzeja Rubinrota, który niestety nie przeżył wojny. Robili razem okładki do książek. Zastanawiam się czasem, czy gdyby Andrzej przeżył, pracowaliby dalej razem i stworzyli duet graficzny, tak jak Lewitt-Him.

Kiedy tata stworzył Muzeum Karykatury, bardzo mu zależało, żebym też była częścią tego jego wielkiego przedsięwzięcia. Poprosił mnie o zaprojektowanie logotypu muzeum, który jest używany do dziś. Później zaprojektowałam kilka plakatów do muzealnych wystaw i okładki do katalogów. Mieszkałam już wtedy w Londynie. Praca na odległość była bardzo trudna. Nie było wtedy nie tylko internetu, ale nawet faksów. Każdy projekt wielkości 1:1 trzeba było fizycznie dostarczyć do zaakceptowania, potem odesłać do poprawek, potem do drukarni. Parę razy tata retuszował moje podniszczone w transporcie projekty.

Zuzanna Lipińska z rodzicamiZuzanna Lipińska z rodzicami

Potem pani zainteresowanie przekierowało się na nowe media. Czy to była forma buntu przeciwko starej szkole i tradycyjnemu projektowaniu?

- Kiedy pojawił się internet w latach 90., już po śmierci taty, zajęłam się projektowaniem stron internetowych. Nie miało to nic wspólnego z buntem. Konkurencja była wtedy bardzo mała. Niewielu grafików się tym zajmowało, bo wymagało to wiedzy na temat kodowania. Pierwsze strony internetowe były graficznie nieciekawe, robione przez informatyków, którzy nie mieli żadnego artystycznego wykształcenia. Ja nauczyłam się kodowania, na tyle, na ile to było potrzebne, i zabrałam się poważnie za projektowanie stron. Zaproponowałam ówczesnemu dyrektorowi Muzeum Karykatury, Wojciechowi Chmurzyńskiemu, ze zrobię dla muzeum stronę internetową. Wtedy jeszcze muzea nie miały stron, prawie nikt ich nie miał. Dyrektor nie bardzo wiedział, o czym mówię, ale obdarzył mnie zaufaniem i zgodził się. Do dzisiaj prowadzę tę stronę. Oczywiście ma to aktualnie niewiele wspólnego z oryginalnym projektem sprzed prawie 20 lat. Z przyjemnością myślę o tym, jak tata byłby zadowolony z tego, że jestem w jakiś sposób związana z jego muzeum.

Ojciec założył dla pani album, w którym zbierał rysunki znanych artystów. Jest w nim wiele rubasznych, czasem erotyzujących prac. Ojciec przekazywał pani rysunki od razu czy odkładał i archiwizował w albumie na przyszłość?

- Wszystkie rysunki były robione na kartkach albumu na gorąco. To były formy ilustrowanego autografu czy też dedykacji dla mnie. Ojciec założył ten album w 1957 roku na jakimś spotkaniu satyryków w Paryżu. Teraz widzę dokładnie, na czym to polegało. Tata był kolekcjonerem karykatur od wielu lat - ta jego prywatna kolekcja była podstawą Muzeum Karykatury - i myślę, że nie mógł przejść spokojnie koło tylu sławnych karykaturzystów, których spotykał, wyjeżdżając za granicę. Pewnie było mu niezręcznie prosić artystów o rysunki dla siebie, więc prosił pod pretekstem, że „dla córeczki”.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)"O piesku dziwaku" (rys. Eryk Lipiński)

Sprytne.

- Prawda? Miałam wtedy 11 lat i, prawdę mówiąc, nie przywiązywałam do tego albumu żadnej wagi. Leżał u taty w domu (już wtedy nie mieszkaliśmy razem), bo brał go ze sobą na wszystkie zagraniczne wyjazdy, gdzie wiedział, ze spotka rysowników. Pamiętam jeden z pierwszych wpisów - rysunek Antoniego Uniechowskiego, kolorowy na dwie strony, cały poczet królów polskich. Poprosiłam tatę, żeby zrobił zdjęcie i przyniosłam je do szkoły na lekcję historii. Lubiłam też aniołka Jean Effela, który był wtedy w Polsce bardzo popularny. Ukazywały się serie jego książek „Stworzenie Świata”.

Kiedy pierwszy album został wypełniony, tata kupił następny. Niektóre rysunki były robione „na szybko”, niektóre są bardziej dopracowane i widać, że wymagały więcej czasu. Czasami artyści brali album ze sobą i oddawali następnego dnia. Ojciec uzbierał cztery albumy. Pyta pani o rubaszne, erotyczne rysunki - to głównie polscy koledzy taty, karykaturzyści, są autorami tych rysunków, np. Mleczko czy Czeczot. Pytali podobno, ile lat ma córeczka, czy skończyła już 18? A to można wszystko. I tak się zabawiali.

Piąty album został już założony przez panią.

- Tak. 20 lat po śmierci ojca postanowiłam kontynuować jego kolekcję. Jakoś nie miałam do tej pory okazji, żeby poprosić o rysunek Marka Raczkowskiego, mojego ulubionego rysownika, ale mam nadzieję, że taka okazja się nadarzy.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)"O piesku dziwaku" (rys. Eryk Lipiński)

Ma pani ulubiony rysunek z tych albumów?

- Trudno mi powiedzieć, który rysunek jest moim ulubionym. Bardzo lubię rysunek Berezowskiej - wiezie mnie na nim na koniu rycerz. Narysowana jestem jako mała dziewczynka, mimo że miałam wtedy 11 lat. Ale tak mnie widocznie Maja pamiętała - dzieci szybko się zmieniają. Podpisane „genialnej Zuzance”, bo tak do mnie mówiła, przyglądając się, jak rysuję. Głównie konie, stąd ten rycerz na koniu. Lubię też bardzo rysunek Zbigniewa Jujki - całujący się diabełek z aniołkiem. Z zagranicznych moim ulubionym jest chyba rysunek Franciszki Themerson z 1959 roku. Przedstawia fruwające postaci ze śmigłami przyczepionym do różnych części ciała. Wiele lat później, na początku lat 70., miałam okazję poznać Franciszkę w Londynie. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Podarowała mi kilka dużych, pięknych rysunków, ale do tego w albumie mam największy sentyment. Jedyny rysunek z kolekcji ojca, przy powstawaniu którego byłam obecna, to rysunek Feliksa Topolskiego, moja karykatura. Jest dziś moim profilowym rysunkiem na Facebooku.

 

Eryk Lipiński. Karykaturzysta, satyryk, dziennikarz, grafik, autor plakatów i ilustracji książkowych, tekstów kabaretowych i felietonów, książek o karykaturze i satyrze, także scenograf. Założyciel tygodnika satyrycznego „Szpilki” i Muzeum Karykatury.

Anna Gosławska-Lipińska, Ha-Ga. Rysowniczka. Zadebiutowała w „Szpilkach”. Publikowała w „Przekroju”, „Ekspresie wieczornym”, „Stolicy”, niemieckim „Eulenspieglu”, radzieckim „Krokodilu” i francuskim „L'Humanite Dimanche”. Projektowała plakaty i ilustrowała książki oraz czasopisma dla dzieci.

Zuzanna Lipińska. Rysowniczka i graficzka. Córka Eryka Lipińskiego i Anny Gosławskiej-Lipińskiej. Mieszka i pracuje w Londynie, gdzie projektuje również strony internetowe i aplikacje na Ipada.

Marta Mach. Absolwentka arabistyki na UAM, tłumaczka i dziennikarka. Zanim w 2010 roku zamieszkała w Warszawie, dużo podróżowała. Mieszkała w Syrii, Libii i Indiach, gdzie tłumaczyła i współpracowała z organizacjami pozarządowymi. Współtwórczyni i redaktorka naczelna magazynu „Zwykłe Życie”, w razie potrzeby produkuje sesje zdjęciowe i wideo, dla przyjemności fotografuje.

Komentarze (8)
Zaloguj się
  • Gość: rita

    Oceniono 50 razy 44

    Ech, mieliśmy kiedyś rysowników i cudownie ilustrowane książki dla dzieci, Themersonowie, Uniechowski, Szancer, Srokowski i plejada innych... a teraz panoszy się Disney i świat obrzydza ba landrynkowo, błeee

  • dzaga41

    Oceniono 31 razy 27

    Gdzie te czasy mojej młodości w tym"strasznym" PRL-u.Cudowne Szpilki, cudowny Przekrój, wspaniali aktorzy,lekarze humaniści .Wulgaryzmy tylko pod budką z piwem ,a nie w teatrze czy telewizji i na co dzień na ulicach. Wolałam raz na tydzień Kobrę niż teraz na co dzień telewizję ponoć z misją.

  • Gość: Jarmila09

    Oceniono 1 raz 1

    Zapraszam do... blogowych odwiedzin:
    http://jarmila09.wordpress.com/2009/10/26/zosia-samosia/
    gdzie zamieściłam ilustracje z ponad siedmiuset książeczek
    i skąd pochodzi fotomontaż, umieszczony w nagłówku.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX