Andrew Miller

Andrew Miller (Fot. David Sandison)

wywiad gazeta.pl

Brytyjski bestseller u nas. Andrew Miller: Kiedy piszę, lubię koncentrować się na zmysłach

Jeden z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy brytyjskich, finalista nagrody Bookera. Książki jego autorstwa przetłumaczono na kilkadziesiąt języków. Właśnie ukazało się polskie wydanie jego powieści "Oczyszczenie", o której recenzentka "The New York Timesa" napisała: "Pewne książki są zbyt cudowne, a raczej: zanadto wypełnione cudami, by ich akcja mogła toczyć się we współczesnym świecie". Przeczytajcie rozmowę z Andrew Millerem, w której wyjaśnia, jak wymyślił powieść, której akcja rozgrywa się w przededniu rewolucji francuskiej na Cmentarzu Niewiniątek w Paryżu.

„Oczyszczenie” to nie pierwsza książka, której akcję osadził pan w XVIII wieku. Dlaczego akurat ten okres uważa pan za tak fascynujący?

- To moja trzecia powieść, której akcja toczy się w XVIII wieku. To dobre pytanie... Czasem wydaje mi się, że odpowiedź jest prosta - wychowałem się w angielskim Bath, które jest klasycznym, niezepsutym przez inne wpływy osiemnastowiecznym ośrodkiem miejskim. Dorastałem więc otoczony budynkami z tamtej epoki. Wiem, że to dziwne wytłumaczenie, ale wydaje mi się, że przynajmniej w części to na mnie wpłynęło. XVIII wiek to także epoka wystarczająco odległa, by wydawała się obca - ludzie wówczas żyli zupełnie inaczej niż my dzisiaj - a jednak wciąż pozostaje częścią współczesnego świata. Wydaje mi się, że duża część tego, w jaki sposób myślimy, jak funkcjonuje nasz świat, narodziła się właśnie w XVIII wieku. Jest to więc czas nam odległy, ale zarazem i bliski. Już nawet XVII stulecie wydaje mi się dużo bardziej obce, trudniejsze do opisania - być może dlatego, że religia dominowała wówczas wszystkie sfery życia, a jej wpływ osłabł wyraźnie właśnie w XVIII wieku. To właśnie podoba mi się najbardziej w tym okresie - to czas, który należy do współczesności, a jednak bardzo się od niej różni. Dzięki temu dostaję to, co w obu tych rzeczach najlepsze.

Czy czuje się pan w takim razie spadkobiercą oświecenia?

- Tak, absolutnie. Kiedy wyszła moja pierwsza książka, „Przemyślny ból”, krytycy sugerowali, że jest ona antyoświeceniowa - co odrobinę mnie zaniepokoiło, bo zdecydowanie uważam oświecenie za jedną z najważniejszych epok w historii ludzkości. Ogromnie podziwiam to, czego żyjącym wówczas ludziom udało się dokonać. Może istotnie do pewnego stopnia parodiuję ówczesne postawy w „Oczyszczeniu” - przynajmniej część postaci w książce ma bardzo uproszczoną wizję tego, czym jest Nowa Era, Era Rozumu. Nie przypuszczam, żeby nawet najwięksi oświeceniowi myśliciele choć przez chwilę przeczuwali, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości - my dzisiaj na pewno nie żyjemy w ten sposób.

Wspomina pan, że wychował się pan w osiemnastowiecznym mieście. Jak to było? Przechadzał się pan uliczkami i wyobrażał pan sobie, jacy ludzie tam kiedyś mieszkali?

- W pewnym sensie tak. Moją wyobraźnię zawsze pobudzały przebłyski przeszłości. Nigdy nie byłem dobrym historykiem w akademickim sensie, choć studiowałem historię na uniwersytecie. Jednak dla mnie historia zawsze była przede wszystkim zbiorem cudownych opowieści. Może zresztą właśnie tym jest naprawdę? Bath nie jest jakoś szczególnie dużym miastem i kiedy przemierza się je w całości - jak wielokrotnie mi się to zdarzało - we wczesnych porannych godzinach, ulice są właściwie całkowicie puste, nie ma samochodów. Nietrudno jest wtedy poczuć, jakby zegar cofnął się o dwieście lat. Uwielbiam to uczucie, to wrażenie podróży w czasie, którą możemy odbyć dzięki wyobraźni. Już jako młody chłopak byłem zafascynowany historią, moimi największymi bohaterami byli Rzymianie, miałem obsesję na ich punkcie - co chyba dość zawstydzało moich rodziców.

Bohater pana pierwszej książki John Dyer to genialny chirurg, który od urodzenia niezdolny jest do odczuwania czy to przyjemności, czy bólu. W „Oczyszczeniu” wykreował pan postać młodego inżyniera, który uważa się za człowieka oświecenia. Jak to się dzieje, że przychodzą panu do głowy bohaterowie? Jak narodził się Jean-Baptiste Baratte?

- Nie wiem, czy od razu są w pełni ukształtowani, raczej nie wyskakują mi z głowy całkowicie gotowi, jak Atena z głowy Zeusa. Ale pojawiają się dosyć nagle. Chyba dzieje się tak, że kiedy powieść zaczyna powstawać - najpierw w bardzo jeszcze nieformalny sposób - myśli się o tym, chodzi wokół tematu i zaczyna przeczuwać, co to będzie za książka. I wtedy w końcu przychodzi taki moment, że jest się gotowym na pojawienie się głównych bohaterów. Jean-Baptiste... Któregoś dnia jeszcze go nie było, a następnego już tak (śmiech). A ja w pewnym sensie nie mogłem się go doczekać, bo bez niego przecież książka nie mogłaby powstać. Aż do tamtej pory nie wiedziałem, kim będzie mój bohater. Chyba pierwsze, co stało się dla mnie oczywiste, to to, że Jean-Baptiste musi być kimś z zewnątrz - że nie pochodzi z Paryża, przyjeżdża do miasta z prowincji, że wywodzi się z klasy, która nie daje mu poczucia dumy, i że jest wykształcony ponad swoją pozycję społeczną - więc nie jest pewny siebie.

Okładka książki Okładka książki Andrew Millera

Co interesującego odnalazł pan w rzuceniu takiego bohatera w samo serce francuskiej stolicy?

- Po pierwsze, to ktoś, kto porusza się po mieście z szeroko otwartymi oczami, ktoś nie do końca pewny, jak powinien się zachować w różnych sytuacjach. Wie pan, ja sam pochodzę z prowincji, więc dość łatwo mi się utożsamić z tego rodzaju poczuciem, że nie należy się do centrum rzeczy, nie jest się częścią merytokracji, częścią elity. W tym sensie Jean-Baptiste jest osobny, a paryżanie patrzą na niego jak na prostaka. Ale chyba to właśnie w nim lubią - o ile w ogóle go lubią. XVIII wiek pełen jest ludzi, którzy sami zdobyli swoją pozycję, a Jean-Baptiste ku temu zmierza. To ktoś, kto w pewnym sensie trafił pod patronat możnych ludzi, ale też sam dopomógł swojemu szczęściu - i zdaje sobie z tego sprawę.

Gdyby miał pan opisać Jeana-Baptiste'a za pomocą pięciu przymiotników, jakie by pan wybrał?

- Uczciwy. Niepewny siebie. Ambitny. Hm... To dopiero trzy! Jak jeszcze można go opisać? Zdolny! Odważny (śmiech). Te właśnie bym wybrał.

Dlaczego akurat te?

- Cóż, lubię postacie, które nie są w oczywisty sposób bohaterskie, które muszą się mocno postarać, by stawić czoła wyzwaniom, jakie stawia przed nimi los. Dlatego też moi bohaterowie, jak zresztą często ma to miejsce w powieściach, nie pokonują trudności z łatwością. Niepewność Baratte'a jest w pewnym sensie kluczem do tej postaci. Chciałem, żeby był kimś, kto ma kruche poczucie własnej tożsamości. Z tego zrodziła się dość duża część książki - interesuje mnie, co dzieje się z ludźmi, których tożsamość z jakiegoś powodu się rozpada, tak jak ma to miejsce z Jeanem-Baptiste'em w pewnym momencie w książce. Tożsamość jest pewnego rodzaju konstruktem. A kiedy ten konstrukt się rozpada. Chcę wiedzieć, co po nim pozostaje i co może się wydarzyć w tej odsłoniętej nagle przestrzeni. Tym problemem zajmowałem się także w innych książkach i jest to zagadnienie, do którego stale powracam.

Na przykład Jean-Baptiste ma swój mały katechizm. Co noc, gdy kładzie się spać, powtarza sobie, kim jest, skąd pochodzi, czym się zajmuje, w co wierzy - ale od początku to wszystko jest bardzo kruche. Jest prostolinijny, uczciwy, raczej nie owija w bawełnę, mówi co myśli w dość północnym stylu - przepisałem trochę cech kojarzonych z mieszkańcami północnej Anglii na północ Francji, ale wydaje mi się, że północ wszędzie ma pewien specyficzny charakter. Więc Baratte jest prostolinijny, mówi, co myśli, dzięki czemu ludzie wiedzą, z kim mają do czynienia i szanują go za to. Ale nie jest wyrafinowanym umysłem, przez większość czasu jest dość zagubiony, wciąż zastanawia się, czy da radę wykonać swoje zadanie, jak funkcjonuje ten świat. W tym sensie wciąż jest naiwny, prosty. Widać to zwłaszcza w kontraście do Armanda, który wywodzi się z Paryża i czuje się tam jak ryba w wodzie.

Skąd pomysł na tę historię? Jak wpadł pan na historię Cmentarza Niewiniątek?

- Z historią cmentarza po raz pierwszy zetknąłem się w książce francuskiego historyka, Philippe'a Aries, który napisał pozycję poświęconą zwyczajom funeralnym w zachodnim świecie. Jest w niej krótka wzmianka o cmentarzu i jego zniszczeniu. Kiedy natknąłem się na nią - a było to długie lata temu - pomyślałem sobie, że ta historia ma w sobie to coś i że mógłbym jakoś ją opisać. Nie wiem nawet, co takiego jest w tej opowieści - może chodzi o jej niezwykłą teatralność, pojawia się w niej ogień, jest w niej coś upiornego. Ale ciekawił mnie także moment w historii, kiedy to się zdarzyło: tuż przed wybuchem rewolucji. Czułem, że to musiało być w jakiś sposób powiązane z nowym sposobem myślenia: pozbędziemy się przeszłości, literalnie wykopiemy ją spod ziemi i usuniemy. I rzeczywiście cmentarze, tak jak i wszystko inne, podlegały zmieniającemu się sposobowi myślenia - ludzie chcieli mieć nowe, higieniczne cmentarze, racjonalne w każdym calu, ulokowane na peryferiach miasta, gdzie łatwo o nich zapomnieć. Tymczasem Les Innocents jest typową średniowieczną nekropolią - małą, ulokowaną w samym centrum życia, po brzegi pełną kości. To coś, czego w epoce oświecenia ludzie już nie chcieli.

Czyli pisząc powieść historyczną, inspiruje się pan wzmianką w przeczytanej książce, prawdziwym okruchem historii. To jednak tylko zalążek, a całą resztę - świat przedstawiony, bohaterów, ich sposób myślenia - musiał pan dodać, używając własnej wyobraźni. Czy polegał pan tylko na niej, czy może robił pan jakieś badania, zbierał pan źródła w tym celu?

- Oczywiście zbierałem materiały. Może nie w jakimś kolosalnym stopniu, bo jak wspomnieliśmy wcześniej, napisałem już przedtem dwie książki osadzone w tej samej epoce, więc miałem już pewne ogólne pojęcie o tym okresie. Mieszkałem kiedyś w Paryżu, więc znam co nieco atmosferę tego miasta. Musiałem poszukać informacji na temat Cmentarza Niewiniątek, ale to okazało się niełatwym zadaniem. Podejrzewam, że gdzieś, w jakichś archiwach kryją się materiały na ten temat, ale muszę przyznać, że nie dało się w prosty sposób czegoś się dowiedzieć. Ale to nic, bo tak naprawdę jako pisarz chcę wiedzieć trochę, ale nie wszystko -  reszta to zadanie dla wyobraźni. Potrzeba mi tyle informacji, by ją pobudzić, nie więcej. Tak więc to, że trudno było zdobyć szczegółowe informacje, co do tego, w jaki sposób cmentarz został zlikwidowany na przykład nie miałem pojęcia, skąd pochodzili robotnicy, którzy przy tym pracowali - i cieszę się, że tak było, bo dzięki temu otwierała się dla mnie przestrzeń, by wymyślić własnych. Dlatego wydaje mi się, że nie odbiegam zbyt daleko od tego, co wiemy o likwidacji cmentarza, ale także - jak reżyser filmowy - staram się te ramy wypełnić własną wizją. Jak Marcel Carné, który na potrzeby filmu „Hetel du Nord” zrekonstruował kanał Saint-Martin. Ludzie przyjeżdżali zwiedzać plan filmowy - rekonstrukcję fragmentu Paryża tuż pod Paryżem. Czasem ja także lubię zabawić się w podobną rekonstrukcję i zaludnić ją postaciami wysnutymi z własnej wyobraźni, podobnie jak Fellini zaludniał swój Rzym. Można się tak bawić, a w tej zabawie zbliżyć się zaskakująco daleko do prawdy Przynajmniej taką mam nadzieję.

Opisuje pan smród unoszący się wokół przepełnionego cmentarza. Kiedy czyta się książkę, ten odór wydaje się niemal fizycznie wyczuwalny. Czy to również efekt pańskiej wyobraźni?

- Nie do końca. Wie pan, pisarze szukają w realnym świecie motywów, podpowiedzi, a potem je przetwarzają i wysnuwają z nich opowieści. Pamiętam pewną restaurację właśnie w Bath, której właściciele postanowili nagle zniknąć. Nie byli w stanie zapłacić czynszu, więc pozamykali drzwi i, nic nikomu nie mówiąc, po prostu uciekli.  Nikt nie miał pojęcia, co się wydarzyło - na drzwiach wisiała tabliczka w rodzaju: „Zamknięte z powodu urlopu”. W końcu zaczął wydobywać się stamtąd przerażający odór gnijącego jedzenia, rozkładającego się mięsa, wokół unosiły się stada much Wreszcie ktoś włamał się do środka i wtedy okazało się, co się wydarzyło. To mały incydent, ale dla mnie była to pewna wskazówka, jak mógł cuchnąć Cmentarz Niewiniątek. Generalnie, kiedy piszę, lubię koncentrować się na zmysłach, niekoniecznie na powonieniu. W pisaniu lubię mieć poczucie fizycznego odczuwania świata. Takie książki lubię czytać i tak chcę też pisać.

Zanim porozmawiamy o dzielnicy, w której pracuje Baratte, chciałbym zapytać o Wersal, który opisuje pan na początku książki. Jakie to miejsce i jakie postacie go zaludniają?

- Byłem w Wersalu jako dziecko, a pisząc książkę, zrobiłem też mały research, ale nie bardzo szczegółowy. Wiedziałem, o jaką atmosferę mi chodzi - chciałem, żeby pałac sprawiał teatralne wrażenie. Wiedziałem też, że w gruncie rzeczy było to mało wygodne miejsce do życia - nie żaden luksusowy hotel, a raczej wielkie, nieprzyjazne, pełne przeciągów miejsce, w którym źle się mieszkało i pracowało. I również cuchnęło - było pełne ekskrementów, a zgodnie z przysłowiem łajno bogaczy śmierdzi tak samo jak biedaków. Były tam potężne puste niewykorzystane przestrzenie, które zaludniały dziwne typy, a wszystkim rządziły dziwaczne protokoły. XVIII wiek, zwłaszcza we Francji, to epoka rozbudowanych protokołów i etykiet. Do niektórych drzwi się pukało, inne należało poskrobać. I tu znów pasowała mi wizja przybysza z prowincji, ubranego w sztywne nowe ubranie, prezent od ojca. Chciałem postawić go w miejscu, które z jednej strony jest naprawdę imponujące, a z drugiej przypomina teatr poza sezonem, przypomina w gruncie rzeczy Francję - po prostu nie działa, nie rokuje zmian. Nie przejmowałem się zbytnio planami, rozkładem pomieszczeń. Byłem w Wersalu i zapamiętałem pewne wrażenie. Można tam pojechać dzisiaj i załapać się na zwiedzanie z przewodnikiem, ale nie o to mi chodziło. Bazowałem na innych potężnych budynkach, w których w życiu byłem. Chodziło o to, by budynek sprawiał przede wszystkim wrażenie teatralności - ale także nieskuteczności, rozkładu.

W pałacu jest też słoń - dar dla króla Francji. Jako czytelnik chcę potraktować go jako symbol. Czy oznacza stan, w jakim znalazła się monarchia, czy może jeszcze coś innego?

- Wiem, że w pałacu była menażeria, więc czułem się usprawiedliwiony, umieszczając tam zwierzęta. Jednak kiedy piszę, staram się, by nie zrobić z czegoś, na przykład z takiego słonia, zbyt oczywistego symbolu. Słoń przede wszystkim powinien być po prostu słoniem - to najważniejsze zadanie słonia w książce. Ale oczywiście, fakt, że tam tkwi, smutny, potężny, ale uwięziony - jak również to, że powraca na końcu książki, kiedy to ludzie wloką jego martwe cielsko -  sprawia, że faktycznie słoń staje się symbolem potęgi, która upada. Przeżartej zgnilizną, cuchnącej.

Kolejnym elementem, który rzuca się w oczy w Wersalu opisanym w „Oczyszczeniu”, są lustra, w których wszystkie elementy rzeczywistości odbijają się w nieskończoność. Czy to również metafora przedrewolucyjnej Francji?

- Jako czytelnik może pan je odczytywać, jakkolwiek pan chce! Ale jak już mówiłem, Jean-Baptiste ma wyjątkowo kruche poczucie własnej tożsamości, więc ma specyficzną relację ze swoim lustrzanym odbiciem - może zresztą jak my wszyscy. On nie czuje się swobodnie, przeglądając się w lustrze, własne odbicie jest dla niego być może pytaniem wymagającym odpowiedzi. Jako pisarz bawiłem się również tym, czym jest pisanie w ogóle. Początkujący pisarze lubią umieścić na początku książki scenę z lustrem, która pomaga im opisać głównego bohatera (śmiech). Tymczasem Baratte w lustrze nie widzi siebie, widzi jedynie odbicie swojego brązowego ubrania - zwierciadło jest skrzywione, nie działa tak jak powinno. Tak więc lustro działa może raczej w kontekście Jeana-Baptiste'a niż w szerszym kontekście odbicia całej Francji - ale rzeczywiście odbija cały pałac i to, co reprezentuje, a wybudowano go przecież po to, by ucieleśniał monarchię. Sam w sobie został wybudowany jako symbol - i taka jest jego podstawowa funkcja: być symbolem.

 

Andrew Miller  fot. Abbie Trayler-Smith Andrew Miller fot. Abbie Trayler-Smith

Przeczytałem gdzieś, że Cmentarz Niewiniątek, który pan opisuje w książce, został tak naprawdę zapełniony już w XIV wieku. Psujące się zwłoki zatruwały wodę i pożywienie mieszkańców, a unoszący się ponad nekropolią fetor psuł powietrze. Wydobycie tysięcy kości spod ziemi było niemal niemożliwym do wykonania zadaniem. Jak by pan opisał misję oczyszczenia cmentarza?

- To rzeczywiście trudne zadanie. Kiedy Baratte je otrzymuje, nie jest pewien, jak się za nie zabrać - jest inżynierem, marzy raczej o budowaniu mostów i dróg, inaczej wyobraża sobie swoją przyszłość. Jednak oczyszczenie cmentarza to oczywiście również odpowiedzialne zadanie, potężne przedsięwzięcie inżynieryjne, więc wie, że jeśli mu się powiedzie, może zdobyć zawodową pozycję. Zabiera się więc do działania metodycznie. Jest co prawda trochę zdegustowany, że musi się tym zająć. To trudna praca i musi pozyskać wielu robotników, górników, którzy zajmą się samym robieniem wykopów. Jean-Baptiste od początku jest bardzo zdeterminowany. Choć prywatnie nękają go wątpliwości, w zawodowym życiu jest skuteczny, skupiony, bardzo zawzięty. Brnie do celu niezależnie od tego, co na jego temat sądzi i jak bardzo nieprzyjemna jest to praca. Nie poddaje się i za to go cenię, cechę tę podziwiają również inne postacie. Baratte musi taki być, bo bez niego wszystko najprawdopodobniej by się rozsypało, robotnicy porzuciliby narzędzia i uciekli gdzie pieprz rośnie. Jean-Baptiste martwi się, że tak właśnie się stanie, ale udaje mu się ich przed tym powstrzymać. Jego relacja z górnikami jest specyficzna. Myślę, że chce być przez nich lubiany, ale tak naprawdę ich nie rozumie, nie może zdziałać nic więcej, niż wydawać im tylko rozkazy. Ale oczyszczanie cmentarza to praca, którą wykonuje metodycznie - nierzadko z poczuciem obrzydzenia - choć to zmienia się nieco z czasem, w miarę jak przyzwyczaja się do tej pracy. Także jego stosunek do ludzkich szczątków się zmienia. Poczucie lęku czy niepokoju ustępuje poczuciu pewnej więzi. Inni być może mają podobnie. Ale chciałem przede wszystkim uciec od stereotypowej reakcji, jaką pewnie większość z nas miałaby w takiej sytuacji, i dotrzeć do poczucia wspólnoty z kośćmi wykopywanymi na Les Innocents.

A więc mamy młodego inżyniera, który z polecenia ministra, czyli członka arystokracji, przyjeżdża do przycmentarnej dzielnicy, by wykonać powierzone mu zadanie. Styka się tam z bohaterami należącymi do niższych warstw społecznych. Czy mógłby pan o nich opowiedzieć?

- Cóż, Jean-Baptiste wynajmuje pokój przy drobnomieszczańskiej rodzinie Monnardów, których również łączy z cmentarzem specyficzna relacja. Ale jego najbliższym kompanem staje się Armand, organista z cmentarnego kościoła - co ważne, kościół od lat stoi zamknięty, więc jest to organista, który nie ma dla kogo grać. Armand jest dla Jeana-Baptiste'a swoistą przeciwwagą - jest artystą, muzykiem, miejskim zwierzęciem, zna wszystkie miejskie sekrety i obyczaje, udaje, że zachwycają go prowincjonalne zachowania Baratte'a. Jak sam mówi, kiedy nadejdzie rewolucja, „własność stanie się bardziej płynnym pojęciem”. Nie jest zbyt uczciwy - w przeciwieństwie do Jeana-Baptiste'a. Można go sobie wyobrazić jako jednego z tych ludzi, którzy wzięli udział w rewolucji i dorobili się na niej. Ta dwójka dobrze do siebie pasuje i to z Armandem Jean-Baptiste spędza więc najwięcej czasu. Ale powiedziałbym, że Baratte czuje się swobodnie z większością osób, jakie spotyka - z wyjątkiem górników, którzy są Flamandami, mówią swoim językiem i są bardzo skryci, nikogo nie dopuszczają do swojej małej społeczności, jaką budują pośród grobów.

A co z kobietami w „Oczyszczeniu”?

- Ziguette, córka Monnardów, u których mieszka Jean-Baptiste, jest dość histeryczną i, jak się okazuje, niebezpieczną dziewczyną. Baratte jest nieśmiały, nie czuje się dobrze w towarzystwie kobiet, zdecydowanie ma niewiele doświadczenia w kontaktach z nimi - znów w przeciwieństwie do Armanda, który czuje się wśród kobiet jak ryba w wodzie. Kobieta, z którą ostatecznie związuje się Baratte, to pod wieloma względami zdecydowanie nieodpowiednia dla niego partnerka. Ale w gruncie rzeczy to osoba, która nie pasuje do swojego otoczenia - podobnie jak Jean-Baptiste. Jest prostytutką, ale różni się od innych prostytutek. Uwielbia czytać - to może najważniejsza cecha Héloise. Héloise i Jean-Baptiste pasują do siebie w tym sensie - żadne z nich nie czuje się dobrze w świecie, który ich otacza. Héloise pomaga mu wrócić do pionu, odnaleźć się na nowo. Bez  niej pewnie nie dałby sobie rady, jej obecność daje mu siłę. W opowieści pojawia się też Jeanne, wnuczka grabarza, która pała do bohatera nieodwzajemnioną sympatią.

A jak mieszkańcy dzielnicy traktują Baratte'a? Jest nowy wśród nich, wykonuje specyficzną pracę. Jest dla nich zagrożeniem, a może zwiastunem nowej ery, mesjaszem?

- Minister, który zleca Jeanowi-Baptiście oczyszczenie cmentarza, przewiduje trudności, opór ze strony mieszkańców, których przodkowie tam spoczywają. Są na to historyczne źródła. Tymczasem ludzie powitali to przedsięwzięcie przede wszystkim z uczuciem ulgi. Myślę, że traktują Baratte'a raczej z szacunkiem. Wszyscy go znają, to pewne. Ale ponieważ pracuje wśród kości, jest aniołem zniszczenia, trzymają go na dystans - podobnie jak Jeanne, która wychowała się na cmentarzu. Ale w przeważającej części są zadowoleni, że pozbywa się czegoś, co stało się nie do zniesienia. Wie pan, nie przypuszczam, żeby cmentarz w XVIII wieku był w gorszym stanie niż stulecie wcześniej, a jednak wówczas nikt nie narzekał. Czasy się zmieniły i cuchnący cmentarz przestał się mieścić w pożądanym obrazie świata. W tym sensie Jean-Baptiste działa w imieniu nowego porządku.

Nauka gra istotną rolę w życiu głównego bohatera. Nie wierzy w Boga, co noc powtarza swój katechizm, jak pan to nazwał, który nie ma nic wspólnego z religią. Czy nauka niesie mu pocieszenie? Czy dostarcza odpowiedzi na jego pytania?

- Kiedy piszę o nauce Szczególnie w mojej pierwszej powieści, „Przemyślnym bólu”, pisałem sporo o oświeceniowej nauce. Jak pewnie wiele osób, mam mieszane uczucia co do nauki jako swoistej pseudoreligii, sposobu na rozwiązanie problemów ludzkiego życia. W oczywisty sposób nauka czy siła rozumu nie przynoszą Jeanowi-Baptiście rozwiązań, które są w stanie odmienić jego codzienność. Nie tyle więc traci w nie wiarę, co jak większość z nas musi dojść do etapu, w którym staje się bardziej otwarty na zaakceptowanie prawdziwej natury ludzkiej - o której nauka, szczególnie od XVIII wieku, mówi nieskończenie wiele, ale której nigdy w moim przekonaniu nie będzie w stanie ostatecznie przeniknąć. Człowieka po prostu nie da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Jean-Baptiste nie traci więc całkiem wiary w siłę rozumu, wierzę, że po zamknięciu się fabuły książki nadal będzie pokładał ufność w ideach oświeceniowych. Oświecenie nie było po prostu topornym przekonaniem o nadrzędności rozumu, ale wiarą w misję wyciągania świata z ciemności. Działaniem przeciwko ciemnocie, zabobonom, wszechwładzy Kościoła. Wiarą w systematyzowanie wiedzy, jej dostępność - właściwie takie właśnie myślenie reprezentuje dzisiaj Wikipedia. Jednoczyło ludzi w całej Francji, piszących na bardzo różne tematy - o meblach czy o zawiłościach filozofii - a wszystkich traktowano z jednakową otwartością. Jean-Baptiste na pewno pozostanie po tej stronie, nie skłoni się ku mistycyzmowi. Ale stanie się kimś myślącym bardziej krytycznie, mniej szablonowym w swoich przekonaniach, niż był kiedyś, kiedy był jeszcze idealistą. Zda sobie sprawę, że są w życiu rzeczy, o których nie da się powiedzieć niczego kategorycznego.

Dla mnie jednym z najważniejszych momentów książki jest ten, kiedy Jean-Baptiste poznaje przyjaciół Armanda i wkrótce po tym dostaje nowe imię, pseudonim, przez co przeistacza się w mityczną postać, herolda rewolucji. Czy Baratte zdaje sobie sprawę ze zmian, jakie nadchodzą? Czy pozostali po prostu się nim bawią?

- Myślę, że do pewnego stopnia na pewno bawią się jego kosztem. Ale uważam, że to ciekawe - zwłaszcza w tym roku, kiedy wspominamy rocznicę wybuchu I wojny światowej - kto w obliczu wielkich wydarzeń historii potrafił przewidzieć jej bieg. Bo ewidentnie były takie osoby, które nie tylko przeczuwały nadejście tych wypadków, ale też ich przebieg, jednak przeważająca większość ludzi nie spodziewała się tego, co nadeszło - ci wszyscy, którzy wierzyli, że wojna „skończy się do Bożego Narodzenia”. A Jean-Baptiste? Armand oskarża go później o brak politycznej intuicji i w porównaniu z nim z pewnością mu jej brakuje. Armand jest dużo bardziej cyniczny, od początku wie, że przemoc jest nieuchronną częścią procesu, który się właśnie rozpoczyna. Jean-Baptiste bardzo niechętnie to przyznaje. Pragnie więc zaliczać się do „stronnictwa przyszłości” - Armand dokucza mu z tego powodu, robi mu przycinki dotyczące np. stroju - tymczasem w głębi duszy jest chyba dosyć konserwatywny, pochodzi w końcu z chłopskiej rodziny. Rewolucja dokonała się rękami burżuazji, miejskiej klasy robotniczej, chłopi raczej nie zasilali szeregów rewolucjonistów. Podsumowując, Jean-Baptiste jest w głębi serca konserwatywny i staje się częścią rewolucji, ale nie jest w nią bezgranicznie zapatrzony. Jestem przekonany, że musiał być wstrząśnięty zakresem przemocy i kultem przemocy, jaki szybko narodził się pod rządami rewolucjonistów.

Lecoeur, przyjaciel Baratte'a z Normandii, który przybywa do Paryża, by razem z nim pracować przy oczyszczaniu cmentarza, deklaruje: „Będą naszymi nazwiskami nazywać place, to my oczyścimy Paryż”. Tymczasem przedrewolucyjna atmosfera wciąż gęstnieje. W pana książce mnóstwo jest podobnych śladów: scena w teatrze, pusty gabinet ministra w Wersalu... Dla kogoś obeznanego z historią Europy są to łatwe do odczytania aluzje. Czy czytelnik powinien traktować oczyszczenie cmentarza jako bezpośrednią zapowiedź rewolucji i ery terroru, która ma się rozpocząć za moment?

- Tak, w pewnym sensie ta książka opiera się na założeniu, że czytelnicy dopowiedzą sobie ten kontekst i będą świadomi, że w chwili, gdy rozgrywa się akcja, rewolucja wisi w powietrzu. I rzeczywiście, to oczyszczenie w pewnym sensie obmywa z brudu, ale także zawiera w sobie elementy brutalnej przemocy. Nie jest to heroiczna służba, którą wyobraża sobie Lecoeur, kiedy mówi o nazywaniu placów ich imieniem. W książce jest scena, kiedy tuż przed pochowaniem Lecoeura Jean-Baptiste idzie do wychodka i jedyne, co ma ze sobą, to jeden z oświeceniowych traktatów, którego używa, by się podetrzeć, zawisając na moment nad kloacznym dołem. Ta scena to też w pewnym sensie rewolucja w miniaturze. Książka ma tytuł „Oczyszczenie”, bo nic w opisywanym świecie nie jest do końca czyste, a rewolucjoniści, ogarnięci szałem, by oczyścić kraj, wciąż rozmawiają o „czystości” idei rewolucyjnych. W tym sensie oczyszczenie cmentarza zapowiada rewolucję. Ale nie chciałem, żeby czytelnicy czuli się zmuszeni do dopatrywania się ukrytych sensów czy robienia czegokolwiek innego niż po prostu przeczytania książki. Czytanie to bardzo złożony proces i wydaje mi się, że skojarzenia nasuną się same podczas lektury, bez konieczności skrupulatnego łączenia faktów. Początkowo zresztą chciałem włączyć rewolucję do fabuły książki, ale mój redaktor doradził mi, bym to przemyślał - na całe szczęście, jak myślę, uważam, że książka jest lepsza bez tego. Rewolucja jest jak magnes, przyciąga, i ja też znalazłem się w orbicie tego przyciągania, ale w efekcie zadecydowałem - sądzę, że słusznie - by pozostawić ją poza nawiasem.

Czy sądzi pan, że „Oczyszczenie” to książka o pozytywnym wydźwięku?

- Cóż myślę, że nie jest pesymistyczna (śmiech). Wiemy, że jest osadzona u progu wyjątkowo burzliwego okresu w historii Europy, więc trudno, by była jednoznacznie optymistyczna. Mimo to jest to opowieść o człowieku, który pomimo tego, co go spotyka, zachowuje w sobie prawość i przyzwoitość. To także historia o przyjaźni, pokazująca, że pewne wartości przetrwają nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach. Rewolucja, choć straszliwa i krwawa, miała w sobie także momenty prawdziwie heroiczne, ludzie bywali gotowi do największych poświęceń w imię czystych ideałów. Obraz świata nigdy nie jest jednoznaczny. A rolą literatury w moim odczuciu nie jest głoszenie optymizmu czy pesymizmu, ale odzwierciedlanie złożoności naszego doświadczenia.

Podczas pisania myślał pan o własnej śmierci i nieuchronnym rozkładzie?

- Oj tak. W pewnym wieku śmierć zaczyna być posmakiem w ustach, którego nigdy nie da się pozbyć. Ale nie chciałem, żeby cmentarz i szczątki opisane w książce kojarzyły się jedynie z horrorem. Jak już mówiłem, stosunek bohatera do szczątków zmienia się w miarę rozwoju opowieści, tak jak zmienia się nasz stosunek do umierania i tego, co się z nim wiąże, na różnych etapach życia. Kiedy miałem dwadzieścia lat, miałem romantyczny obraz śmierci. Teraz, gdy przeżyłem odchodzenie obojga rodziców, patrzę na nią inaczej. Myślę o śmierci, ale jest pewien rodzaj poczucia związku ze zmarłymi, który teraz odczuwam dużo mocniej. Niektórzy z nich są mi bliscy. Kilku moich przyjaciół zmarło, poczucie więzi z nimi jednak pozostaje. I Jean-Baptiste, i ja przechodzimy więc pewien rodzaj ewolucji w myśleniu o śmierci: od lęku do szacunku, zrozumienia i może nawet pewnej rutyny. Nie ma już strachu. Coś się zmieniło.

 

Michał Nogaś. Dziennikarz Programu 3. Polskiego Radia, prowadzi audycje poświęcone książkom: „Z najwyższej półki” oraz „Trójkowy Znak Jakości”.

Komentarze (4)
Zaloguj się
  • Gość: gosc123

    Oceniono 8 razy 8

    świetna książka - czytałem tydzień temu. naprawdę literatura z najwyższej półki, a jednocześnie bardzo wciągająca.

  • krzycho17sierpnia

    Oceniono 8 razy 6

    Warto byłoby pamiętać o podaniu nazwiska tłumacza lub tłumaczki. "Oczyszczenie" przełożył Michał Kłobukowski, który na polski tłumaczył też między innymi Conrada, Austera, DeLillo, Nabokova.

  • Gość: Dann

    Oceniono 2 razy 2

    Genialna książka. Jeśli ktoś czyta dobre powieści to koniecznie musi zajrzeć.

  • Gość: Hania

    0

    Polecam tę lekturę. Bardzo ciekawa książka,świetnie się czyta i działa na wyobraźnię.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX