Praca zatytułowana

Praca zatytułowana "En route to Berlin". Koniec kwietnia 1945 roku, okolice Berlina, wzięty do niewoli przez Sowietów SS-man z francuskiej dywizji ochotniczej "Charlemagne", której oddziały w tamtym czasie przedzierały się na odsiecz stolicy Rzeszy (fot. Radek Pituch)

Modelarstwo to jedynie zabawa dla dużych chłopców? Radek Pituch: Dla mnie to sztuka!

Czy modelarstwo, kiedyś niezwykle popularne, dziś - w dobie gier komputerowych odeszło do lamusa? Okazuje się, że wciąż ma swoich zagorzałych fanów. A wśród nich są i tacy, którzy osiągnęli poziom mistrzowski. O wątkach patriotycznych, małych figurkach za kilkaset euro i pudełeczku pełnym głów i rąk opowiada Radek Pituch, który jeździ po całym świecie prezentując swoje projekty, ale podkreśla, że modelarstwo to przede wszystkim świetna zabawa.

Czy ty nazywasz siebie modelarzem?

- Tak. Choć jestem też rzeźbiarzem. A to z kolei wynika z moich zainteresowań ogólnie sztuką, także malarstwem. Podczas studiów sporo rysowałem, malowałem. Ale jakoś to wszystko zostało gdzieś w przeszłości, skupiłem się już tylko na tym modelarstwie, bo czułem, że nieźle to wychodzi.

Siedmioletni Radek dostał na gwiazdkę pierwszy zestaw małego modelarza... Taki jest początek tej historii?

- Ja nie pamiętam okoliczności, w jakich dostałem pierwszy model. Pamiętam, jak tata mi kupił pierwszego Matchboxa. Dostałem go dopiero, gdy skończyłem siedem lat, ale on długo leżakował i czekał, aż podrosnę. Większość chłopców interesuje się modelarstwem, przynajmniej przez jakiś czas. Niektórzy po latach do tego wracają.

Te dwadzieścia kilka lat temu składanie modeli to była chyba dość typowa zabawa dla chłopca. Dziś jest inaczej, dzieciaki chcą Playstation.

- Dziś wyobraźnią rządzą gry komputerowe. Ale jest też miejsce i na modelarstwo. Choć rzeczywiście mniej osób się tym tak interesuje jak kiedyś.

Wspominam o Playstation, bo dziś to jest taki obrazek: dorosły facet, ale ma takie chłopięce rozrywki - lubi sobie popykać na „plejaku”. A to nie takie tanie hobby. Modele są tańszą rozrywką?

- Modelarstwo nie jest wcale tanią formą spędzania czasu. By zgromadzić potrzebne narzędzia, trzeba wydać tyle, co na konsolę.

Polscy żołnierze oglądający zniszczone przez siebie niemieckie działo szturmowe StuG 40 Ausf. G, gdzieś w okolicach Monte Cassino (fot. Radek Pituch)Polscy żołnierze oglądający zniszczone przez siebie niemieckie działo szturmowe StuG 40 Ausf. G, gdzieś w okolicach Monte Cassino (fot. Radek Pituch)

A o jakim wydatku mówimy? Jeśli człowiek chce to robić na poziomie.

- Na takim komfortowym poziomie - powyżej tysiąca złotych. Co prawda podstawowy aerograf można kupić już za 120 złotych, ale taki dobry, porządny, kosztuje i półtora tysiąca. Trzeba mieć kompresor, by zasilić pistolet powietrzem, to też może kosztować i tysiąc złotych.

Robi się z tego cały warsztat. Trzeba mieć na to miejsce.

- Gdy mieszkałem z rodzicami, to zagospodarowałem sobie suterenę, miałem tam warsztat. A że pracuję zawsze przy sztucznym świetle, nie przeszkadzał mi ograniczony dostęp światła dziennego. Teraz zagospodarowałem sobie przestrzeń u siebie w mieszkaniu - w małym pokoju mam biurko, przybory, stanowisko do fotografowania, bo teraz w zasadzie każdy model, który robię, robię pod kątem jakiegoś artykułu. Czy to do książki, czy do prasy - głównie zagranicznej.

Sam wybierasz sobie tematy?

- Staram się wybierać je tak, by był w nich zawarty jakiś wątek historyczny, a nie totalnie abstrakcyjny. Dla mnie ważne jest nie tylko, by odwzorować dany model pojazdu, ale by miało to mniej lub bardziej odwzorowanie w wydarzeniach historycznych. Zdjęcia z epoki stanowią dobre źródło inspiracji, ale takie odwzorowywanie ze zdjęć narzuca pewne ograniczenia, tracimy nieco inwencję. Nie widzimy np. danej sceny czy pojazdu z każdej strony, to co niewidoczne trzeba zatem dopowiedzieć. Są tematy szczególnie ukochane przez modelarzy: Stalingrad, bitwa pod Kurskiem, Ardeny. Ja staram się wybierać inne, te mniej popularne w modelarskim mainstreamie. Umiejętność rzeźbienia pozwala mi tworzyć bez ograniczeń.

Rzeźbienia? Przecież te elementy makiety się klei? Mogę to nazywać makietą, czy to nie jest właściwe nazewnictwo?

- Tak na dobrą sprawę makietą jest już sam pojazd. Taką scenę, w której występują też postacie, jest jakieś „tło” nazywamy dioramą. Można to też nazywać winietą - to jest mniejsza forma dioramy. Ja robię projekty w skali 1:35, czyli jest to 35 razy mniejsze niż w oryginale. To jest popularna skala wśród osób, które zajmują się pojazdami militarnymi. I figurkami też. Mogłoby się wydawać, że figurki są takim tylko dopełnieniem do pojazdów, ale są na świecie imprezy, które są poświęcone tylko figurkom. Modelarstwo figurkowe jest nawet uważane za w pewnym stopniu elitarne. Oryginalne figurki, które są odlewane z białego metalu, rzeźbione przez wspaniałych rzeźbiarzy, którzy nie ustępują w zdolnościach artystom projektującym pomniki - robią wspaniałe rzeczy. Taka figurka potrafi kosztować nawet 200 euro.

Epizod z operacji „Jubilee” czyli nieudanego lądowania jednostek brytyjskich i kanadyjskich na plażach Dieppe we Francji w sierpniu 1942 przedstawiający wziętych do niewoli Kanadyjczyków z królewskiego pułku „Calgary”  (fot. Radek Pituch)Epizod z operacji „Jubilee” czyli nieudanego lądowania jednostek brytyjskich i kanadyjskich na plażach Dieppe we Francji w sierpniu 1942 r., przedstawiający wziętych do niewoli Kanadyjczyków z królewskiego pułku „Calgary” (fot. Radek Pituch)

Oj, drogo.

- W Polsce - w przeciwieństwie do Włoch czy Hiszpanii - to modelarstwo figurkowe jest mniej popularne właśnie ze względu na barierę ceny. Koszt budowy całości makiety z czołgiem czy samolotem jest równoważny jednej oryginalnej figurce. Czołg czy samolot - to jest coś okazałego! A do figurek trzeba być już koneserem modelarstwa. Choć to się zmienia. W Toruniu działa taka grupa, która propaguje malarstwo i rzeźbę figurkową jako alternatywną formę sztuki - tak to nazywają. Odbyły się już nawet trzy festiwale.

Moim zdaniem fajniej wygląda taka scenka z ludźmi niż sam czołg na trawie...

- Fakt, takie scenki z życia są dużo ciekawsze. Prowadząc spotkania warsztatowe (czy raczej seminaria, bo to nie są warsztaty, raczej pokazy połączone z wykładem) na całym świecie, staram się ludzi tym właśnie zainteresować. Nie tylko pojazdy się liczą, bo one same opowiadają mocno ograniczoną historię. Te miniatury ludzi powodują, że jest jakieś życie, jakaś historia. Stoi trzech żołnierzy, którzy coś omawiają, zdają relację... Dzięki figurkom można opowiedzieć każdą historię w miniaturze.

Ale trzeba mieć zdolność rzeźbienia...

- To prawda, ja na szczęście mam (śmiech). Ale to też przychodzi z doświadczeniem. A dzięki temu można zawrzeć w scence sporo emocji. Narzędzia i materiał pozwalają, by postacie miały mimikę. Można stworzyć batalistyczny obraz w trójwymiarze.

A jak wygląda proces tworzenia, tak po kolei? Rozrysowujesz to sobie?

- Najczęściej jest tak, że oglądam fotografie, niekoniecznie nawet wojenne. Spodoba mi się układ budynków, ulic, terenu - pagórki, droga... Takie zupełnie banalne rzeczy, które mogą być źródłem inspiracji. Coś mi zaczyna w głowie kiełkować - że w takiej scenerii mógłbym jakąś scenkę zaaranżować. Czasem robię szkice, żeby nie poumykało. Ale co innego szkic na kartce, co innego trójwymiar. Dopiero gdy zaczynam szkicować w trójwymiarze - ołówkiem na kartce - buduje się przestrzeń. Wycinam, sklejam. Używam tektury, pianki modelarskiej. To pozwala sprawdzić, czy wymyślony układ będzie dobrze prezentował się w przestrzeni, ta głębia będzie fajnie wyglądała. To warto sprawdzić, nim się zacznie robić poszczególne elementy. Bo nie wszystko, co sobie wyobrazimy i naszkicujemy, będzie się sprawdzało w trójwymiarze. Bywa, że projekt zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, co z kolei może negatywnie wpłynąć na zwięzłość historii, którą chcemy opowiedzieć.

Co w tym złego? Taka duża makieta czy, przepraszam, diorama będzie super wyglądać.

- Są konkursy, które mają ograniczenia rozmiarów. Np. 60 cm długości. Jeśli się chce to zaprezentować publiczności i pojechać z tym na konkurs, warto takie rzeczy wiedzieć.

No to mamy już rozrysowane, sprawdzone w przestrzeni. Co dalej?

- Teraz zaczynają się modyfikacje (śmiech). To jest długotrwały proces, od samego projektu do wykonawstwa. Jak jakiś motyw mi się spodoba, próbuję go wtopić w to, co już zrobiłem. Przebudowuję. To nie jest beton, operuję plastycznymi materiałami, więc można je łatwo, nawet w zaawansowanym stadium projektu, modyfikować.

Rozmowa bohaterów „Pana Tadeusza” wzorowana na ilustracji Michała Andriollego i odtworzona w skali 1/32 (54mm) nagrodzona w 2010 roku na imprezach Polsce, Węgrzech (best of w kategorii figur)  i HolandiiRozmowa bohaterów „Pana Tadeusza” wzorowana na ilustracji Michała Andriollego i odtworzona w skali 1/32 (54mm) nagrodzona w 2010 roku na imprezach Polsce, Węgrzech (best of w kategorii figur) i Holandii (fot. Radek Pituch)

Mówisz, że przychodzi ci do głowy jakiś konkretny układ terenu, jakiś - że tak to ujmę - widoczek. A wydarzenia historyczne? Szukasz w nich inspiracji?

- Też. Kiedyś zrobiłem na przykład scenki z „Pana Tadeusza”. Do jednego z wydań XIX-wiecznych Michał Andriolli, polski rysownik i ilustrator, zrobił piękne grafiki. Przeglądając to wydanie pomyślałem, że zrobię takie miniatury. I zrobiłem scenkę jak siedzą Gerwazy i Protazy na ławce pod domem Sędziego, pogrążeni w rozmowie, nad szklanicami miodu. I drugą - spotkanie Hrabiego i Gerwazego w ruinach zamku. Bazując na obrazie Andriollego, zrobiłem swoją wizję. I zdobyłem za to nagrody.

Robiłeś je pod konkurs?

- Nie, po prostu zaciekawił mnie ten temat. A nagrody przyszły potem.

Czyli interesują cię nie tylko militarne klimaty.

- Poza tymi scenkami z „Pana Tadeusza” zrobiłem tylko jeszcze jedną inną scenę - z „Monachomachii” Ignacego Krasickiego, bo podobała mi się koncepcja tych karykaturalnych mnichów. To było w 2004 r. Po wielu latach, w bodajże 2012 r. zgłosiło się do mnie pewne wydawnictwo przygotowujące podręcznik dla szkół gimnazjalnych z pytaniem, czy mogą użyć zdjęcia mojej pracy jako ilustracji „Monachomachii”. Takie rzeczy cieszą.

Miło. A ile trwa stworzenie takiej pracy?

- Trudno powiedzieć, bo ja często długo modyfikuję, a na dobrą sprawę można by takie modyfikacje wprowadzać w nieskończoność... (śmiech). Czasem patrzysz na teoretycznie gotowy projekt i coś nie gra. Wtedy warto pokombinować. Zmienić rozmiar podstawki, ustawienie pojazdu. Aż do skutku. Bywa, że i rok zajmuje mi zbudowanie takiej dioramy. Ale to też dlatego, że robię to po godzinach, przecież normalnie chodzę codziennie do pracy. A poza tym zdarza się, że coś nowego mi przyjdzie do głowy i zostawiam na trochę jakiś zaczęty projekt. Rekord pobiłem, kończąc w 2012 r. coś, co zacząłem w 2008. I, uczciwie mówiąc, skończyłem, bo pretekstem była prośba wydawcy, który dopominał się o zdjęcia.

Kłótnia mnichów, na podstawie ”Monachomachii” Ignacego Krasickiego, jedna z pierwszych prac Radka, rok 2004 Kłótnia mnichów, na podstawie ”Monachomachii” Ignacego Krasickiego, jedna z pierwszych prac Radka, rok 2004 (fot. Radek Pituch)

A jak docierają do ciebie wydawcy?

- Teraz to chyba Facebook jest takim najwygodniejszym kanałem nawiązywania kontaktu. Ale zanim komunikacja przeniosła się tam, można było udzielać się na forach tematycznych. Swego czasu byłem dość aktywny na takich forach, zwłaszcza zagranicznych. Poza tym prowadzę też hobbystycznego bloga.

Nie ma wielu osób, które by to robiły na takim mistrzowskim poziomie. Więc pewnie się wszyscy znacie?

- To prawda. Choć - podkreślam, do mistrzostwa się cały czas dąży. Owszem, wskakuje się na pewien poziom. Wielu z mistrzów modelarstwa to są ludzie 10, 15 lat starsi ode mnie. Gdy parę lat temu oglądałem ich prace w internecie, myślałem: o, chciałbym takie efekty osiągać. Oni byli dla mnie wyznacznikami poziomu, który chcę osiągnąć, takimi guru. A dziś znam ich osobiście, rozmawiamy jak koledzy. To jest fajne - przejście od ucznia do tego kręgu mistrzów. Kiedyś z rozdziawioną buzią oglądałem to, co oni robią, a dziś traktują mnie jak swojego, pytają o opinię.

I ludzie chcą się od ciebie uczyć.

- Chcę przygotować książkę podsumowującą mój dotychczasowy dorobek. Chciałbym też stworzyć tutorial, jak rzeźbić.

Dążę do tego, by nie tylko pokazać „ale jestem super”, skromność jest bardziej pożądaną cechą, ale by ludzi czegoś nauczyć, by ich zachęcić, by sami spróbowali. Dlatego bardzo lubię te spotkania w formie prezentacji.

Podczas jednego z pokazów rzeźbienia. Każdy pokaz to nie tylko rzeźbienie na żywo, ale także prezentacja multimedialna oraz pogadanka o różnorakich aspektach tego zajęciaPodczas jednego z pokazów rzeźbienia. Każdy pokaz to nie tylko rzeźbienie na żywo, ale także prezentacja multimedialna oraz pogadanka o różnorakich aspektach tego zajęcia (fot. Radek Pituch)

Jak wygląda taka prezentacja? Siedzisz i montujesz model, a wszyscy się przyglądają?

- To się zaczęło w zeszłym roku. Zostałem poproszony, by pomóc przy organizacji imprezy modelarskiej. A potem poprosili, bym pokazał, jak się rzeźbi. W ramach tego figurkowego modelarstwa, jak ktoś potrafi nie tylko pomalować, ale i wyrzeźbić, i robi to w sposób realistyczny, to jest jakiś swego rodzaju ewenement. To był mój debiut w roli wykładowcy. Przyniosłem swoje prace - napoczęte i skończone, by pokazać, jak to na różnych etapach wygląda. Ale i pokazywałem na żywo, jak rzeźbię. To jest proces wolny i długotrwały, więc trudno pokazać go od zera do finalnego efektu. Myślę, że to fajna zachęta dla tych, co się już trochę interesują. Ludziom się często wydaje, że to jest trudne, więc lepiej nie próbować.

Mogę sobie wyobrazić, że taki model można stosunkowo łatwo skleić, ale taka malutka figurka...

- W skali 1 do 35 ona ma około 50 milimetrów. Nie wszystkie detale da się wyrzeźbić, odtworzyć, szczególnie te powtarzalne jak sprzączki, klamry itp. Cienkich elementów nie da się odlać, bo się połamią. Tu jest pole do popisu dla producentów tak zwanych aftermarketów, czyli dodatków. Niektóre elementy można samemu jakoś sobie wykombinować, ale są takie, które trzeba kupić. Buty, dłonie...

Figurka autorstwa Radka, przedstawiająca niemieckiego pancerniaka. Skala 1/35 (48mm)Figurka autorstwa Radka, przedstawiająca niemieckiego pancerniaka. Skala 1/35 (48mm) (fot. Radek Pituch)

Masz takie straszne pudełeczko, pełne głów i rąk?

- Mam (śmiech). Ale te elementy też dostosowuję do swoich potrzeb. Zmieniam fryzury, rysy twarzy. Ale pewnie zwariowałbym, gdybym miał wyrzeźbić dłonie kilkunastu żołnierzom na danej makiecie. Nie można sobie też obrzydzać tego co się robi, więc można sobie trochę pomóc gotowymi materiałami. Zwłaszcza że gdy coś kończę, już mam gdzieś z tyłu głowy nowy pomysł.

Skoro potrafisz zrobić coś w takiej mikroskali, to chyba nie powinno być problemem stworzenie scenografii - jeden do jednego?

- Ciągnęło mnie kiedyś na scenografię, myślę, że bym sobie poradził. Ale to wcale nie jest łatwiejsze. Tworzenie w skali jeden do jednego jest moim zdaniem dużo bardziej skomplikowane. Trzeba do tego ludzi, sprzętu.

Ale wyobraźmy sobie, że dzwoni producent filmu wojennego i mówi, że potrzebuje mieć tylu i tylu żołnierzy, ubranych zgodnie z danym momentem historycznym. I oczywiście jest na to budżet.

- To by było ciekawe wyzwanie. Jest taki amerykański twórca, spec od efektów wizualnych w Hollywood - John Rosengrant. On pracował m.in. przy tworzeniu stroju Obcego i przy wielu innych kasowych filmach amerykańskich. Zajmuje się także modelarstwem, potrafi świetnie rzeźbić. Jest bardzo ceniony w środowisku modelarzy. W Polsce też jest taki modelarz, mieszkający w Łodzi, który pracował przy nagrodzonym Oscarem filmie „Piotruś i wilk”. Umiejętność stworzenia małej dioramy na pewno pomaga stworzyć coś wielkiego. Przy „Gwiezdnych wojnach” też pracowali modelarze. Jak się człowiek dobrze przyjrzy, widzi różne elementy, które nie były pełnowymiarowe.

Albo spójrzmy na przykład na broń wojsk Imperium czy rebeliantów - to głównie niemieckie karabiny z II wojny światowej, specjalnie przerobione. Przecież w filmach bardzo długo wykorzystywane były modele, nie budowano całych planów i pojazdów w skali jeden do jednego. W zeszłym roku byłem w Meksyku. Zaprosił mnie tam kolekcjoner, który ma całe mieszkanie będące galerią „Gwiezdnych wojen”, ale ma tam także inne modele. Trafiły tam cztery moje prace. On od lat zbiera wszystko, co związane jest z „Gwiezdnymi wojnami”. I stąd się wzięło jego zainteresowanie militariami. Te dziedziny są ze sobą mocno związane.

Porzucony, uszkodzony niemiecki „Tygrys” - jedna z prac, które trafiły do meksykańskiego kolekcjonera, sfotografowana pośród jego kolekcji miniatur militarnych (fot.Radek Pituch)Porzucony, uszkodzony niemiecki „Tygrys” - jedna z prac, które trafiły do meksykańskiego kolekcjonera, sfotografowana pośród jego kolekcji miniatur militarnych (fot.Radek Pituch)

Kiedy postanowiłeś się tak profesjonalnie tym zająć? Gdy przyszły pierwsze sukcesy?

- Jest taka słynna, a nawet kultowa polska impreza modelarska w Bytomiu. W 2010 roku wybrałem się tam z moim Gerwazym i Protazym. I dostałem za tę scenkę kilka nagród. To był mój debiut na konkursie i od razu tak dobrze mi poszło, było to motywujące (śmiech). Zaraz potem pojechałem na Węgry na kolejny konkurs. I tam dostałem kilka poważnych nagród. Zachęciło mnie to jeszcze bardziej. Wysłałem więc moją pracę do Holandii, gdzie też mnie doceniono. To był taki dobry rok, początek sukcesów. I potem zaczęły się pojawiać zaproszenia, bym pokazał swoje techniki, opowiedział, jak to się robi. W 2012 roku zostałem zaproszony do Holandii, gdzie pokazywałem moje rzeźbiarstwo. Zacząłem wykładać, posypały się kolejne zaproszenia, m.in. ze Szwecji, Meksyku, Belgii.

Widok na jedną z hal wystawowych podczas corocznego festiwalu odbywającego się w niewielkim mieście Mosonmagyarovar na Węgrzech. W tym roku podczas dwudniowej imprezy odwiedziło ją 6 000 osób Widok na jedną z hal wystawowych podczas corocznego festiwalu odbywającego się w niewielkim mieście Mosonmagyarovar na Węgrzech. W tym roku podczas dwudniowej imprezy odwiedziło ją 6 000 osób (fot. Radek Pituch)

Z jakim się spotykasz odbiorem wśród znajomych?

- Tak to eufemistycznie ujmują: jesteś pozytywnie zakręcony. Ale bywa, że ktoś się naprawdę zainteresuje. Z tym że ja się z tym też jakoś specjalnie nie afiszuję. Nie dlatego, żebym się wstydził, ale nie mam też na celu jakiegoś przesadnego odczarowywania tego hobby. Bo jest trochę takie postrzeganie, że to dziecinne, że to strata czasu - dorośli faceci i sklejają czołgi. Nawet wśród samych modelarzy trwają dyskusje, czy jest to forma sztuki, czy jedynie zabawa dla dużych chłopców.

A jest?

- Dla mnie to sztuka. Przecież używa się tu i koloru, i obrazu. Pracuje się w trójwymiarze. Nie da się ukryć, że wywodzi się to ze sztuk plastycznych. Przydaje się też talent - on pozwala osiągnąć coś ponadprzeciętnego. Ale przede wszystkim chodzi o to, by była to dobra zabawa. Prace, które wygrywają na World Model Expo, kolekcjonerzy potrafią kupić za kilka tysięcy euro. Czyli mowa o całkiem niezłych pieniądzach, które ktoś jest w stanie za taką pracę zapłacić. To też jest argument za tym, że jest to sztuka.

To zabawa tylko dla chłopców?

- Jest w środowisku trochę dziewczyn. Choć niewiele. Figurki fantasy robi pewna dziewczyna, bardzo zdolna. Powiedzmy sobie, że są bardzo różne odnogi tego modelarstwa - fantasy, wojenne, historyczne, czyli takie sprzed I wojny światowej. Są też tacy, którzy uznają tylko współczesne pojazdy, albo tylko samoloty. Kobiet jest jednak zdecydowanie mniej niż mężczyzn. Najwyraźniej nie fascynują się tak powszechnie militariami.

Myślisz, że to się może zmienić? Że stanie się to powszechną pasją?

- Teraz modelarstwo się bardzo komercjalizuje. Pojawiło się wiele firm, które oferują takie gotowe „zrób sobie efekty” - „ready made” - wycieki oleju, rozbryzgi błota, wszelkie możliwe występujące w naturze efekty. To się wielu nie podoba. Bo rzeczywiście bardzo to upraszcza cały proces. No ale nie można wymagać, by każdy sobie mieszał temperę z jajka...

A ty mieszasz?

- Nie jestem aż takim ortodoksem. Ale lubię stosować te praktyki sprzed czasów gotowców. Kupuję sobie farby olejne dla plastyków, benzynę do rozcieńczania. I z tego robię efekty na modelu. Przyzwyczaiłem się do tego. Choć mogę kupić gotowy efekt. Zauważ, że postarzenie modelu jest dużo trudniejsze niż samo pomalowanie go. Efekty powstające w naturze pojawiają się w sposób naturalny, a tu trzeba to wszystko narysować, odwzorować, namalować tak, by nie było widać, jak taki efekt został uzyskany.

Współdziałanie wojsk pancernych i piechoty - radziecki ciężki czołg przełamania IS 2 model 1944 z załogą i zwiadowcą (fot. Radek Pituch)Współdziałanie wojsk pancernych i piechoty - radziecki ciężki czołg przełamania IS 2 model 1944 z załogą i zwiadowcą (fot. Radek Pituch)

To prawda, trudno jest zrobić realistyczny bałagan w pokoju na potrzeby scenografii. Nie to co we własnym domu (śmiech). A jak się robi realistyczne błoto?

- Nie jest to proste. Zwłaszcza że trzeba zachować efekt skali. Jak się umie to zrobić, to jest to już naprawdę duża rzecz.

A ty umiesz.

- Umiem (śmiech). Ale wciąż udoskonalam.

Efekty można podziwiać na Facebooku.

- Kiedyś funkcjonowało forum, na którym się udzielałem, prowadzone przez Hiszpana Miga Jimeneza, mistrza modelarskiego. Ktoś tam napisał, że w Polsce dzieją się niesamowite rzeczy w dziedzinie modelarstwa, a nie można tego nigdzie obejrzeć. I pomyślałem, że warto uruchomić jakąś platformę z projektami, ale taką, która podkreśla, że jesteśmy z Polski. Z kolegą, który też prowadzi bloga, wymyśliliśmy sobie takie hasło „Made in Poland”. To było już parę ładnych lat temu. I dopiero niedawno, w lutym tego roku, wystartowaliśmy na Facebooku, bo to dziś takie oczywiste miejsce do tego typu inicjatyw. Znajomy modelarz nam zaprojektował logo. Wrzucamy tam projekty różnych autorów, kluczem jest to, że wszyscy są z Polski. Podajemy skalę, producenta, informacje co model przedstawia, czy jakie pobudki za nim stoją. Mamy coraz więcej fanów. Ostatnio zrobiliśmy konkurs, dostaliśmy bardzo dużo zgłoszeń. Marzy nam się organizowanie imprez warsztatowych, zapraszanie mistrzów sztuki modelarskiej z całego świata...

To dość kosztowne hobby, pochłaniające mnóstwo czasu. I chyba nie jest łatwo podjąć w Polsce decyzję, by przekuć to w pracę?

- Można pracować w Polsce, a zarabiać za granicą. Robić matki do odlewów dla firm rozsianych po całym świecie. Czasem chodzi mi coś takiego po głowie, by samemu zacząć produkcje swoich figur...

To co robisz wymaga skupienia, odcięcia się. No i to takie jednak trochę niedzisiejsze. Spotykasz się z takim odbiorem, że to dziwne hobby?

- Ja sobie to ewentualnie tłumaczę tym, że jak ktoś czegoś nie rozumie, to krytykuje. Spotykałem się kilkukrotnie z zarzutami, że robię tematy niepatriotyczne. Że powinno być bardziej nasze, powinna być polska flaga. Albo takie tematy jak powstanie. Wchodząc na wątek patriotyczny - ja, podróżując z moimi pracami po świecie podkreślam, że jestem Polakiem. Więc to jest patriotyczne, przecież promuję polską działalność artystyczną (śmiech)!

Czyli jak będziesz miał syna, to przekażesz mu tę pasję?

- Jeśli będę miał córkę, to też, jeśli tylko ją to zainteresuje. Bo do tego trzeba z sercem. Nic na siłę.

 

Radek Pituch. Z wykształcenia prawnik. Na co dzień pracuje przy obsłudze Europejskiego Funduszu Społecznego na poziomie regionalnym. Po godzinach poświęca się pasji tworzenia. Modelarstwem zajmuje się od ponad 10 lat. Od 2009 roku działa aktywnie poprzez liczne publikacje w prasie modelarskiej, także jako sędzia podczas imprez modelarskich. Prowadzi pokazy rzeźbienia na różnych imprezach krajowych i zagranicznych. Obecnie pracuje nad materiałem do książki, w której chciałby podsumować swój dotychczasowy dorobek i doświadczenia związane z popularyzacją modelarstwa.

Małgorzata Tchorzewska. Dziennikarka i sekretarz redakcji serwisu Foch.pl. Po pracy idzie do pracy i opowiada o filmach w Radio Kampus. Uważa, że narzekanie może być niezwykle konstruktywną techniką dochodzenia do mądrych wniosków.

Komentarze (16)
Zaloguj się
  • antipasti60

    Oceniono 24 razy 20

    Niezły jest.
    To już artysta.
    radekpituch.blogspot.com/

  • Gość: xxx

    Oceniono 16 razy 16

    bardzo fajna pasja :)

  • bromborek83

    Oceniono 15 razy 13

    Bardzo fajne! Różnie można to określić, sztuka, precyzyjne rzemiosło, ale jest to świetne rozwijające hobby... Wymaga umiejętności ale i dużej wiedzy historycznej (jeżeli robi się figurki czy dioramy/makiety o takiej tematyce)...

  • czlowiek.epoki

    Oceniono 8 razy 8

    bardzo dobry, ciekawy wywiad. oby więcej takich!

  • Gość: misiaczek

    Oceniono 7 razy 7

    "W Polsce też jest taki modelarz, mieszkający w Łodzi, który pracował przy nagrodzonym Oscarem filmie „Piotruś i wilk”. " Czyżby chodziło o Jacka Spychalskiego ?

  • Gość: powerviolence

    Oceniono 6 razy 6

    Więcej takich wywiadów:)

  • sierrapapa

    Oceniono 5 razy 1

    Posty "misiaczka" i "Van Gogha" poruszają ogólnie ciekawy temat.
    Mamy w Polsce barwne i mocne środowisko modelarskie. Ale nawet w tej dziedzinie pojawiają się, nie do końca dla mnie czytelne, animozje i podziały.
    Czy w komentarzach pod tym sensownym, popularyzatorskim wywiadem nie powinno pojawić się imię i nazwisko Andrzej Ziober?
    Modelarz lotniczy, wydawca, komentator, dzieli się tajemnicami warsztatu bez najmniejszych oporów. Wiele lat temu postanowił uczynić z pasji modelarskiej zawód.
    Jego znakomite winiety lotnicze Lancastera, Junkersa i najnowsza winieta śmigłowca niemal z zasady otrzymują złote medale i Best of Show na najpoważniejszych europejskich i światowych wystawach. Co prawda nie ma w pracach pana Andrzeja figurek, ale takie przyjął założenia.

    Zarazem - kiedy czytam popularne polskie fora modelarskie pana Andrzeja tam nie ma.
    Relacje prowadzi na kartonworku...

    Zupełnie poważnie, kto z forumowiczów pomógłby mi zrozumieć, dlaczego tak jest?

    Pozdrawiam

    Sierra

  • Adam Madej

    0

    Super pasja! Ja właśnie przymierzam się do zamówieniu modelu czołgu T-72 z De Agostini, szukałem trochę na forach informacji o tym jak go później wykończyć i jestem w dużym szoku. Niektórzy modelarze są prawdziwymi artystami!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX