Tomasz Piątek

Tomasz Piątek (fot. Marcin Stępień)

wywiad gazeta.pl

Tomasz Piątek: Istniała zbuntowana i inteligentna młodzież. My ją zabiliśmy. My i Kościół katolicki

Były wtedy jakieś zbuntowane dziewczyny i chłopcy w glanach, zainteresowani kontrkulturowym, lewicowym Zachodem. Cenili sobie niezależne myślenie, kochali kulturę. Tego już nie ma. Nawet się nie zorientowaliśmy, jak ich zabiliśmy - mówi nam Tomasz Piątek, autor pamiętnej "Heroiny", który w swojej ostatniej powieści "Magdalena" wraca do czasów po upadku komunizmu, by przyjrzeć się temu, gdzie doprowadziła nas polska transformacja.

Podobno historia opisana w „Magdalenie” ci się przyśniła? Czy to znaczy, że z jakiegoś powodu ten okres wczesnych lat 90., czas naszej burzliwej transformacji, który pokazałeś w książce, szczególnie zajmował ostatnio twoje myśli? Czy raczej podświadomość wysłała sygnał, żebyś wrócił do tego punktu w przeszłości?

- Jeszcze inaczej. Na rok przed snem z „Magdaleną” miałem inny sen: szedłem przez Warszawę, w powietrzu unosił się zapach gorszej benzyny, jak z silników starego typu, albo jak dziś w Argentynie, a wokół było strasznie dużo zieleni. I nagle zdałem sobie sprawę, że jestem znowu na początku lat 90., kiedy ta warszawska przestrzeń nie została jeszcze tak zabudowana.

Beton i krzaki, szary i zielony, jako kolory, które mogłyby się znaleźć na polskiej fladze zamiast czerwieni i bieli - tak napisałeś w książce...

- Tak, i uważam, że to nadal są kolory Polski. Ten sen skierował mnie do tamtej Warszawy i tamtej Polski, a potem temat powrócił w kolejnym śnie. I było w tym zawarte takie pytanie: co bym zrobił inaczej, gdybym się cofnął do tamtych dni? Albo raczej - co powinniśmy byli zrobić inaczej? Pojawiło się przeczucie, bo nawet nie myśl, że taki bilans by się przydał. Chociaż podobno w historii się nie gdyba. W filmie Chęcińskiego „Rozmowy kontrolowane” dziennikarz w mundurze pyta na ekranie telewizora w roku 1982: - Czy do stanu wojennego musiało dojść? - Widocznie musiało, skoro doszło - pada odpowiedź. I my to też w tej chwili zewsząd słyszymy. W różnych gazetach czytamy, że wszystkie te „ofiary transformacji” były nieuniknione i skoro były, to być musiały.

Zastanawiam się, dlaczego właśnie teraz ten temat cię dopadł. Czy to ma podłoże sentymentalne - w końcu dla roczników 70. to był czas wkraczania w dorosłość? A może tam szukasz klucza do tego, jacy jesteśmy dziś?

- Prawdę mówiąc, nie wiem do końca dlaczego. Może powinniśmy popatrzeć w niebo i zadać to pytanie: dlaczego teraz? Chyba chodzi o te wszystkie obietnice, które nie zostały dotrzymane. O to wszystko, co zostało zarżnięte po drodze. Dziś połowa mediów wychwala tę rzeczywistość, w której się od 1989 r. znaleźliśmy, a druga połowa potępia i twierdzi np., że dziś w Polsce katolicy są prześladowani, śni więc jakieś swoje wizje, które z moim snem niewiele mają wspólnego. Na pewno odnieśliśmy pewne sukcesy, ale kto odniósł, ten odniósł, więc czy można mówić, że „my” odnieśliśmy? Połowy ludzi w Polsce nie stać na wakacje, a teraz się okazało, że polskie sądy z radością zatrudniają nielegalnie sprzątaczki, którym nie płaci się żadnej pensji, i sędziowie nie mają z tym żadnego problemu.

Do tych tematów jeszcze wrócimy, bo twoja książka prowokuje do pytań o Polskę, ale ja bym się najpierw przyjrzała bohaterom „Magdaleny”, którzy w roku 1990 mogą mieć nadzieję, że nadchodzi nowy wspaniały świat. W tytule pojawia się imię kobiety, ale głównym bohaterem jest 30-letni mężczyzna - Rafał, który powraca do Polski po latach emigracji. Były opozycjonista, asystent Jacka Kaczmarskiego, działający potem w tamtejszym przemyśle muzycznym. Mówiłeś przy okazji tej książki, że młodzi ludzie pytają cię, dlaczego on w ogóle wraca z Zachodu do tej Polski. Nie rozumieją jego decyzji. No to wyjaśnij, proszę - dlaczego wraca?

- Powinienem im odpowiedzieć: wraca, żeby się tu urządzić i zabrać miejsce pracy wam. Żebyście, jak dorośniecie, musieli wyjechać (śmiech). A tak naprawdę wraca dlatego, bo wtedy w Polsce była masa rzeczy do zrobienia.

Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)

Zdaje się, że wraca, aby jako piewca nowego porządku krzewić kapitalizm na ziemi polskiej.

- Kapitalizm i marketing. Bo wtedy ludzie już wiedzieli, że ma być kapitalizm, ale jeszcze nie wiedzieli, że jego kluczowym elementem jest marketing. To ciekawe, że wprowadzano kapitalizm, tłumacząc, że będzie konkurencja i racjonalność, a marketing jest w istocie zaprzeczeniem konkurencji i racjonalności. Pracuję w marketingu 16 lat i wiem, co mówię. Od początku, jak tylko zacząłem działać w tej branży, było widać, że dzieje się coś niedobrego: reklamy są nudne, głupie, gorzej niż głupie: ogłupiające, udają, że produkt jest konkurencyjny, kiedy nie jest - ale wszyscy uważaliśmy, że to na skutek naszego okaleczenia przez komunizm i będzie coraz lepiej.

Marketing to manipulacja?

- Tak, jak to ktoś powiedział: marketing nie jest sztuką kreowania rynków, jest sztuką kreowania monopoli. W momencie gdy nie może wykreować monopoli, bo jest wiele działających na rynku podmiotów, wówczas marketing nie prowadzi do konkurencji, tylko do tego, że te podmioty w naturalnym dążeniu do zapewnienia sobie monopolu łączą się, tworząc kilka wielkich podmiotów. One nie mają interesu w wojnie totalnej, więc dzielą się tortem i mamy oligopol. Powstają coraz większe organizmy, korporacje, które rozcieńczają decyzyjność. I dochodzi do sytuacji absurdalnych. Weźmy na przykład badanie reklam. Reklama jest zasadniczo uwodzeniem ludzi, nie zawsze oszukiwaniem, ale zawsze uwodzeniem. Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie oszust i pyta: jak ja mam panią skutecznie oszukać? Albo wchodzi uwodziciel z pytaniem: jak pani by chciała być uwiedziona? I na karteczce notuje odpowiedzi. To jest oczywiście sytuacja surrealistyczna, więc ludzie na tych badaniach plotą brednie niesamowite, które jednak są „święte”, bo stanowią podkładkę, dupochron dla działu marketingu. I tak powstają kampanie reklamowe, które są kompletnym idiotyzmem i od których ludzie głupieją jeszcze bardziej. Aczkolwiek to nie one są głównym czynnikiem ogłupiającym w naszej rzeczywistości. Problemem jest też szkoła, Kościół katolicki, media.

Czyli co? Rafał, wracając wtedy do Polski, będąc kapłanem tego nowego porządku, w pewnym sensie sprowadza nieszczęście na swą Ojczyznę kochaną?

- A przekonany jest, że przynosi szczęście. Uważa, że jest mocnym facetem, który został przeczołgany najpierw przez komunę, potem emigrację, przez Francuzów i francuską korporację. Nauczył się od swojego mentora z show-biznesu - pana Vittaca - że mocny człowiek to ten, który dyma innych, a innym jest z tym tak naprawdę lepiej, bo chcą być dymani. A przy dobrym panu i pies się pożywi. Tzw. nietzscheańskie ideały - silny człowiek, jego egoizm jest święty, bo tak naprawdę żywi i ubiera innych, wszelkie względy altruistyczne tylko psują i zamącają ten wspaniały mechanizm, w którym egoizm, z egoistycznych pobudek, robiąc sobie dobrze, robi też dobrze innym. Rzekomo.

Z drugiej strony cały czas przebijają z Rafała te niechciane odruchy ludzkie i altruistyczne.

- Tak, bo on ma dobre serce. Jest darwinistą i sadystą o dobrym sercu (śmiech).

Z jednej strony gardzi Francuzami, dzięki którym się dorobił, a z drugiej strony sam jest „panem z Zachodu”, który patrzy z politowaniem na swoich nieuświadomionych w kapitalizmie ziomków i uważa, że on ich dopiero oświeci. Lubisz swojego bohatera?

- Organicznie i głęboko go kocham! I chciałbym mu „zrobić dobrze”, a jednocześnie wiem, że się nie da. Nie da się go zmienić. On też jest skazany na śmierć, tylko później.

Po pierwsze Rafał, a po drugie Magdalena.

- Dziewczyna, którą on tak naprawdę niszczy, chcąc sobie i jej zrobić dobrze...

Dziewczyna, którą wyciąga z koszmarnego domu dziecka, gdzie przebywa jako pełnoletnia już wychowanka, bo nie ma dokąd pójść. W powieści przywołujesz pewną formację ludzką z tego okresu, która właściwie już dzisiaj nie istnieje. Co to byli za ludzie, co się z nimi stało?

- Była wtedy jakaś zbuntowana, inteligentna młodzież, choć niekoniecznie z inteligencji się wywodząca. Zbuntowane dziewczyny i chłopcy w glanach, zainteresowani nowością, Zachodem, ale tym kontrkulturowym, lewicowym. Nie znosili komunistów i Kościoła katolickiego. Cenili sobie niezależne myślenie, kochali kulturę. Tego już nie ma. Nawet się nie zorientowaliśmy, jak to znikło w ciągu lat 90. Jedni pewnie poumierali, zaćpali się, inni się zmienili, weszli w skórę żołnierzy kapitalizmu.

Okazali się za słabi, za wrażliwi?

- Nie... Myśmy ich zabili. My i Kościół katolicki.

Kościół? Dlaczego?

- A przypomnij sobie: w 1991 roku 49 procent ludzi było za niekaralnością aborcji, a tych, którzy chcieli karać - 48 procent. Władza, nie licząc się z tym, wbrew niewielkiej, ale jednak większości, wprowadziła ultrakatolickie prawo i cała Polska dostała wtedy lekcję: demokracja jest gówno warta, racja jest gówno warta, myślenie jest gówno warte - będzie tak, jak chce Kościół katolicki. Teraz się wszyscy dziwią, że wszędzie panuje konformizm, każdy się boi powiedzieć cokolwiek przeciwko temu, co mówi szef, nauczyciel etc. Tym ludziom powiedziano: demokracja nie ma żadnego znaczenia, jeżeli chcecie mieć trochę osobistej wolności, to musicie się dorobić, musicie ją sobie kupić. I w ten sposób ludzie zostali skurwieni. Nie tyle zmarginalizowani, co znieprawieni. Ci, co nie umarli lub nie wyjechali, w większości przestali wierzyć w sens jakiegokolwiek innego działania poza egoistycznym, tak sądzę.

Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)

Ty się nie czujesz, pardon - „skurwiony”, pracując dla marketingu, tej, jak mówisz, machiny ogłupiania?

- Ale ja nie byłem z tego pokolenia. Ja byłem parę lat młodszy i stwierdziłem, że ja im się skurwię na złość. Skoro oni są tacy wspaniali, a mnie uważają za gówniarza, to ja ich prześcignę, zarobię kasę, będę tym „dobrym”, zrobię wielką karierę. Będę „Berlusconim dobra”.

Ostatnio chciałeś być „Terlikowskim dobra”.

- U Najsztuba w radiowym poranku to powiedziałem. Bo ja cały czas mam takie myśli, zastanawiam się - kim dobra zostać? Tu musimy dodać taką uśmiechniętą buźkę, bo bez tego niektórzy młodsi czytelnicy mogą ulec pewnej dezorientacji w kwestii stopnia powagi wypowiedzi. Może najbardziej bym chciał zostać Kiplingiem dobra, ale znowu trzeba by było wyjaśnić tym młodym, kto to Kipling. Bo kto to Berlusconi i Terlikowski, to większość wie, mam nadzieję.

Według ciebie idealizm nie przetrwał w ogóle w dzisiejszej Polsce?

- Czasem się odradza, ale jego funkcjonowanie to taka świeca na wietrze. Jak w „Krytyce Politycznej” - odrodziła się tam jakaś wiara w coś na chwilę, ale ona jest cały czas nadwątlana przez różne okoliczności.

Rozumiem, że przeżyłeś wielkie rozczarowanie wówczas, kiedy „Krytyka Polityczna” nie poparła cię w twoim sporze z tygodnikiem „Do Rzeczy” (Tomasz Piątek został usunięty z redakcji „Krytyki Politycznej” po tym, jak wysłał listy do reklamodawców „Do Rzeczy”, informując o homofobicznych i antydemokratycznych tekstach zamieszczanych w tym tygodniku - przyp. red.)?

- Bo ja wtedy uwierzyłem, że znowu się zaczyna (śmiech). Że wróciły Magdaleny, Magdaleny obojga płci zresztą. A okazało się, że jednak nie, że „grantusie” ważniejsze. Bo nam granty zabiorą, jak będziesz tak robił, Tomku. Ale ja nie mam do nich pretensji, takie są warunki. Problem polegam na tym, że oni twierdzili, że chcą te warunki zmienić. No, ale ja też nie wiem, jak te warunki zmienić. Zostać terrorystą? Tylko że jakbym np. zaatakował jakiegoś księdza czy prezesa, to on tylko będzie męczennikiem, a ja będę ten zły i się świadomość ludzka od tego specjalnie nie zmieni. Poza tym moja religia zabrania przemocy.

?

- Tak. Jestem chrześcijaninem, to religia w Polsce wyjątkowo egzotyczna. Ewangelik reformowany. Byłem wychowywany przez babcię katoliczkę i rodziców ateistów i już jako dziecko dość szybko się zorientowałem, że ani jedna, ani druga ścieżka mi nie odpowiada.

Ludzie tworzą jakieś małe kooperatywy, organizują się lokalnie, oddolnie. Nie uważasz, że te inicjatywy zmieniają jednak pomalutku rzeczywistość? Na poziomie życia codziennego, nie politycznego.

- Ale nie ma życia codziennego bez politycznego! Możemy sobie tworzyć małe kooperatywy, ale za chwilę pojawi się właściciel i każe się wynosić, bo jakaś sieć supermarketów sobie upatrzyła lokal naszej kooperatywy. Ruchy oddolne bardzo dużo zrobią, jeśli się będą łączyć i organizować od dołu ku górze. Natomiast jeżeli my będziemy nadal każdy sobie, to po nas. Powiem ci, jaki jest teraz mój problem nr 1: to 35 niewolników, którzy na mnie pracują. Na każdego z nas w sytym świecie Zachodu. Trafiłem na tę statystykę w jednym z portali informacyjnych: na utrzymanie każdego z nas pracuje od 25 do 35 niewolników. W Chinach, Bangladeszu, Etiopii, Zambii. Po to, byśmy my mieli tanie ciuchy, żarcie w przyjemnej cenie, mogli siedzieć w takiej fajnej knajpie jak ta i nagrywać się ajfonami. I wszyscy mają to w dupie. Jak mówi się Polakom o tym, to odpowiadają: my mamy naszych biednych. To zróbcie coś dla tych naszych biednych! Ale wtedy się okazuje, że to są „darmozjady i nieroby”. Jak widać, nie ma żadnego postępu od czasów rzymskich. Był przez chwilę, jak pisze Tony Judd, w Europie Zachodniej: w Stanach w latach 30.-80., w Europie Zachodniej w latach 50.-80. Przez chwilę dzielono się dobrobytem, aktywizowano szersze warstwy ludności, udzielano im światła - mówiąc tak patriarchalnie, dopuszczano ich do kultury.

Zanim do łask wrócił czysty egoizm, to chcesz powiedzieć?

- „Greed is good”. Społeczeństwa nie ma, istnieją tylko jednostki.

Ale ten kryzys ekonomiczny, w którym teraz od jakiegoś czasu żeśmy utknęli, trochę jednak tym sytym światem wstrząsnął, nie sądzisz?

- Nic się nie zmieniło. Był protest pt. wielki flash mob „Oburzonych”, a potem się wszyscy rozeszli do domów. Žižek pisze, że mimo iż teraz rządzący zmienili nieco retorykę i pojawiły się nutki lekko lewicowe, to już są kolejne porozumienia, które dają korporacjom jeszcze większą władzę nad rządami. Potrzebny byłby bunt globalny, a jak tu się zbuntować, jak każdy z nas ma tych 35 niewolników?

To co z tym zrobić? „Panie premierze, jak żyć”?

- Nie wiem. Być może nasze zachowanie jakoś się zmieni, zaczniemy szukać czegoś innego niż to, co nam jest serwowane. Musielibyśmy się wszyscy naraz znudzić. To się parę razy w historii zdarzyło.

Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)

Wróćmy do książki. Ile z ciebie jest w Rafale? Pisarze nie lubią takich pytań, ale sam dajesz pretekst, zamieszczając w „Magdalenie” uwagę, że opisujesz prawdziwe wydarzenia i osoby inspirowane prawdziwymi ludźmi. Podobnie jak twój bohater masz za sobą doświadczenie emigracji, kilka lat spędziłeś w Mediolanie, a potem wróciłeś.

- Tak, ale ja wyjechałem i wróciłem dobrych parę lat później. Rafał natomiast to jest pewna całość organiczna, w której się połączyło to wszystko, co było we mnie, i to wszystko, co mnie wkurwiało w tych gościach z „Solidarności”, którzy doszli do władzy, a jak im mówiłem, że papież nie jest taki znowu OK, bo przez niego ludzie umierają na AIDS, to oni robili wielkie oczy: „O czym ty mówisz, człowieku?”. Albo mówili: „Spokojnie, za kilka lat wszystko tu będzie dobrze, zrobimy to tak, jak oni na Zachodzie!”. W osobie Rafała stopiło się więc to, co najbardziej moje i najbardziej nie moje. Myślę, że tylko w ten sposób trzeba pisać. Żeby stworzyć mięsistą literacką postać, trzeba wygenerować coś swojego i zarazem obcego. Wtedy pisanie jest przekroczeniem siebie.

A tytułowa Magdalena?

- Magdalena to są te dziewczyny, które tak mi imponowały i żadnej z nich nie miałem. A kiedy dorosłem, żeby być Rafałem dla jakiejś, to się okazało, że już ich nie ma.

No i jeszcze kumple Rafała: Nadleśniczy i Pietuszenko. Fantaści, nieudacznicy, anarchiści o absurdalnym poczuciu humoru. Oni są jakby żywcem wyjęci z rzeczywistości tamtych lat, przypominają mi rozmaitych moich kolegów, starych punkowców, którzy nigdy nie dorośli, żyją poza systemem, mieszkają z mamą w pokoju śmierdzącym męskimi skarpetami.

- Bo oni są wzięci z rzeczywistości. I cały czas są tacy, wciąż istnieją. Nadleśniczy wynajął sobie teraz piętro domku w Michalinie, ale nadal mieszka z matką, bo matce trzeba pomóc. A i tak większość czasu spędza w Norwegii, bo tam dorywczo pracuje. I teraz jest juhasem u norweskiego bacy, czyli menedżerem wielkiego stada owiec. I w tym stadzie jest tylko jeden czarny baranek, którego Nadleśniczy chciał zabrać do Michalina, bo się do niego przywiązał. Nazwał go Waldek i śpiewał mu: „Panie Waldku, pan się nie boi”. Wybudował mu nawet zagrodę w Michalinie, ale w międzyczasie baranek stał się 40-kilowym baranem i - jak to mówi Nadleśniczy - odszedł za stadem (śmiech).

Kim ty byłeś w tamtych latach transformacji? Jaki byłeś?

- Wszystko, co wtedy robiłem, było tak bardzo wymuszone - teraz to widzę - i przepojone jakimś, kurwa, totalnym strachem. Żądzą i strachem. Żądzą zdobyczy i strachem przed tym, jak mnie postrzegają inni.

Zwykły koszmar dorastania.

- No tak, ale nie tylko, bo tu wchodzą jeszcze inne kwestie. Jak uzależnienie, które niszczy wszelkie bardziej rozwinięte emocje, i to jeszcze zanim się rozwinie w postaci czynnego przyjmowania.

Jak to „zanim”?!

- Bo uzależnionym jest się od urodzenia. Powszechnie przyjęto definicję Morse'a i Flavina, według której uzależnienie jest silnie, chociaż nie stuprocentowo, uwarunkowane genetycznie. To jest zaburzenie wydzielania pewnego enzymu w mózgu. Uzależniony idzie w alkohol, heroinę czy cokolwiek innego, bo przecież nawet sportem można się zabić, aż umrze. Chyba że trafi na terapię. To jest dobrze udokumentowana hipoteza naukowa, tzw. hipoteza oreksynowa. Chodzi o problem z wydzielaniem oreksyny, hormonu odpowiedzialnego za przejście od stanu przyjemności do stanu neutralnego. Ustanie przyjemności jest dla człowieka normalnego powrotem do stanu neutralnego. Dla człowieka uzależnionego to stres, nieraz potworny, to cierpienie. I dlatego uzależniony nie umie przerwać przyjemności, która go niszczy.

To naznaczyło twoje dorastanie, sprawiło, że egzystencja wtedy wydawała się nie do wytrzymania?

- Też. Bo to powodowało nadmiarowe przeżywanie zarówno emocji pozytywnych, jak i negatywnych. I niezwykłe pragnienie totalnej satysfakcji. Także w kontaktach społecznych. Ludzie albo mnie uwielbiali, albo ich nienawidziłem. Jeśli pytasz mnie o ten opisany w książce czas - rok 1990, to byłem wtedy nastolatkiem, który bluzgał dyrektorce swojego liceum na przykład. Obrażałem też strasznie dziewczyny, ponieważ ilość kompleksów i strachu przed płcią przeciwną to był we mnie jakiś horror, więc odreagowywałem to w fatalny, jadowity sposób - okazując im pogardę. I dopiero teraz do mnie dochodzi, że one wtedy miały swoje problemy i mogłem im niezłą krzywdę swoim zachowaniem zrobić. Nawet paroma słowami można czasem kogoś na lata skrzywdzić. Dopiero teraz to do mnie dociera. Mam tylko nadzieję, że się za bardzo mną nie przejmowały.

Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)

To były te dziewczyny w typie Magdaleny?

- Nie, do tych to ja nawet nie ośmieliłem się startować. Ale miałem koleżanki, które dopiero za parę lat mogły się ewentualnie rozwinąć w kogoś takiego. Miałem wtedy dziewczynę przez chwilę. Byliśmy przyjaciółmi, ona chodziła w męskim stroju, w garniturze na maturze. Miała postawione włosy, była zadziorna, potrafiła chodzić po mieście w piżamie i w glanach.

Kiedy o niej opowiadasz, widzę, że ma w sobie jednak wiele z tej książkowej Magdaleny.

- Może tak. W ostatniej klasie zaczęliśmy się spotykać. Po czym ona wykonała numer następujący: poszliśmy do łóżka raz i zaraz powiedziała mi, że ma AIDS. I rzeczywiście miała. To była straszna historia, bo odkryła u siebie wirusa już po etapie nosicielstwa. Od razu miała objawy choroby, całą skórę miała pokrytą jakimiś okropnymi zmianami chorobowymi. Do tego była uczulona na komary i nawet zwykłe ukąszenie mogło ją zabić przy takim braku odporności. A wszystko dlatego, że przespała się z jakimś facetem bez prezerwatywy. Katolickie wychowanie, katolicki brak edukacji seksualnej, katolicka kultura współżycia erotycznego.

Przetrwała?

- Tak. Trafiła na jeden z pierwszych programów terapii. Wróciła do poziomu nosicielstwa, żyje, jest tłumaczką.

Co w twojej opowieści o tamtych czasach robi Jacek Kaczmarski? Bo on w pewnym sensie patronuje tej książce, jego duch unosi się nad tą historią, jego piosenki są cytowane, przekręcane, wyśmiewana przez Rafała, ale wciąż wracają.

- Bo to był patron tamtych czasów. Megaidol - gigantyczne tłumy waliły na jego koncerty.

Był dla ciebie ważny?

- Teraz się stał. Wtedy to ja go nie chciałem słuchać, on był dla tych głupich dziadów z Solidarności, co nam Wojtyłę na łeb sprowadzili. Chyba moja żona zaczęła mi puszczać Kaczmarskiego jakieś siedem lat temu. I nagle stwierdziłem - to są zajebiste teksty! W Kaczmarskim jest wszystko!

Jak w Biblii?

- No nie, ale tam są same piękne rzeczy. Nienawidzę mówienia o frazie i pięknym języku, ale to jest genialny język, w tej chwili już niezrozumiały dla odbiorców. Dziś trzeba być wielkim erudytą, żeby to odebrać, a wtedy prosty inteligent rozumiał, o czym on śpiewa, wszystkie te odniesienia do historii, kultury. To jest też dowód, jak myśmy upadli. Z jak wysoka. Czekaj, jak to leciało (recytuje) :

Grzechy Rzym za gotówkę odpuszcza,

Lecz w wojennej się nurza rozkoszy.

Papież w zbroi, w ubóstwie tkwi tłuszcza,

Z której groszy katedry się wznosi.

W nawach katedr transakcje wszeteczne,

Ksiądz spowiednik rozgrzesza za bilon.

Tak jest, było i będzie,

Zło i dobro jest wieczne,

Lecz nie może być wieczny Babilon

(Jacek Kaczmarski „Marcin Luter” - przyp. red.)

Piosenki Kaczmarskiego, jako ścieżka dźwiękowa opowieści, też ci się przyśniły?

- On się pojawił, jak tylko zacząłem pisać tę książkę. Jak tylko Rafał wyruszył z Paryża, wiedziałem, że powie sobie: „Nigdy więcej Kaczmara!”. I poszło.

Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)Tomasz Piątek (fot. Jacek Marczewski)

„Kaczmar” jest w pewnym sensie jeszcze jednym bohaterem tej historii, choć nie pojawia się bezpośrednio. Także jako człowiek, który zmaga się ze swoim alkoholowym uzależnieniem, czego świadkiem bywał Rafał, który Kaczmarskiego i kocha, i nienawidzi.

- Cała książka jest właściwie o tym uczuciu. Nie tylko do Kaczmarskiego.

Jest w tej opowieści coś jeszcze, co wychwycili niektórzy recenzenci - wątek diaboliczny, pojawiający się już wcześniej w innych twoich książkach. W tej interpretacji kimś w rodzaju szatana-kusiciela jest francuski boss Rafała, cyniczny Monsieur Vittac, są też niepokojące znaki, takie jak zabity na drodze jenot. Czyżby diabeł mieszał też w polskiej transformacji?

- Rafał uciekł z Francji, bo myślał, że tu będzie diabłem. Tam u diabła terminował, a tu miał być panem w swoim własnym „piekiełku”. Ale tu też spotkał swojego diabła, który go wydymał. Bo jak ktoś chce zostać diabłem, zostanie przez diabła wydymany.

Skoro jesteś tak rozczarowany dzisiejszą Polską, postrzegasz jej sytuację jako upadek, utraconą szansę, to co dalej? Zostaje się tylko pochlastać. Jest jakaś nadzieja, ratunek dla nas?

- Kaczmarski odpowiedział: „Niech się gorszy prałacia elita, niech się w mękach świat tworzy od nowa. Lecz niech czyta, kto umie, niech nauczy się czytać, niech powraca do Słowa”.

Koniec jakiegoś świata, aby coś nowego mogło się z tego urodzić?

- Reformacja. Trzeba do Księgi wrócić. Albo choćby do książki.

 

Tomasz Piątek (ur. 1974). Pisarz, dziennikarz, copywriter. Ukończył lingwistykę na Universita' degli Studi di Milano. Autor kilkunastu książek, m.in. „Heroina”, „Kilka nocy poza domem”, „Bagno”, „Pałac Ostrogskich”, „Morderstwo w La Scali” „Antypapież” i trylogii fantasy „Ukochani Poddani Cesarza”. Jako dziennikarz współpracował m.in. z „Polityką”, „La Stampa”, „Gazetą Wyborczą”, Radiostacją, Inforadiem. Był felietonistą „Filmu”, „Życia Warszawy” i „Krytyki Politycznej”, z którą rozstał się w 2012 roku w atmosferze skandalu. Debiutował powieścią „Heroina”, opartą na własnych doświadczeniach z uzależnieniem od narkotyków. Dwukrotnie przechodził przez terapię odwykową od narkotyków i alkoholu. W 2009 roku „Pałac Ostrogskich” znalazł się w finale Nagrody Literackiej „ Nike", a za powieść „Wąż w kaplicy” w 2010 roku otrzymał nominację do Paszportu „ Polityki". Jest członkiem Kościoła ewangelicko-reformowanego. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „ Warszawa. W poszukiwaniu centrum". Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU" na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Komentarze (397)
Zaloguj się
  • starzec63

    Oceniono 369 razy 311

    Szanowny Panie! W Polsce reformacja skończyła się wraz z upadkiem PRL. Zabiła ją kontrreformacja jak ta z początku XVI wieku o której Jasienica pisał że był to ruch który swoimi poczynaniami "przetworzył ludzi politycznie trzeźwych i nieźle zdyscyplinowanych w stado pomylonych warchołów. Zbiorowość, która ceniła swobodę myśli i sumień, szybko wyrzekła się tolerancji. Popadła w fanatyzm. Obie przemiany były fatalne. I w obu punkt wyjścia stanowiły fakty dokonywane w samych ośrodkach władzy. Ten państwowy katastrofalnie osłabł, znalazł się po prostu w zaniku. Z ośrodkiem władzy kościelnej było wręcz przeciwnie".
    Dziś widzimy dokładnie to samo. Najgorsze że rządzący nami historycy (Prezydent i Premier) pokazują znany fakt, historia jeszcze niczego i nikogo nie nauczyła bo sami historycy nie wyciągają z niej wniosków. To oni pozwolili cichą zgodą aby kościół zdeprawował młode umysły wbrew temu co Kościuszko w swoim memoriale pisał :""Kościół winien być oddzielony od państwa, nie wolno mu zajmować się kształceniem młodzieży. Naród powinien być panem własnego losu i jego prawa powinny być nadrzędne wobec praw kościoła. Żadna religia nie może im przeczyć odwołując się do prawa boskiego, przeciwnie, każda religia powinna być posłuszna prawom ustanowionym przez naród"

  • Gość: www

    Oceniono 269 razy 193

    Gość ma racje.Sam jestem trochę starszy od niego bo moje świadome (w sensie jako postrzegania polityki i życia społecznego ) życie przypada na koniec lat 70 i teraz po lata widzę ten okres w którym młodzi ludzie byli "trochę inni".Większość uczyła się,chodziła do kościoła,była w harcerstwie,w zms.Ale był totalny bunt przeciw:katechecie,nauczycielom,sekretarzom partii itd,Ogólnie bardziej na lewo niż na prawo nie chodzi o partie polityczne.Chodziło nam żeby każdy mógł realizować własne marzenia,żeby nikt na siłę nie zmuszał do postaw i poglądów sprzecznych z jego,żeby ludzie żyli obok siebie mając inne poglądy w symbiozie.Żeby już nigdy żaden sekretarz czy "rydzyk" nie wmawiał ludziom że np."cały naród potępia zachodnioniemiecki imperializm"lub "prawo naturalne patrz katolickie"jest przed prawem stanowionym.Młodym obecnym moim zdaniem zamotało w głowach wprowadzenie religii do szkół gdzie wzorem z organizacji pionierskich dawnego ZSRR od dziecka wtyka się do głów ideologie w sposób opracowany przez 2000 lat istnienia kościoła czyli skutecznie chroniące jego interesy,nie zmuszające do myślenia o własnej duchowości tylko będące uległe.Drugą rzeczą jest ogólnie informatyzacja ,komputery,internet itp.gdzie świat wygląda jak Mortal Kombat,simsy plus ogólne parcie na kasę.Z tego wyszło pokolenie "potulne światopoglądowo"czyli na prawo a internet zatrzymał ich w domach,niezdolnych do buntu bo nie ma czasu bo jestem w sieci i do tego są strasznie roszczeniowi,wszystko się należy z samego faktu urodzenia i bycia młodym.Mimo że jestem 50+ dalej się buntuje przeciw narzucanym autorytetom,niesprawiedliwości dalej uczciwie pracuje,jestem może dobrym ,mężem i ojcem, i żądam tylko poszanowania mojej i innych praw.Nie chcę by ktoś łamał mnie i nie łamię innych.A to wszystko zanika i schodzi bardzo na prawo co doprowadzi po czasie do stanu w którym ktoś to przełamie i znajdzie się następny"Lenin"i zacznie się okres przemian.Ale czy to b jest nam potrzebne?

  • eddiepolo25

    Oceniono 307 razy 173

    Pora zacząć nazywać rzeczy po imieniu.
    I odbrązowić świętą krowę kościoła katolickiego w Polsce.
    Dobrze pan zaczął, panie Piątek.

  • Gość: Angelica

    Oceniono 173 razy 139

    nie jestem w stanie ocenić jakości artykułu, chyba dotknął mnie do żywego, w sensie wytrącił z równowagi i z całym impetem przywołał myśl, którą zabijam każdego dnia: kiedyś byłam pełną energii i niezłomną dziewczyną, szaloną, niezależną, myślącą, mówiącą prawdę i cholernie odważną, w każdej grupie wypychaną jako osoba reprezentująca...po kilkunastu latach, a właściwie kilkudziesięciu jestem przemęczona, ciągle przestraszona, żyję w pogoni za normalnością i zapewnieniem sobie skromnego życia i zachowaniem resztki godności, kompletnie wypraną z szacunku do siebie i pewności siebie, czasem zastanawiam się: czy ja to sobie zrobiłam? czy przyszło mi żyć w skomercjalizowanym, zakłamanym i popieprzonym świecie, w którym potencjalnie jest wszystko, by było dobrze...

  • sylwadomowa

    Oceniono 205 razy 97

    Jestem z pokolenia "piątkowego" i inaczej widzę rzeczywistość dawniejszą i dzisiejszą. Wolę dzisiejszą młodzież od młodzieży lat 90-tych (w ramach generalizacji, bo szczegóły mogą być różne) i nie idealizuję swojego pokolenia w latach 90-tych.
    Te "Magdaleny" były nie mniej snobistyczne i nietolerancyjne niż dzisiejsze celebrytki. Nie mniej pełne pogardy i okrutne dla osób spoza "mainstreamu". Nie mniej jadowite, rywalizujące i glanujące swymi glanami "na wejściu" ludzi, których wcale nie znały/nie znali: za wygląd i za stereotyp, który im się za tym wyglądem uruchamiał.

    Byłam i jestem dziewczyną nieekstremalną. Podobają mi się i różowe bluzki z falbankami, i punkowe czernie. Wrażliwi niech zasłonią oczy na kolejne zdanie: Podoba mi się piosenka "Maniuśka moja Maniuśka, chodźże ze mną spać do łózka!" - i utwory Strachów na Lachy czy KAT-a. Szerokie spektrum, wielkie serce z miejscem na prawie wszystko... ;)

    Co ja i mnie podobne miałyśmy się z "Magdalenami"! Zupełnie jak "nowa w amerykańskiej szkole" z mobbingującymi czirliderkami!
    Ile to razy, zapomniawszy, że mam na sobie różową bluzkę, szczerzyłam się na ulicy wołając swe poczciwe "Cześć!", bo właśnie szły dziewczyny z mojej szkoły - a Magdaleny przechodziły przeze mnie jak przez powietrze, z minami pełnymi pogardy! Jak cholernie było to przykre...

    Nie rozpiłam się jadnakże i nie rozećpałam z powyższych powodów, choć gdybym to zrobiła, mainstream przyjąłby mnie z otwartymi ramionami, jak nawróconą grzesznicę. Wbrew koniunkturze, pozostałam jednak sobą. Podśpiewując czasem znaną z dzieciństwa piosenkę Manamu (nigdy nie wiem, gdzie te dwa "a", sorry!) "Właśnie dlatego, że jesteś nikim/ możesz pogadać z drugim człowiekiem/ życie bogate, pełne sekretów/ w szarym człowieku" - i gadałam z każdym, i nadal gadam.

    Między innymi z tą bezideową współczesną młodzieżą. Nic na to nie poradzę, ale lubię ją, jak różowe bluzki. Są zasadniczo ludźmi dobrej woli, choć nieekstremalnymi. Są bardziej tolerancyjni niż moi rówieśnicy przed laty. Cieplejsi, bardziej wyważeni. Mniej ranią innych i samych siebie. To chyba dlatego, że dorastali w lepszych warunkach, raczej bez przemocy w domach - spokojniejsi są i mniej groźni od Magdalen na skraju psychozy (z nieodłącznym elementem urojeń wielkościowych). Zmieniają świat metodą ewolucji, a nie rewolucji. Są bardziej skuteczni. Są wegetarianami (wrażliwe Magdaleny na ogół wcinały kiełbasy), ekologami, zwolennikami kultury "slow" - w cichy i prywatny sposób. No fajni są. Odpowiadają "cześć" nawet, gdy się jest w różowej bluzce.

    I na tym kończę mój kontrwywiad. Szkoda, że urodziłam się trochę za wcześnie!

  • nosorozecwlochaty

    Oceniono 128 razy 90

    Taaa, idealistyczni punkowcy w glanach...

    Problem w tym że ci wszyscy młodzi którzy chcą tak zmieniać świat, tak naprawdę wcale tego nie robią. Nic pożytecznego nie robią. Pójdą na imprezę, zachleją, podyskutują o sensie życia. Pójdą na koncert, zaćpają, prześpią się z jakąś przypadkową laską. I tak w kółko. 100% przyjemności, 0% wysiłku. Będą pogardzać swoimi szarymi nudnymi rodzicami i w ramach tego imprezować za ich pieniądze. Taki idealizm.

    Z drugiej strony rzeczywiście ma to swój urok i w umiarkowanych dawkach przydałoby się każdemu, zwłaszcza trzydziestoletniemu zombie który kursuje tylko na trasie praca-dom :) Niestety jako społeczeństwo daliśmy się zagonić do pogoni za pieniądzem, porozpadały się przyjaźnie, nie ma wspólnego działania, każdy sobie

    Ale czy to wina kościóla? Kościól sprawił że punkowcy zmienili się w hipsterów z modnych knajp ??? Coś chyba tutaj wyłazi prywatna niechęć pana Piątka, który gotów jest przypisać kościołowi wszelkie zło tego świata.

  • zlosliwiec.zlosliwiec

    Oceniono 68 razy 68

    Wszystko dobrze, tylko Bareja chyba już nie żył, kiedy Tym pisał scenariusz do Rozmów Kontrolowanych. Reżyserował Sylwester Chęciński.

  • Adam Ochocki

    Oceniono 72 razy 64

    -"Czy idealizm przetrwał w Polsce?"
    -.., o ile mi wiadomo, to wyemigrował do Holandii, Anglii i Irlandii.
    Pozdrowienia z Europy zachodniej.

  • korcia2000

    Oceniono 69 razy 51

    Niestety, jesteśmy coraz bliżej panowania "jedynie słusznej ideologii i światopoglądu" na podobieństwo systemu komunistycznego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX