Tomasz Knapik

Tomasz Knapik (fot. Albert Zawada)

wywiad gazeta.pl

Tomasz Knapik: "Wolę czytać pornosy niż spoty partyjne"

- Dziś romantyzm zawodu lektora zupełnie zanikł. Bo jak się kiedyś czytało na żywca, to każda moja pomyłka szła w naród. Trudno - powiedziało się. A dzisiaj na żywca są tylko dzienniki, sport, występy na żywo - mówi nam jeden z najsłynniejszych głosów polskiej telewizji Tomasz Knapik. I wspomina złote czasy i złote wpadki. Jak tę z "Magazynu nie tylko dla pań", w którym oświadczył, że "talerz po śledziu SPÓŁKUJEMY zimną wodą".

Ma pan chyba w życiu szczęście. Nie dość, że wolno panu pić wódkę i palić papierosy, to jest to w pana przypadku wręcz wskazane. Ten chropowaty głos, na którym pan zarabia, staje się wtedy jeszcze bardziej chropowaty.

- Jest taka anegdota, którą przypisuje się profesorowi Bardiniemu - był to taki pogromca młodzieży, który nawet w telewizji prowadził swego czasu warsztaty dla młodych adeptów aktorstwa. I on mawiał tak: „Bracie, jak ty chcesz mieć głos, to tobie nie wolno nic na > p < . Ani pić, ani palić, że o panienkach nie wspomnę. Ale jak ty już masz głos, to możesz pić, palić i pieprzyć ile wlezie, i ci nic nie zaszkodzi".

I to się sprawdza. Ja nie dbam o głos. Piję, palę od zawsze. No, o panienkach nie wspomnę. Natomiast są artyści, aktorzy, którzy zawijają szyje szalikami, herbatki nie, bo za gorąca. Lody? Wykluczone, za zimne! A ja ten głos po prostu mam. Używam go jak ręki. I nie muszę sobie robić manicure'u.

Kto jako pierwszy zauważył u pana ten głos?

- Już w szkole zauważyli. Ja chyba bardzo wcześnie przeszedłem mutację, bo koledzy z klasy nazywali mnie Sznaps Baryton. Z kolei jakoś chyba w maturalnej klasie przychodziły do nas na lekcje polskiego panienki po pedagogice. I one musiały poprowadzić z nami lekcję pod czujnym okiem naszej psorki, która siedziała w kącie. Któraś z tych dziewczyn wyrwała mnie do odpowiedzi i musiałem powiedzieć jakąś czytankę. Wyrecytowałem co trzeba, a po lekcji podchodzi do mnie ta panienka i mówi, że jest sekretarzem Rozgłośni Harcerskiej. I pyta, czy ja bym nie chciał spróbować czegoś tam dla nich przeczytać, bo mam fajny głos. Przyszedłem, przeczytałem jakieś wiadomości harcerskie. Spodobałem się i tak już zostało.

Tomasz Knapik, fot. Albert ZawadaTomasz Knapik, fot. Albert Zawada

Dziewczyny leciały na ten pański tembr?

- Nie zauważyłem. Ale nigdy nie uskarżałem się na brak dziewcząt. Przede wszystkim leciały na mój wrodzony wdzięk.

A był pan dobry w recytowaniu wierszy?

- Tak, byłem. Na pewno lepszy niż z matmy. Jak pani Respondek, moja wychowawczyni i nauczycielka fizyki, dowiedziała się, że zrobiłem doktorat z elektrotechniki, to podobno powiedziała: nie, nie, nie. To pomyłka! To niemożliwe! Tu musi chodzić o jego młodszego brata, on był zdolny! W ogóle nie chciała wierzyć. Więc, jak widać, w szkole rewelacyjny nie byłem.

Natomiast już na pierwszych latach studiów utrzymywałem się z korepetycji. I nie było dla mnie zadania z matematyki czy z fizyki, którego bym nie rozwiązał. Kiedy ja zdawałem na studia, to wtedy było dziesięciu kandydatów na jedno miejsce. Czyli nie tak fajnie jak teraz, że - poza dwoma czy trzema wydziałami - na politechnikę przyjmują ot tak, jak leci. Wtedy było naprawdę trudno. Ale nie było zadania, którego bym nie zrobił. Czy to była trygonometria czy stożek wpisany w kulę i w to wpisane coś jeszcze - wszystko robiłem prawie w pamięci.

Kiedy zaczął pan zarabiać głosem?

- Już na studiach zarabiałem. Ja jestem taki chłoporobotnik, że nigdy nie pracowałem jako lektor czy spiker na etacie, tylko wiecznie z doskoku, na umowie-zlecenie czy o dzieło. Etat miałem na politechnice, najpierw jako asystent, a po doktoracie adiunkt, starszy wykładowca... No, habilitacji już nie zrobiłem, bo to by mnie kosztowało za dużo czasu, zdrowia i pieniędzy. A uczelnię wybrałem dlatego, że miałem tam dużo wolnego czasu i mogłem chałturzyć. I na pierwszych latach asystentury dużo więcej zarabiałem z czytania niż z pensji politechnicznej.

Prawdziwe, większe pieniądze zaczęły się jeszcze w radiu. Ta Rozgłośnia Harcerska to była „harcerska” tylko z nazwy. Oczywiście, była tam cała gałąź harcerstwa: szczepy, drużyny, akcja Frombork, jakieś takie rzeczy. Ale generalnie polegało to na tym, że było paru młodych ludzi - takich jak Marek Gaszyński, Roman Waschko czy nieżyjący już Witold Pograniczny - którzy zaczęli w Polsce choćby muzykę bigbitową. Mało kto dziś pamięta, ale wtedy dominowały trzy gatunki: muzyka narodów Związku Radzieckiego, muzyka poważna i muzyka ludowa. Ale broń Boże nie jakiś rock and, panie, roll! Fuj - ohyda imperialistyczna!

Młodzież słuchała po nocach Radia Luxembourg, bo tego akurat dawało się słuchać. Jakoś wtedy też zaczynał Kaczkowski... A ja się koło tego kręciłem i powoli zaczynałem zarabiać po radiowych stawkach. Nie były to jakieś Himalaje zarobków, ale niedługo później zacząłem robić w telewizji. Czytałem, działałem i zacząłem wyciągać prawdziwe pieniądze.

A swój pierwszy film kiedy pan przeczytał?

- Bardzo dawno temu, kiedy się jeszcze filmy czytało na żywo. Oczywiście film był radziecki, ale chyba chociaż w miarę dobry.

Parę lat temu powstał taki kanał telewizyjny, Wojna i Pokój. Puszczano w nim filmy rosyjskie i radzieckie. Nie wiem, dlaczego go zlikwidowano. Mi się on bardzo podobał, bo znowu mogłem przeczytać te wszystkie filmy, które za dawnych czasów czytałem ze dwa razy do roku, z okazji rewolucji październikowej i na jakieś dni filmu radzieckiego: „Lecą żurawie”, „Ballada o żołnierzu”. No, klasyczne, bardzo dobre radzieckie filmy. I dzięki temu kanałowi nagle wróciłem do czytania tych filmów.

„Siedemnaście mgnień wiosny” też stosunkowo niedawno zrobiłem, z dwa lata temu. Ten serial dodano na płytach do jakiejś gazety z programem telewizyjnym. I okazało się, że niewiele z niego pamiętam. Bo tych odcinków wcale nie było 17, tylko 12. I okazało się, że one nie były takie łatwe do przeczytania, były potwornie przegadane. Zapamiętałem, że ten Stirlitz - młodszym czytelnikom tłumaczę, że to był taki odpowiednik naszego Klossa - to on nic, ino myśli. Cały czas myśli. Pokazują jego nieruchomą twarz - to był Wiaczesław Tichonow, niedawno zresztą zmarł - i on myśli, myśli, myśli. I lektor mówi: „I wtedy Stirlitz myślał o towarzyszach, którzy w oblężonym Leningradzie mrą z głodu. I o tych, co pod Kurskiem też myślał ” - i cały czas lektor nawija. Stirlitz nic nie mówi, a tekstu strasznie dużo.

Z tego się wzięły dowcipy o Stirlitzu.

- Tak, dokładnie. No, ale dowcipy też były o mojej ulubionej postaci, którą kiedyś czytałem, czyli o Chucku Norrisie. Ja tych „Strażników Teksasu” dla Polsatu natłukłem straszne ilości.

Lubi pan ten serial jako widz?

- Lubię. Oczywiście, on jest naiwny, można mieć zastrzeżenia. Ale wybaczam mu to. Z kolei nie znoszę seriali, które niestety każdy lektor musiał przewałkować w ogromnej ilości. Czyli te wszystkie brazylijskie, argentyńskie, meksykańskie telenowele. Zgroza!

Jak panu wychodziło czytanie „kocham cię” w tych serialach?

- Na pewno gorzej, niż „Stój, bo strzelam” (śmiech). U nas są specjalności. Szydłowski czy Gudowski mają delikatne głosy i ładnie, melodramatycznie potrafią powiedzieć „kocham cię”. A ja to się nadaję raczej do filmów akcji.

Bardzo lubię komedie. Mimo że z reguły są przegadane. Na przykład „Świat według Bundych” mi się bardzo podobał. To fenomen: tam nie ma ani jednej pozytywnej postaci, a wszyscy się z tymi bohaterami utożsamiają. Mężczyźni mówią: no tak, moja żona jest właśnie taka jak ta z serialu. Wredna, leniwa i tak dalej. A żony: a ten mój chłop, jak ten Bundy: leniwy, głupi, mało zarabia. Dzieci też nie są idealne: córka to nimfomanka, a syn jest erotomanem. Nawet pies jest wredny.

Tomasz Knapik, fot. Albert ZawadaTomasz Knapik, fot. Albert Zawada

Czytał pan też pierwszy sitcom sprowadzony do Polski.

- Tak. Chociaż wtedy nie wiedziałem, że to jest sitcom. Mowa tu o angielskim serialu pt. „Pan wzywał, milordzie?”. Przeczytałem pierwszy odcinek, wracam do domu i mówię: jaki dziwny przeczytałem serial, że jak jest coś dowcipnego, to w tle się śmieją, jakby to w teatrze kręcono. Nikt wtedy nie wiedział, że to się nazywa „sitcom”.

Z „Bennym Hillem” mieliśmy kiedyś taką przygodę: Polsat wpadł na fajny pomysł, że będzie puszczał odcinki tego serialu w jeszcze krótszych odcinkach. Takich po 10 minut. I te odcinki były bardzo różne. Potrafiły mieć pięć stron, a potrafiły mieć dwadzieścia pięć. A bywały i takie, w których w ogóle nie było żadnych słów - gonitwy, ucieczki, ta charakterystyczna muzyczka. I te 10-minutowe odcinki leciały w Polsacie jako takie zapchajdziury. W niedziele czy w soboty to chodziło. O 15, o 16, o 17, o 18, po 10 minut „Benny'ego Hilla”. Kiedyś trafiłem na taki epizod. Jest ten Benny Hill i on biega, ucieka, ale nic nie mówi. Przez całe 10 minut! I wchodzą napisy, a ja mówię: „Wersja polska Anna Szczygieł, czytał Tomasz Knapik". A ani słowa wcześniej nie powiedziałem! Później widziałem się z tą Anią Szczygieł i ona mi mówi, że wszyscy się z niej śmieją: aleś się napracowała! (śmiech).

„Walkę o ogień” „czyta” się pewnie podobnie.

- Tak, ten film to moje marzenie! Bo ja generalnie jestem potwornie leniwy. I wcale się tego nie wstydzę, bo, jak wiadomo, to leniwy wynalazł koło. Pracuś targał na garbie kamienie, a ten sobie wymyślił proch czy koło. To żaden wstyd. I nie ukrywam, że wolę, jak film ma 8 stron niż 80. „Walka o ogień” to taki niebotyczny przykład. Ale „Milion lat przed naszą erą” też miał raptem parę stron.

Zasada jest taka: jak jest w filmie sprawa sądowa, to jest od razu 20 stron w plecy. Na przykład „12 gniewnych ludzi” - 80 stron! „Sprzeciw!”, „uchylam!” - strasznie wredne. To lepiej jest siedzieć i w nosie dłubać, niż czytać. Mniejsza szansa na pomyłkę. Bo tylko ten się nie myli, co nic nie robi. A jak się czyta, to zawsze się może gdzieś język zawinąć.

Panu często się zawija?

- Zdarza się. Ale dziś już ten romantyzm zawodu lektora zupełnie zanikł. Bo jak się czytało na żywca, to każda moja pomyłka szła w naród. Trudno - powiedziało się. A dzisiaj na żywca są tylko dzienniki, sport, występy na żywo. Natomiast filmów to nie dotyczy. I ja czytam film, który został miesiąc temu spokojnie nagrany. A jak się nawet najdowcipniej pomylę, wszyscy się pośmieją, cofamy do kropki i nagrywamy jeszcze raz.

Jak się czytało na żywo, to w telewizji bywały wpadki, o których do dziś legendy chodzą. Każdy z lektorów takie coś miał. Ja też miałem kilka...

Na przykład?

- Na samym początku telewizji czytałem taki „Magazyn nie tylko dla pań”. Tam były przepisy, robienie na szydełku. Niech to cholera weźmie! Dla mnie to było trudne, bo jak ja nie umiem na szydełku robić, a musiałem opisywać to, co jest na ekranie: tu spuszczamy dwa oczka, tu robimy półsłupek. A ja zupełnie nie wiedziałem, co to jest ten półsłupek! Ale zupełnie nieźle mi szło. Dopóki nie oświadczyłem słuchaczkom, że „talerz po śledziu SPÓŁKUJEMY zimną wodą”. Radość była powszechna... (śmiech)

Już w późniejszych czasach czytałem „Kurier warszawski”. I to było na żywca. I tam też redaktorzy sadzili takie klopsy, a dodatkowo były jeszcze maszynistki, które to przepisywały z dziennikarskich rękopisów. I ja przez to - mimo że jestem warszawiak z urodzenia - posadziłem bombę w stylu: „W dniu wczorajszym na rogu Marszałkowskiej i Nowego Światu”. I potem jeden słuchacz napisał, zresztą zgodnie z prawdą, że przecież te ulice się nigdzie nie przecinają. I że co pan, panie Knapik, za bzdury gadasz.

Jeden mój kolega lektor przeczytał kiedyś, że „był to marsz Mołotowa”. No - niech będzie. Jest koktajl Mołotowa, to może być i marsz. Ale czyta dalej i są tam „powstańcy idący na barykady”. I zorientował się, że to był marsz Mokotowa. Innemu koledze maszynistka napisała „dzieci artystyczne” zamiast „autystyczne”. Ja z kolei razu pewnego powiedziałem, że wyniki prosimy wysyłać do 30 lutego. Każdemu z nas zdarzały się takie klopsy.

Mi się często zdarzają pomyłki wynikające z nadgorliwości. Kiedyś miałem w tekście napisaną kwestię: „i poszłem po rozum do głowy”. No, tłumacz posadził strasznego babola. Więc go poprawiam i mówię: „poszedłem”. Za dwie strony znowu jest: „poszłem gdzieś tam”. Więc znów poprawiłem. A za dwie strony kolega mówi do tego bohatera: „Stary, nie mówi się poszłem, tylko poszedłem”. I musiałem się wracać dwie strony.

Co jest największym koszmarem lektora?

- Nie ma jednak nic gorszego niż te telenowele. Niskim kosztem, bez sensu. W tych serialach nic się nie dzieje! Moja koleżanka raz wróciła z urlopu i mówi: „Słuchaj, byłam w Turcji dwa tygodnie i nie wiem, co się działo w moim serialu. Opowiedz mi!”. I miałem trudności, no bo co - on poszedł do niej pod dom, ale było ciemno, więc pomyślał, że go zdradza. Więc poszedł się upić, a w międzyczasie ona poszła pod jego dom i zobaczyła, że jest pusty. I koniec odcinka.

Ominiesz 15 odcinków i nic się nie stanie.

- Absolutnie! (śmiech) Seriale to swego rodzaju uwiązanie. Czyta się taki serial non stop i nie można na urlop pojechać... Zawsze ci obiecują: eee, jak wyjedziesz, to najwyżej nadrobimy i... Guzik. Nic nie nadrobią, bo na przykład tłumacz zachorował albo coś. Gudowski przez „Dynastię” nie był przez trzy lata na urlopie.

Oczywiście, nie ma ludzi niezastąpionych. Lektor też może zaniemóc, nogę złamać czy umrzeć. Trudno. Ale zasada jest taka, że się nie zmienia lektora w trakcie serialu.

W takim razie dobrze, że nie czyta pan „Mody na sukces”. 7000 odcinków, 20 lat nadawania.

- No, to fakt. Zgroza. Ostatnio z kolei czytam fajny serial, „Dwie spłukane dziewczyny”. Taki współczesny, gdzie te dwie dziewczyny rozmawiają bardzo luźnym językiem. Dobrze wspominam też serial „Trawka”, z tym że on leci teraz po raz drugi i kto inny go czyta. Ja go kiedyś nagrywałem w Łodzi. Samo założenie, że matka dzieciom i tak dalej, zostaje dilerką narkotyków, bo jej właśnie mąż umarł, a ona nie ma z czego żyć. Cała nasza sympatia jest po jej stronie.

Zresztą, w Stanach to poszło w dobrym kierunku, bo w wielu miejscach to jest już zalegalizowane. Więc „Trawka” nieco straciła na ostrości. Przynajmniej u nich. Bo u nas to jeszcze ciągle jest, że aaach! Broń Boże!

Zdarzało się panu popalać?

- Nie odpowiem na to pytanie, bo boję się odpowiedzialności karnej. Ale czasem zastanawia mnie, czy w Amsterdamie mogę jako obywatel Polski wejść sobie do coffee shopu, kupić skręta i go wypalić? Z Polski to byłaby wyprawa, ale jak ktoś mieszka 50 kilometrów od granicy, to co to za problem, podjechać i sobie legalnie zapalić.

Zdaje się, że może pan.

- No właśnie. Ostatnio czytałem, że w Norwegii wprowadzili całkowity zakaz prostytucji - i teraz Norwegom nie wolno korzystać z usług prostytutek nawet poza swoim krajem. Nawet tam, gdzie to jest legalne. Tyle że jak to sprawdzą? Jak to skontrolują? Martwe prawo.

To zresztą polska specjalność, wprowadzanie przepisów, których nie można skontrolować, więc ludzie je lekceważą. Prezydent Sopotu wyznaczył prędkość roweru na ścieżce rowerowej do 5 km/h. Tylko kto to ma sprawdzać? Radary postawią? Policjantów z „suszarkami”? Ponadto, przecież rowerzysta z reguły nie ma prędkościomierza, więc skąd ma wiedzieć, czy jedzie 15 czy 17 na godzinę? Więc wszyscy ten mądry przepis chrzanią.

A propos mandatów i policjantów - czyta pan „Uwaga! Pirata” w TVN Turbo i „STOP Drogówkę” w TV4, dwa seriale dokumentalne o pracy policji.

- Tak. I czasem jak czytam komentarze w internecie, to naprawdę żałość bierze, że tylu jest idiotów korzystających z anonimowości Rany boskie! O mnie jest masa komentarzy, że jestem pirat drogowy i że jeżdżę jak wariat, ale korzystam z immunitetu, bo policja jak mnie widzi, to staje na baczność i salutuje. Muszę powiedzieć, że to zupełna nieprawda.

Tomasz Knapik, fot. Albert ZawadaTomasz Knapik, fot. Albert Zawada

Jeździ pan szybko?

- Tak, ale bez przesady. Piratem nie jestem. A jeśli policja mnie zatrzyma, to nie skorzystałem jeszcze z prawa łaski. Czasem proszą o autograf. Ale, niestety, na mandacie.

Wracając do „Trawki” - podoba się panu ta nowa fala amerykańskich seriali? Ogląda pan „Grę o tron” czy „Breaking Bad”?

- Nie, raczej nie. Ja jestem tradycjonalista. W kwestii gustu, bo tak to nie znoszę konserwatyzmu.

Jest pan liberałem?

- Tak. Nie lubię konserwatyzmu, bo jest to chęć utrzymania tego, co jest nie do utrzymania. Pewne rzeczy można co najwyżej opóźnić. Można sobie niby założyć jakiś komitet przeciw ateizacji Polski, można nawet wprowadzać rozwiązania ustawowo, ale są pewne tendencje i co ma pójść do przodu, to i tak pójdzie. Jak nie dziś, to jutro. To jest tak samo skuteczne jak robotnicy, którzy kiedyś protestowali w Anglii przeciwko maszynom, bo im pracę zabierały.

Ale w gustach jestem konserwatywny. Dla mnie jazz się skończył mniej więcej na nowoorleańskim (śmiech). Lubię rock and rolla - to jest moja młodość. Metal już mniej, bo za mocny jest. Ale mogę go jeszcze słuchać. W przeciwieństwie do disco polo.

A woli pan czytać złe czy dobre filmy?

- Wolę dobre filmy - zarówno oglądać, jak i czytać. Ale lektor to nie telewidz, który ma pilota i może przełączyć na inny program, jak mu się nie podoba. Ja dostaję film i nikt mnie nie pyta, jak mi się podobało - mam go przeczytać. Bo zarówno zły, jak i dobry film muszą być przeczytane. A niestety, tych filmów klasy B, C, nawet D jest bardzo dużo. Kiedy widzę na przykład, że za scenariusz, reżyserię, muzykę i produkcję odpowiedzialna jest jedna i ta sama osoba, to uuu... Już wiem, że coś jest na rzeczy (śmiech).

Telewizje takie filmy dostają w pakiecie. Na zasadzie: dobra, dostaniecie tę jedną perełkę, ale za to musicie kupić pakiet jeszcze trzydziestu filmów. No i trzeba to kupić. Kiedyś czytałem filmy takiego producenta, który na nazwisko miał Puzon, a jego firma nazywała się Puzon Production. Cztery czy pięć filmów. Każdy inny: jeden o przemytnikach narkotyków z Boliwii, drugi o jakimś tam prywatnym komando w Wietnamie, trzeci jeszcze o czymś innym. Ale w każdym z nich była scena zestrzelenia rakietą helikoptera. Nie wiedzieć czemu - szwedzkiego. Może żółty z niebieskim się ładnie w kadrze komponują? No, nieważne.

W każdym razie ta eksplozja helikoptera była filmowana z siedmiu czy ośmiu kamer. I w każdym z filmów ten cały Puzon wykorzystał tę jedną scenę! Tyle że raz to był helikopter przemytników narkotyków, innym razem to był jakiś helikopter Wietkongu, i tak dalej. Widać było, że skoro już się wykosztowali na śmigłowiec, to go wrzucili do czterech filmów, nie spodziewając się, że ktokolwiek będzie je oglądać ciurkiem. A ja musiałem, bo je wszystkie czytałem po kolei.

Innym razem czytałem jakiś ekstremalnie tani meksykański film. Tam było takie biurko. No, tak złego smaku to nigdy nie widziałem. Biurko polegało na tym, że był taki szklany blat rozmiarów małego boiska do piłki nożnej, o grubości pięciu centymetrów. I to się wszystko opierało na lwach wyrzeźbionych z kości słoniowej. Na tym blacie leżał telefon, a obok stał taki sekretarsko-dyrektorski, elegancki stołek. I ten stołek potwornie skrzypi. Widać, że aktor, który na nim siedzi, to tylko głową obraca i stara się siedzieć sztywno i nie skrzypieć, ale i tak zagłusza wszystko na planie. A telefon, żeby było śmieszniej, ma taśmą sklejoną słuchawkę, bo widocznie im upadła i się połamała. I jak ten aktor bierze tę słuchawkę, to ostrożnie, żeby mu nie pękła.

Przecież wystarczyłoby wziąć oliwiarkę i naoliwić to krzesło, żeby nie skrzypiało. A telefon? Naprawdę budżet był tak niski, że nie stać ich było na nowy? Ręce opadają. Dlatego zdecydowanie wolę czytać dobre filmy.

Obrazy rosyjskie, angielskie, meksykańskie Przeczytał pan parę tysięcy filmów z różnych części świata. Czy lektor uczy się w swojej pracy języków obcych?

- Biegle znam głównie polski (śmiech). A inne języki? Znam, ale w stopniu biernym. Przecież jak siedzę i czytam polski tekst, a w słuchawkach słyszę inny język - chcąc nie chcąc, czegoś się nauczę. Chociażby biernie. Angielski znam w stopniu komunikatywnym, potrafię się dogadać. Rozumiem wszystkie języki europejskie, jak ktoś do mnie mówi: francuski, włoski, hiszpański Gorzej z portugalskim, który jest bardzo szumiący, mówi się, jakby się miało ząb wybity. Na przykład nie „Suarez” tylko „Szuaresz”.

Jedyny język, którego nie rozumiem zupełnie, to węgierski. Moja znajomość węgierskiego ogranicza się do tego, że wiem, że „s” się czyta jak „sz” i na odwrót. Jest „List”, a nie „Liszt”. Kiedyś czytałem coś dla Macieja Zakrockiego, który chyba zresztą miał żonę Węgierkę. Mówi mi: wpadnij do sali synchronizacyjnej, ja mam tam taki felieton, to zrobisz. Wpadłem i pracowicie pozamieniałem wszystkie „s” na „sz” w nazwach własnych. Wsiadłem w samochód, jadę do domu, dzwoni Zakrocki. „Ty baranie! Ja ci to fonetycznie napisałem”. A ja to przeczytałem dokładnie na odwrót.

A propos Węgrów - oni, podobnie jak prawie cała Europa, dubbingują filmy aktorskie. Parę lat temu popłakałem się ze śmiechu, kiedy w telewizji w Budapeszcie zobaczyłem, jak Robert De Niro i Al Pacino mówią w „Gorączce” po węgiersku. W Polsce dubbinguje się coraz więcej filmów aktorskich. Czy myśli pan, że lektor zostanie u nas wyparty przez dubbing?

- Nie, nie zostanie. Lektor to polska specjalność. Ludzie chcą filmów z lektorem, a ja zawsze powtarzam, że vox populi, vox Dei. Zresztą czy mogę mówić coś innego? To tak, jakby kata pytać, czy jest za karą śmierci (śmiech).

Dubbing jest znakomity dla dzieci. Zresztą, mamy w Polsce świetną szkołę dubbingu. Ale w filmie dla dorosłych mnie by denerwował. Ja wiem, że Brejdygant stworzył genialną kreację w „Ja, Klaudiusz”. On się tam lepiej jąkał niż oryginalny Klaudiusz. Rewelacja! Wielka szkoda, że z tego się chyba nic nie zachowało - wszystko utonęło gdzieś w piwnicach telewizji.

Ja pamiętam, jak w dubbingu brali udział wielcy. Czytali Świderski, Holoubek - same tuzy naszego filmu i teatru. Mało tego, ja dużo współpracowałem z dubbingiem, ale jako lektor. Czyli na początku mówiłem tytuł filmu, a na końcu: wersja polska Studio Opracowań Filmów w Warszawie. Udział wzięli: i wymieniałem aktorów. To była cała moja robota: początek i koniec. I przy tych filmach to ja się z reguły obijałem i czekałem, aż skończą. I ze zgrozą stwierdziłem kiedyś, że ci wielcy, ci przeważnie nieżyjący już klasycy Nie umieją czytać. Przychodził taki zasłużony artysta scen polskich i dukał: „Ona ona była ona była ładna ładną ona była ładną kobietą. Aha. Ona była ładną kobietą. Ona była ładną kobietą”. I jak się nauczył tego na pamięć, to dopiero mógł przeczytać. O rany, ile to trwało!

A dzisiaj dubbingowcy to z reguły młodzi ludzie, znakomici aktorzy ze sprawnością lektora. Bierze taki tekst i nie zastanawia się, tylko czyta. Nieraz nawet poprawi, jak się nie zgadzają tak zwane „kłapy”, czyli ruch ust postaci. I dziś to nie wiem, po co oni mnie biorą do tej „tyłówki”, bo listę aktorów mógłby równie dobrze przeczytać jakiś aktor. Zresztą, jest paru aktorów, którzy są znakomitymi lektorami: Borowiec, Brzostyński...

Parę tygodni temu był pan na festiwalu Transatlantyk w Poznaniu i czytał pan film na żywo.

- Tak. I strasznie dałem dupy. Czytałem na żywo „Re-animatora”. Film nawet dość przegadany. Tyle że nie miałem za bardzo czasu. Przyjechałem, spotkałem się z paroma kolegami po fachu - byli Gudowski, Brzostyński, Borowiec Potem pojechałem na projekcję tego „Re-animatora”, dostałem listę dialogową No i wszystko było fajnie do końca pierwszej sceny. Pierwsza scena się skończyła i w następnej widzę, że jest rozmowa zaczynająca się od słów „Panie dziekanie, co pan sądzi?”, a ja tu mam scenę łóżkową. I ani ta panienka nie wygląda mi na dziekana, ani ten student, co tam z nią w tym łóżku... No, coś się nie zgadza.

Okazało się, że wyświetlili reżyserską wersję tego filmu, trwającą 110 minut. A ja dostałem kartki do wersji standardowej, krótszej o 20 minut I kilku scen mi w tekście brakowało. A jednocześnie nie miałem słuchawek i prawie nic nie słyszałem, więc nie mogłem dotłumaczyć tego, co się działo na ekranie Słyszę, że oni tam coś gadają, domyślam się, łapię słowa, ale nie podejmę się przetłumaczenia. I tak było w paru miejscach. Przeprosiłem, bo to było nieprofesjonalne z mojej strony. Niby wpadka organizatorów, ale ja też powinienem się zainteresować i powiedzieć: puśćcie mi kawałek i zobaczymy, czy pasuje. A ja przyjechałem na ostatnią chwilę i siadłem tuż przed projekcją. Przepraszam wszystkich obecnych. I mam nadzieję, że wszyscy na sali znali angielski.

Tego „Re-animatora” pewnie pan już kiedyś czytał?

- Tak, pracowałem już nad nim z 20-30 lat temu.

To film z połowy lat 80. Mniej więcej wtedy otworzył się rynek VHS-owy, Polacy zaczęli kupować pierwsze magnetowidy. To było eldorado dla lektorów, prawda?

- Oczywiście. To było czyste piractwo, ale o tym wiemy dzisiaj. Wtedy nikt o tym nie mówił. Bo też nikt nie wiedział, że tego czy tamtego nie wolno, że ktoś ma do czegoś prawa, a ktoś inny nie ma. Byli po prostu wideowcy, którzy mieli swoje dojścia. Na przykład ściągali filmy przez stewardessy LOT-u, albo przywozili z Niemiec każdy nowy film, który akurat się ukazał.

Przez stewardessy LOT-u?

- Tak, bo równocześnie z premierą w Stanach Zjednoczonych w jakiś sposób te filmy były już na kasetach w Bangkoku. Więc stewardessom opłacało się je przywozić, bo kupowała kasetę za 5 dolarów, a w Polsce dostawała za nią 50.

Najważniejsza była szybkość, więc tłumaczenia były fatalne. Na początku czytał je szef wypożyczalni albo jego szwagier, ale w którymś momencie postanowili wziąć profesjonalistów. Jeden z wideowców wstawił mi do domu taki lepszy magnetowid z opcją nagrywania dźwięku, żebym listy dialogowe mógł czytać ze swojego domu. Gabinet miałem wytłumiony książkami, a szumy dodatkowo zagłuszała taka specjalna bramka. I to w zupełności wystarczało. Miało być po prostu szybko.

Z tym nagrywaniem z domu wiąże się legenda o moim pseudonimie. Czytałem wtedy takie różne dziwne, często dziś kultowe rzeczy. Na przykład taki magazyn dla młodych komputerowców i graczy komputerowych, „Enter”. To była taka epoka, że jeśli w ogóle miało się komputer, to najczęściej jakiś ZX Spectrum, rzadko coś lepszego. Zupełne początki. I w tym „Enterze” występowałem jako Tomasz „Ramirez” Knapik. Skąd się wzięła ta ksywa?

Mój syn opowiadał mi kiedyś o jakimś Zyziu. Pytam, kim jest Zyzio. A on mi mówi, że to ojciec Marcina, jego kolegi. Pytam: „A jak mnie nazywacie? „Nieee, tato, daj spokój” - nie chciał mi powiedzieć. Ale przycisnąłem go, wziąłem na spytki. „No jak o mnie mówią?”. A on mi na to, że Ramirez. Okazało się, że kiedyś jego koledzy wychodzili z jego pokoju na paluszkach (bo przecież tatuś czyta obok jakiś film) i usłyszeli mój aksamitny baryton: „Ramirez, kurwa, to były moje konie!”. Widocznie jakiś western czytałem (śmiech).

Przypuśćmy, że na początku lat 90. przywiozłem z Niemiec torbę z pirackimi kasetami i chciałbym, żeby to pan mi je przeczytał. Co musiałbym zrobić?

- Zgłosić się do kogoś, kto ze mną pracuje i mi powie: „Tomek, masz tu teksty, weź to przeczytaj facetowi".

Czasem nagrywałem od siebie z domu, innym razem przychodziłem do wideowców. Czasem stała u nich taka specjalna kabina - to był już wyższy poziom. Bo on żył też z tego, że kopiował. W Warszawie było parę takich studiów, które nagrywały te najświeższe kasety. Przyjeżdżali z całej Polski właściciele wypożyczalni i pytali się: masz już jakiegoś tam „Rambo 7”? A on im na to, że jutro będzie. Przyjeżdżali nazajutrz, brali po 20 kaset, płacili. A ten ją dalej kopiował, bo miał ścianę magnetowidów, które służyły tylko do tego.

Był to swego rodzaju przemysł na drobną skalę. Ale ja w to nie wnikałem. Dla mnie ten, co zamawiał, to był mój chlebodawca. I albo szedłem do niego do kabiny, albo dawał mi to do domu, żeby było jak najszybciej. „Panie, ja to na jutro muszę mieć, bo pojutrze to będzie miał ten Czesiek z konkurencji i u niego kupią, a nie u mnie!”.

Był pan pierwszym profesjonalnym lektorem pornosów?

- Eee, chyba nie pierwszym. Tak między nami - to wszyscy czytali. Tylko teraz się wypierają, że nie.

Oczywiście, tam nie ma za dużo czytania. Jest na YouTube taki wywiad Michała Figurskiego ze mną. Bo Figurski był kolegą mojego syna i kiedyś zleciłem mu przetłumaczenie pudła pornosów. Robił to bardzo dobrze, na przykład wymyślił tytuł „Pieprz mnie pod niebiosa”.

Tak, czytałem te pornosy. I wcale się tego nie wstydzę. Uważam, że spełniły w swoim czasie bardzo dużą rolę, choćby szkoleniową. Ludzie to chłonęli, bo to było zakazane. Celnicy szaleli i zabierali „świerszczyki”, które dziś można dostać w każdym kiosku. Ale wtedy? Boże kochany! To było obce socjalistycznej moralności. Dziś też jest obce, no ale nieważne.

Czasem trudno jest wyczuć różnicę między erotyką i pornografią, ona jest dość płynna. Ja na przykład, chyba dla Polsat Cafe, robiłem takie bardziej dokumentalne rzeczy. Serial o tym, że we Francji jest modne to, a gdzie indziej tamto. Tu są takie kluby go-go, tutaj się to robi w parach, a gdzie indziej lubią wymieniać się żonami.

Wiele telewizji daje po północy filmy dla dorosłych. I, w zależności od stacji, jest to albo erotyk, albo ostry pornos. I ktoś to przecież musi czytać. Bardzo ładnie robi to Brzostyński, który przerobił całą serię „Różowa landrynka”.

Ja jak czytałem pornosy, to często wyciągałem krzyżówki i bardziej mnie interesowało coś tam poziomo na pięć liter niż to, co się działo na ekranie. Figurski o tyle dobrze tłumaczył, że spisywał czasy. Czyli jak miałem napisane, że w siódmej minucie padnie: „Pieprz mnie pod niebiosa”, a kolejna kwestia będzie dopiero w osiemnastej, to wyciągałem krzyżówki. A jak nie miałem wypisanych czasów, to musiałem się domyślać. Tak na logikę: kwestia „dzień dobry” nie poleci przecież „w trakcie”...

Jak się pan czuje, czytając erotyczne kwestie kobiet skierowane do mężczyzn?

- Tak samo, jak czytając kwestię Julii do Romea. Nie wczuwam się. U nas się przyjęło, że lektorem jest mężczyzna. Parytet nie obowiązuje.

No, jest Krystyna Czubówna.

- Jest ich więcej, ale ona rzeczywiście jest najsłynniejsza. Poza tym, ona jest znana, bo prowadziła „Panoramę”. A teraz występuje w reklamie jakichś środków na żylaki w nogach. Więc jej twarz jest kojarzona.

Niemniej, rewelacyjnie czyta te wszystkie filmy przyrodnicze o pszczółkach i zwierzątkach. I bardzo dobrze czyta audiobooki, których ja z kolei unikam jak ognia. To jest potwornie męczące, nie lubię tego robić. Umowa jest taka: gramy jutro od 8 do 12, cztery godziny, będzie fajnie. Gucio! Po dwóch godzinach mam absolutnie dosyć czytania książki i zaczynam przyspieszać. I wciąż mi mówią: „Tomuś, Tomuś, gdzie się tak spieszysz? Zdążysz! Wolniej, wolniej ”. I za wzór mi stawiają Czubówną: „O, Kryśka to spokojnie czyta jednym tempem przez cztery godziny”. Ja tak nie umiem.

Aktorzy lubią czytać audiobooki, bo zyskują sławę i nazwisko. Potem jest napisane: „Mistrzowie słowa czytają” - i jego zdjęcie na opakowaniu. Więc on nawet dopłaci, żeby takiego audiobooka przeczytać.

A jest coś, czego by pan nie przeczytał, bo byłoby panu wstyd?

- Mogę przeczytać pornosa, ale absolutnie nie czytam filmów politycznych. Zdarzyło mi się przeczytać do spotu wyborczego i w Polsce jest tak, że to od razu jest utożsamione z moimi prywatnymi poglądami. Gdybym przeczytał, że niech żyje PiS i prezydent tysiąclecia przedwcześnie zmarły lub na odwrót: niech żyje SLD, to zaraz by wszyscy uznali, że to są moje poglądy. I że jestem prawicowiec albo komuch. A wcale tak nie musi być. Więc wolę w ogóle nie czytać, żeby mnie nie utożsamiali z partiami politycznymi.

To jak ten biedny aktor z jakiegoś serialu, który od jakiejś babci oberwał po łbie parasolką, bo „Ty ją, łobuzie, w ciąży zostawiłeś!”. Takiej babci nie wytłumaczysz, że to nie aktor zostawił, tylko postać. Jak u Fajbusiewicza robili rekonstrukcje zbrodni, to zatrudniali do nich naturszczyków. I ci aktorzy dostawali potem z komendy głównej policji glejty skierowane do wszystkich jednostek policji, żeby ich nie zatrzymywać. Bo następnego dnia po emisji „997” ludzie dzwonili na policję i mówili, że idą za tym bandziorem, co to wczoraj w telewizji staruszkę zabił (śmiech).

Do czyich spotów politycznych pan czytał?

- Do różnych, ale służbowo. Raz wybuchła niezła afera. To było tak: były wybory i każdej partii przysługiwało tyle samo czasu w mediach państwowych. I wzięli dwóch czy trzech dyżurnych lektorów, żeby czytali spoty. Więc przyjeżdżamy na Myśliwiecką, mówimy: to co dziś jest? A oni, że ty dziś dla PSL-u przeczytaj kawałek, a ty dla narodowców. No i ja dostałem tych narodowców. I potem było w gazetach, że Knapik czyta, że Żydzi do gazu, a pedały do leczenia. I teraz weź się tłumacz, że to nie są twoje poglądy. Więc dziś staram się takich rzeczy unikać. Prędzej przeczytam pornosa.

Co jeszcze, oprócz polityki, pana brzydzi? Zdarzył się panu film tak brutalny, że nie mógł pan patrzeć na ekran?

- Tak, ale nie był to film fabularny. Zresztą, ja w tej chwili w ogóle mało fabularnych czytam. Jestem na emeryturze i szukam nowych wyzwań i urozmaiceń, czasem na przykład występuję w kabarecie.

Wracając do tematu: czytałem kiedyś filmy lekarskie, medyczne. I nie mogłem patrzeć na dwa z nich. W pierwszym było usuwanie ropni okołozębowych, a w drugim jakaś resekcja jąder przy raku czy coś. Obrzydliwe. Zwłaszcza te ropnie okołozębowe.

W tych filmach medycznych były też najtrudniejsze słowa, jakie kiedykolwiek czytałem. DDT, czyli dwuchlorodwufenylotrójchloroetan - to jest jeszcze łatwe. Ale bywały takie wyrazy, że musiałem je sobie dzielić na kreseczki, parę razy się przymierzać i dopiero mogłem przeczytać.

Wspomniał pan, że wystąpił pan w kabarecie.

- Nawet w dwóch skeczach!

W jednym z nich nie może pan zamówić taksówki, bo telefonista myśli, że dzwoniącego zagłusza Knapik z telewizora. Zdarza się to panu?

- Tak, to się zdarzyło. Mi się na ogół morda nie zamyka i gadam o wiele za dużo, pewnie niepotrzebnie. I byłem kiedyś u znajomych na wódce, w mieszkaniu w bloku, opowiadam głośno jakiś kawał i nagle słychać z góry głos sąsiadki: „Ściszcie, kurwa, ten telewizor!”.

Czasem rozpoznają mnie po głosie, np. w sklepie. Płacę kartą i panienka w kasie mówi: „ No, tak! Wiedziałam, że skądś znam pana głos".

Ludzie mówią wtedy, że inaczej sobie pana wyobrażali?

- Czasem tak mówią. Ja ich wtedy pytam, jak sobie mnie wyobrażali. Nigdy nie wiedzą, jak konkretnie, ale na pewno inaczej. Wie pan, ja to jeszcze jestem kawał chłopa, ale kiedyś mieliśmy takiego kolegę lektora, Zbigniewa Lutogniewskiego. Zmarł dawno temu. Miał cudowny, niski, głęboki głos, ale był malutki, miał z metr pięćdziesiąt, wąsik, wyglądał jak taki staromodny buchalter. No, to on rzeczywiście nie wyglądał na ten głos. Jak się odezwał, to wszyscy szukali wzrokiem, kto tak mówi, bo mu nad głową patrzyli. Kiedyś się Lutogniewski na mnie obraził, bo mu powiedziałem, że wygląda jak ten najniższy z braci Marx.

Zdarzyło się panu kiedyś parsknąć śmiechem podczas czytania?

- Bardzo lubię komedie, ale śmianie się czy płakanie podczas czytania byłoby nieprofesjonalne. Chociaż podczas tego spotkania lektorów na festiwalu Transatlantyk któryś z kolegów przyznał, że tak się kiedyś wzruszył, że z trudem łzy tłumił. Mi się to nie zdarzyło, nie wzruszam się. Natomiast raz parsknąłem w mikrofon na widok najgłupszego żartu. To był stary film z Flipem i Flapem. Stoją na przyjęciu, trzymają w szklankach whisky i jeden drugiego pyta, która godzina. Pytany patrzy na zegarek i wylewa sobie whisky na buty. Głupi żart, ale ja i tak parsknąłem. A mikrofon był otwarty i nie zdążyłem nacisnąć zwieracza, czyli takiego przycisku, który wyciszy cię, kiedy akurat musisz odchrząknąć albo właśnie parsknąć. Zdarzyło mi się go używać, kiedy czytałem „Żywot Briana”.

A propos „Żywota Briana” - była taka osoba, która nie lubiła pańskiego głosu i mówiła o tym publicznie. Domyśla się pan, o kim mówię?

- Oczywiście! Mówi pan pewnie o moim wrogu numer 1, czyli o Tomaszu Raczku, który napisał kiedyś felieton pt. „Głos, który zabija”. I odsądził mnie w nim od czci i wiary.

Chodziło mi o innego Tomasza, Beksińskiego (dziennikarz, radiowiec, tłumacz odpowiedzialny m.in. za polską listę dialogową „Latającego cyrku Monty Pythona” - przyp. aut.). On niezbyt pochlebnie pisał o panu w felietonach do „Tylko Rocka”.

- Aaa, no tak. To było pozorne. On taki po prostu był. Zresztą, ja z nim kiedyś pracowałem. On miał taki sposób bycia, że często obrażał rozmówców. I jednocześnie nie znosił jakichkolwiek uwag pod swoim adresem. O nieboszczykach nie powinno się mówić źle, ale Beksiński był strasznie zarozumiały - uważał, że jest najlepszy, zwłaszcza do filmów science fiction. I ja mu kiedyś, niestety, wygarnąłem, że tylko w swoim pojęciu jest takim dobrym tłumaczem, bo w moim jest wyjątkowo gównianym. Ale wie pan, ja nie jestem dolar, żeby mnie wszyscy lubili.

Wkurzają pana tłumaczenia filmów, które cenzurują oryginalne przekleństwa?

- Tak, bardzo tego nie lubię. Na przykład jak ktoś mówi „kuźba”. Powiedz „kurwa”, co się wygłupiasz! Przecież teraz, jak się okazało, nawet mężowie stanu sobie bardzo luźno rozmawiają. W każdym polskim filmie, czy trzeba czy nie trzeba, w dialogach lecą takie „kurwy”, że aż się ziemia kurczy. To dlaczego ja mam udawać jakiegoś świętoszka? I potem są sytuacje, że facet krzyczy „fuck you, fuck you!”, a ja czytam „ja cię kręcę”. I wiem, że budzę śmiech i politowanie.

Za komuny miałem przygodę z czeskim filmem, w którym jakiś czeski rogacz darł mordę, bo się dowiedział, że mu żona rogi doprawiła. Więc krzyczy: „Ona se skurvila! Ona se skurvila!". A ja mam tłumaczenie: „Ona nie była mi wierna!". I nijak nie dało się przykryć tego czysto słowiańskiego „skurvila”.

Autor wywiadu za pomoc w jego przeprowadzeniu dziękuje fanom fanpage'a „Bardzo złe filmy”.

 

Tomasz Knapik. Najbardziej kultowy głos z polskich kaset VHS. Czytał wszystko, zarówno dla telewizji, jak i radia: filmy lepsze („Pulp Fiction”, „12 gniewnych ludzi”, „Terminator 2: Dzień sądu”, „Żywot Briana”) i te gorsze („Krokodyl zabójca 2”, „Rambo III”, „Nie do pokonania”), kultowe seriale („Strażnik Teksasu”, „Świat według Bundych”), pornosy, spoty reklamowe i wyborcze, programy telewizyjne. Jego głos wykorzystywali też na swoich płytach muzycy, m.in. Donatan czy zespół WWO. Jeździ Mercedesem, papierosy pali od zawsze.

Bartek Przybyszewski. Dziennikarz serwisu popkulturalnego Popmoderna . Wchłania przede wszystkim komiksy (głównie europejskie) i filmy (głównie amerykańskie). Admin fanpage'a Bardzo złe filmy.

Komentarze (84)
Zaloguj się
  • kormo

    Oceniono 409 razy 391

    Knapika i Czubównę powinno sie zdigitalizować i używać w polskich wersjach systemów operacyjnych.

  • mer-llink

    Oceniono 371 razy 351

    Fantastycznie zrobiony wywiad ze świetnym człowiekiem.
    Gratulacje dla obu stron!

    Może sztuka wywiadu prasowego jeszcze nie umarła?

  • Gość: ewa

    Oceniono 126 razy 114

    konkretny gość, świetna filozofia życiowa i dobry wywiad!Chapeau-bas.

  • maria58sz

    Oceniono 95 razy 91

    Pań Knapik i Pani Czubówna ,koniecznie w przyszłości do "sklonowania". Kołysanka a zarazem wielka przyjemność, słuchania ich. Do bajek terapeutycznych -cudo. Jako "całość" nie do podrobienia. ZDROWIA ŻYCZĘ I DŁUGICH LAT ŻYCIA.

  • artley

    Oceniono 78 razy 74

    Moj szef wczoraj powiedzial ze lepiej pornusa ogladnac niz wiafomosci w ktorych sa same nagatywne newsy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX