Joanna Jurek i Jerzy Szuniewicz

Joanna Jurek i Jerzy Szuniewicz (Fot. Łukasz Józefowicz)

wywiad gazeta.pl

Joanna Jurek i Jerzy Szuniewicz: młodzi Polacy podbijają świat nauki

Oboje mają po 17 lat, oboje zajmują się poważną nauką. Są wychowankami Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, laureatami konkursu E(x)plory i festiwalu młodych naukowców Intel ISEF w Los Angeles. Nam opowiadają o tym, co robią w nauce, ale też o tym, czy szkoła sobie z nimi radzi oraz jak ważna jest dla nich kawa.

Mówi się o was, że jesteście nadzieją polskiej nauki. Brzmi poważnie. To nie na wyrost?

Joanna Jurek: W Polsce w nauce zawsze działy się ciekawe rzeczy i my po prostu je rozwijamy. Ale przede wszystkim trzeba spojrzeć na to z właściwej perspektywy. To, co robię, jest wielkie w mojej skali - ja jeszcze nawet nie zaczęłam studiów. Gdyby to zrobił naukowiec ze stopniem doktora, to dla niego byłaby to pewnie prosta synteza. Na pewno wielkim halo jest to, że młodzi ludzie mają dostęp do laboratorium, i to, że robią tam własne rzeczy. Tak, to chyba najważniejsze - nie kopiować czy powtarzać, ale wymyślać.

Widzę to w Krajowym Funduszu na rzecz Dzieci, z którego oboje się wywodzimy - na ogłaszane tam konkursy każdy próbuje wymyślić coś nowego, zaskakującego, własnego.

Jerzy Szuniewicz: My zwyczajnie korzystamy z możliwości, które się pojawiają. Jeżeli tylko ktoś chce, to może znaleźć wsparcie - zarówno dostęp do laboratorium, jak i fachową pomoc. A nawet jakieś - niezbyt duże - pieniądze w postaci grantu. No i możliwość dostania się do grupy badawczej, gdzie można przedstawić własny pomysł i od początku do końca samemu zrobić projekt tylko pod nadzorem specjalisty.

Joanna JurekFot. Łukasz Józefowicz

Kim trzeba być, by móc zacząć poważne naukowe badania tak wcześnie - w liceum albo jeszcze przed nim? Jesteście wyjątkowi?

J.Sz.: Przede wszystkim trzeba bardzo chcieć. Po drugie, trzeba trafić na właściwych ludzi.

J.J.: A dla mnie to przede wszystkim kwestia podejścia: kiedy byłam mała, wybiegałam wyobraźnią bardzo daleko w przyszłość, chciałam widzieć siebie w jakiejś ciekawej pracy, robić coś konkretnego. Najlepiej przeskoczyć od razu etap nauki i studiów.

Uwielbiam wszystko sama poustawiać, ustalić sobie określony cel i jak najszybciej go osiągnąć. A potem kolejny, ambitniejszy. I dla mnie najważniejsze było to, że spotkałam ludzi, którzy pozwolili mi niejako przeskoczyć ten etap uczenia się. Oczywiście nie całkiem - tak się nie da. Oni mi doradzili, pomogli, a teraz będzie czas na studia.

Nie każdy ma tyle szczęścia, by spotkać odpowiednich ludzi, trafić do laboratorium czy na uczelnię i zacząć coś samemu robić. A może tu nie chodzi o szczęście?

J.J.: Podstawowa sprawa - trzeba samemu szukać. Kiedy szukałam recenzji tego, co robię, i pomocy u naukowców z zagranicy, potrafiłam wysłać codziennie ponad 20 e-maili do ludzi, których kompletnie nie znałam, ale których profil naukowy odpowiadał moim badaniom. Na drugi dzień zdarzało się, że miałam jedną lub dwie odpowiedzi i byłam bardzo szczęśliwa, bo nie zawsze ktokolwiek odpowiadał. A ci, którzy to zrobili, byli często bardzo zaskoczeni - pracują po 20 czy 30 lat w tym zawodzie i po raz pierwszy zdarzyło się im, by ktoś taki do nich napisał. Czyli trzeba dużo pomysłowości i tego, by zamiast widzieć problemy - dostrzegać okazje.

J.Sz.: Tu potrzeba dużo odwagi. Odwagi, by przedstawić swój pomysł i liczyć się z tym, że może być od razu i w całości odrzucony. Ale to nie znaczy, że jest źle. Często w takiej sytuacji dostaje się bardzo cenne rady - w jakim kierunku lepiej iść, by to miało sens. Poza tym spotykanie odpowiednich ludzi wygląda inaczej niż kiedyś. Teraz współpraca online to główny sposób działania instytucji naukowych. Opiekuna naukowego można nigdy nie widzieć na oczy, może być tysiące kilometrów od nas.

Jerzy SzuniewiczFot. Łukasz Józefowicz

A język? To nie jest przeszkoda?

J.Sz.: Z tym językiem to dość zabawna rzecz. Większość publikacji, a ich czytanie to podstawa w nauce, nie jest pisana idealnym angielskim, czasem są nawet wtrącenia z innych języków. W CERN-ie, gdzie spędziłem kilka tygodni podczas poprzednich wakacji, jest przynajmniej sześć języków angielskich. Angielsko-niemiecki, angielsko-francuski mają co trzecie, czwarte słowo wtrącane z innego języka. Da się to zrozumieć, choć jeśli spotkają się grupy różnoangielskie, to potrafią połączyć trzy języki w jednym zdaniu.

J.J.: To kwestia obycia i praktyki. Niby mam czwórkę z angielskiego, ale plakat do prezentacji sobie napiszę, do rozmowy się przygotuję i nie mam problemu. Kiedyś rozmowa kwalifikacyjna po angielsku to była dla mnie nieprzespana noc, stres niesamowity, ręce mi się trzęsły. A teraz nic - idę i rozmawiam.

Czas na trudne pytanie: czym się zajmujecie w nauce? Wyjaśnijcie tak, żebym zrozumiał.

J.J.: Nanotechnologią w medycynie. To ostatnio bardzo ważny obszar badań. Bo okazało się, że wiele zupełnie normalnych materiałów - choćby węgiel, krzem, złoto - w skali nanometrów mają zupełnie inne właściwości niż w skali makro. I to przydaje się w bardzo różnych dziedzinach, na przykład w elektronice. Tyle że ja do elektroniki nie mogłam się nigdy przekonać, jakoś była dla mnie za trudna. Za to ciągnęło mnie do medycyny i biologii, więc postanowiłam przyjrzeć się temu, jak nanomateriały mogą pomóc w transporcie leków.

Wybrałam sobie dobrze znany lek, doksorubicynę, stosowany przy leczeniu nowotworów. Problem w tym, że jest on bardzo toksyczny, m.in. bardzo osłabia serce. Jego zadaniem jest rozwalić komórki - oczywiście głównie nowotworowe. Tylko że doksorubicyna nie jest selektywna i rozwala wszystko wokół. Pomyślałam więc sobie, że dobrze byłoby dostarczyć lek prosto do nowotworu.

Ale zaraz - siedziałaś sobie tak w kuchni i nagle cię naszła myśl o dostarczaniu doksorubicyny do nowotworu?

J.J.: No tak naprawdę to miałam się zajmować czymś zupełnie innym, choć też związanym z nanotechnologią. Ale szybko okazało się, że to zajęłoby nie wiadomo ile czasu i chyba lepiej, żebym to sobie na doktorat zostawiła. A ponieważ miałam już umówiony staż na wydziale chemii, to chciałam pozostać przy nanocząstkach.

Skontaktowałam się ze specjalistami, opowiedziałam o swoich pomysłach, oni naprowadzili mnie dalej na ciekawe wątki. Opiekunem mojego projektu została opiekunem projektu była dr Ewelina Zabost - właśnie z wydziału chemii Uniwersytetu Warszawskiego. No i zaczęła się praca. Pierwsze wyniki przyszły dopiero po kilku miesiącach. Teraz mam już dużo konkretów - potrafimy, korzystając z nanorurek, dostarczać lek wprost do nowotworu i dopiero tam go uwalniać. Efekt to znacznie mniejsza toksyczność dla całego organizmu.

Joanna Jurek i Jerzy SzuniewiczFot. Łukasz Józefowicz

Jerzy, ty działasz w zupełnie innej dziedzinie.

J.Sz.: Tak, pracuję nad przesyłaniem informacji w bardzo bezpieczny sposób. To mogą być dane dotyczące kont bankowych, transakcji, informacje wojskowe czy wywiadowcze. Chodzi o to, by przesyłać je w taki sposób, by mieć całkowitą pewność, że nikt nie ingerował w nasz przekaz. Nikt nie mógł ich zmienić ani nawet przejrzeć. Ważne, żeby budując coś takiego, nie zaczynać wszystkiego od nowa, a włączyć nowe możliwości do istniejących systemów.

Do odszyfrowania przesyłanej informacji potrzebny jest klucz. Ten sam, którego użył szyfrujący ją. Tylko jak taki klucz bezpiecznie przesłać? Tradycyjną pocztą - niebezpiecznie. E-mailem - jeszcze gorzej.

A więc bierzemy pojedyncze fotony, które są ze sobą splątane. Oznacza to, że jeśli określimy stan jednego z nich, to poznajemy też stan drugiego. Natychmiast. I to niezależnie od odległości, w jakiej się znajduje. Połączenie między nimi jest szybsze niż prędkość światła. Dzięki temu możemy sprawdzić zdalnie, czy nikt nie ingerował w nasz klucz, który przy pomocy takich splątanych fotonów został zabezpieczony. Daje nam to całkowitą pewność, że transfer jest bezpieczny.

Kłopot w tym, że ten proces zabezpieczania odbywa się bardzo wolno. Dzieje się tak m.in. dlatego, że trudno jest zmusić pojedyncze fotony, by weszły do światłowodu, którym mają pokonać dużą odległość. I ja, w moim projekcie, skupiłem się właśnie na zwiększeniu wydajności tego wprowadzania elektronów do światłowodu. Główny pomysł to zmniejszenie udziału człowieka w całym procesie. Wystarczy wcisnąć przycisk i... wszystko dalej jest idiotoodporne.

Wykorzystałem algorytmy genetyczne - sposób sprawdzony przez dosyć wiarygodne źródło - naszą własną ewolucję. Gdy czerpie się schematy ewolucyjne z natury i potwierdza je matematycznie, to następnie można użyć ich w różnych dziedzinach nauki. Ja wykorzystałem je do optymalizacji procesu wprowadzania pojedynczych fotonów do światłowodów i osiągnąłem potężny sukces. Moja metoda jest o 250 procent lepsza od stosowanej powszechnie ręcznej optymalizacji.

Jak wy się z tym wszystkim wyrabiacie? Szkoła, badania. Śpicie czasami?

J.Sz.: Czasu jest mnóstwo. Tylko trzeba go wykorzystać. Marnujemy mnóstwo czasu, szczególnie od 22 do 6. Wtedy można pisać, czytać, kontaktować się z naukowcami - szczególnie w USA. Tylko potem zdarza się czasem coś dziwnego. Raz zdarzyło mi się zasnąć na stole optycznym w laboratorium. Na szczęście przy wyłączonym laserze.

Problemem bywa szkoła - nauczyciele chcieliby widzieć każdego ucznia przynajmniej pięć dni w tygodniu.

J.J.: Powinieneś sobie w zastępstwie hologram zrobić!

J.Sz.: Wiesz, ostatnio pracowałem nawet nad hologramem. Mógłbym zrobić taki odświeżający się z częstotliwością 4000 Hz. Tylko jakby coś w niego wpadło, toby się od razu spaliło. Do tego taki hologram wyje przenikliwie. No i potrzebny jest do tego laser tytanowo-szafirowy wart jakieś 3 mln zł. Wykorzystanie w szkole do symulowania swojej obecności byłoby więc mało wydajne. No, chyba żeby obniżyć w całej szkole ciśnienie do poziomu próżni...

J.J.: A ja wręcz odwrotnie - śpię nawet po 10 godzin. Na szczęście nie mam u siebie w mieście laboratorium i muszę jeździć do Łodzi albo do Warszawy. Więc w codziennym życiu badania mi nie przeszkadzają - muszę specjalnie pojechać, by pracować. Można żyć na samej kawie, ale co to za życie.

J.Sz.: Ej, kawa jest doskonałą rzeczą. Zwłaszcza połączona z czymś słodkim pozwala na świetne wykorzystanie czasu.

Oboje jesteście w II klasie liceum, tak?

J.J.: Tak, w przyszłym roku matura. Trzeba się będzie ustabilizować w szkole. No i muszę się dostać na uczelnię. Czyli trochę cofnąć, bo jestem tam już jako stażystka, a teraz trzeba zostać studentką. Nikt nie przewidział, że ktoś tak obejdzie klasyczny system.

A znajomi? Jak na was patrzą? Nie jesteście dziwni?

J.J.: Nie no, tego to mi jeszcze nikt nie powiedział.

J.Sz.: Ja ci mówię - dziwna jesteś!

J.J.: E tam, ty. Ty sam jesteś dziwny. Po prostu niektórzy ludzie mają inne plany i cele. Niekoniecznie wyjście na zakupy i śledzenie, co robią jakieś gwiazdy. Można mieć inne gwiazdy - naukowe. Na tym etapie to prosty wybór, ale w przyszłości prowadzi w zupełnie różnych kierunkach.

Szkoła pomaga wam, jest dumna czy... niekoniecznie?

J.Sz.: To zależy od nauczyciela. Są tacy, którym zależy na tym, żebyśmy się rozwijali we własnym kierunku. Ale są i tacy, którym nie pasuje to, że ktoś jest inny, robi nietypowe rzeczy. Trafiłem na takich ludzi.

J.J.: Ja mam indywidualny tok nauki, więc obecności nie są tu kluczowe. Mogę stopniowo zaliczać przedmioty w takim tempie, jakie jest najlepsze. A to bardzo, bardzo uczy samodzielności. Przydatnej również w pracy naukowej.

Joanna Jurek i Jerzy Szuniewicz

Fot. Łukasz Józefowicz

Czyli będziecie studiować w Polsce?

J.Sz.: Ja raczej nie. Myślę o Anglii, bo Stany są bardzo drogie.

J.J.: Nie wiem jeszcze. Myślę o Szkocji, gdzie jest kierunek biomedical science - studia medyczne, ale ustawione pod kątem badań klinicznych. Ciekawe i przydatne. A, no i w Szkocji nie jest gorąco. Choć również rozważam Warszawę lub Kraków. I prawdę mówiąc, wybór będzie trudny. Dla mnie to nie jest kwestia prestiżu miejsca, tylko tego, czego się mogę nauczyć.

A więc nie trzeba wyjechać, by dobrze studiować?

J.J.: To zależy od tego, na co się kto nastawia. Jeśli ktoś od dawna myśli o wyjeździe - wyjdzie. Ale w Polsce już otwiera się instytuty, które są lepsze niż te w Stanach. Więc bez problemu można tu zostać i pracować.

J.Sz.: Ale to zależy od kierunku. Medycyna jest tu jedną z najlepszych na świecie. Ale w mojej dziedzinie w innych krajach, na przykład w Niemczech i USA, są lepsze metody kształcenia. Większy nacisk kładzie się praktyczną stronę uczenia, jeszcze w czasie studiów można mieć konkretne wyniki naukowe. Więc nie wiem, jak będzie.

Ale jedno jest bardzo ważne. Dziś nauka nie jest lokalna. Nie odbywa się w jednym kraju. Wszystko działa wspólnie, mogę zacząć badania na jednym kontynencie i kontynuować na innym. A potem wrócić tam, gdzie zacząłem.

 

 

Piotr Stanisławski. Gdzieś pod koniec ubiegłego tysiąclecia zaczął pracę w Gazeta.pl. Potem trafił do "Przekroju", gdzie przez dobre 8 lat pisał o nauce. Teraz znowu jest w Gazeta.pl - jako szef serwisów technologicznych. Ale wciąż najbardziej lubi pisać o nauce, co robi zarówno w pracy, jak i po godzinach na blogu CrazyNauka.pl.

Komentarze (140)
Zaloguj się
  • stefan_banach

    Oceniono 240 razy 176

    Joanna Jurek bezczelnie posluguje się efektami pracy swojej opiekunki doktorantki. Najgorsze, ze tracą przez to osoby, ktore pracowały samodzielnie.

    Niestety media to podchwycily, historie o cudownych dzieciach, ktore wynalazly lekarstwo na raka sprzedają się nieźle. Zalecam jednak sprawdzic tematy prac opiekunki Joanny i porownac z tym co Joanna nadeslala na konkurs.

  • Gość: naukowiec

    Oceniono 124 razy 116

    Joanna i Jurek sami przyznają, że ich badania są wybitne jedynie ze wzgędu na ich wiek. Mają też świadomość, że nie zrobiliby nic bez opieki zawodowych naukowców, dla których to jest rutyna. Ta opieka jest kluczowa dla całej tej historii. Taki system jest właśnie na Zachodzie - proste zadania mogą wykonywać stażyści wszelkiego wieku i rodzaju, a mózgiem operacji jest doświadczony naukowiec, który potem przypilnuje procesu publikacji itp.

    Każdy pracowity i chcący poznawać świat nastolatek mógłby wykonywać pracę naukową. Nie potrzeba do tego geniuszu i wiedzy, potrzebna jest tylko dobra opieka. Co innego robić taką pracę naukową, a co innego zdobywać wykształcenie i doświadczenie, które dopiero po latach będą kluczowe do prowadzenia samodzielnych badań.

    Joanna i Jurek zdobywają w tej chwili przepustkę do studiowania na światowych, renomowanych uczelniach, na co w innym wypadku nie byłoby ich stać. Po takim starcie są duże szanse, że dostaną stypendia/granty itp., które w zupełności zabezpieczą ich potrzeby.

    Wszystko to kwestia chęci i pracowitości. Dla mediów to nie do pomyślenia, ale taka jest prawda.

  • Gość: scientific

    Oceniono 76 razy 56

    Czytam ten wywiad i co widzę - przerost formy nad treścią, lans zamiast konkretów, piarowską historyjkę o sukcesie, który tak naprawdę jeszcze się nie dokonał. Owszem, tych dwoje ma na pewno wyższe zdolności komunikacyjne od rówieśników, potrafią szukać kontaktu i wsparcia u naukowców, umieją ładnie i przystępnie opowiadać o swojej pracy, są odważni, umieją się sprzedać, nie boją się próbować. Owszem, umiejętności interpersonalne są coraz ważniejsze we współczesnej nauce, gdzie trzeba zdobywać finansowanie na badania i być widocznym ALE TO NIE WSZYSTKO ! Sukces w nauce (a przynajmniej w naukach biomedycznych), to nie tylko PR, soft skills, science communication, project management i inne modne i zgrabne umiejętności, tylko przede wszystkim talent, pasja, solidna wiedza, ciągła chęć uczenia się, ciężka praca (w naukach biomedycznych jest to często przysłowiowa krew pot i łzy) i POKORA. Tych dwoje umie się na dzień dzisiejszy dobrze sprzedać, a co mają naprawdę do zaoferowania, zweryfikuje życie. Samymi pomysłami nie da się daleko zajechać, jeśli nie towarzyszy im solidna wiedza. Najlepsi z najlepszych - a z takimi mam przyjemność od 10 lat pracować za granicą - to skromni ludzie, którzy więcej robią niż mówią i którzy nigdy nie przestają się uczyć, choć wydaję się, że osiągnęli już wszystko. Tych dwoje mlodych ludzi już straciło tę bezcenną czujność i pokorę, choć tak naprawdę jeszcze nic konkretnego w nauce nie osiągnęli.

  • Gość: Dr. Magda

    Oceniono 78 razy 50

    Ja bardzo jestem ciekawa tych wynikow,Joanno. Pubmed mi powiedzial, ze jeszcze nic nie udalo sie opublikowac?

  • neko_gd

    Oceniono 70 razy 48

    Super ,niech działają ,odkrywają ! Tylko już po formie rozmowy widać ,że zdolne ale wciąż jeszcze dzieciaki - zero pokory i stonowania opinii i przeświadczenie ,że cała reszta jest do d* . Choć to prawa wieku szczeniackiego ,ale jednak drażni.

  • tergukjbvcfsyrt8y9joikl

    Oceniono 47 razy 39

    Szczerze zazdroszczę spotkania właściwych opiekunów. Szkoda, że nie wszyscy zdolni mają taką szansę.

    Tu jeszcze miały być moje przemyślenia na temat tych badań, opinia o systemie "najpierw badam, potem się uczę" i wytknięcie kilku błędów, względnie zbyt dużych skrótów myślowych, ale jaki to miałoby sens? Jestem tylko sfrustrowanym studentem, który zmarnował swoją szansę.

    Powodzenia Wam życzę, szczerze.

  • s0ap

    Oceniono 63 razy 35

    Sztuczne wprowadzanie fotonów do światłowodu?
    A co na to kościół???

  • pompek87

    Oceniono 58 razy 30

    Raz slektywność, raz nanorurki, raz theranostics... dziewczyneczka się stara ale widać, żę brak jej podstaw. Wrzucanie na głęboką wode na wczesnym etapie nie oznacza, żę bedzie wybitną pływaczką.

  • idz_do_czorta_99

    Oceniono 36 razy 24

    Gratuluje i ciesze sie bardzo. Dwoje zdolnych, moze powiedzie im sie w przyszlosci.
    Brakuje mi tylko tla. Czuje niedosyt wiedzy, co te dzieciaki maja takiego, czego nie ma reszta.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX