Agnieszka Holland

Agnieszka Holland (Fot. AG)

wywiad gazeta.pl

Agnieszka Holland: "Macierewicz się nadaje na postać w House of Cards?

Komercyjne kino to dziś kino efektów specjalnych. Artystyczne kino jest często hermetyczne, autotematyczne i zrozumiałe wyłącznie dla wąskiego kręgu wtajemniczonych. Brakuje kina środka, które opowiadałoby w przystępny, ale wciąż ciekawy sposób o świecie, w którym żyjemy. Taką rolę odgrywają dziś seriale. - Seriale zaczynają wywierać coraz większy wpływ na filmy fabularne - mówi nam reżyserka Agnieszka Holland

Została pani zaproszona do nakręcenia dwóch odcinków niezwykle popularnego serialu „House of Cards”. Na czym polega fenomen seriali jako takich? Co pani znajduje w serialach, czego brakuje pani w kinie?

- Seriale to jest bardzo pojemne pojęcie. W Polsce serialami nazywa się wszystkie epizodyczne produkcje audiowizualne: fikcyjne lub dokudramy, również sitcomy czy telenowele. Natomiast ja, kiedy mówię o serialach, to mówię o produkcjach, które mają innego rodzaju ambicje, które w sensie epiki są rodzajem powieści filmowych. Taka produkcja zawsze istniała, ale w ostatnich latach jej znaczenie z dwóch powodów zaczęło się zwiększać.

Po pierwsze: świat zaczął się bardzo komplikować i żeby go opowiedzieć, nawet w formie rozrywkowej, format dwugodzinny wydaje się niewystarczający. Dlatego też pojawiła się potrzeba epiki, czyli takiego opowiadania, w którym ukazane są nie tylko różne punkty widzenia, ale gdzie istnieje także totalność obiektu.

Natomiast drugi powód to zanik kina środka - kina, które w Europie i Stanach było najmocniejsze w latach 60. i 70. Potem stopniowo zaczęło ono tracić na znaczeniu. Samo zaś kino z czasem rozdzieliło się na dwa kierunki: na niszowe kino festiwalowe, bardzo subiektywne albo publicystyczne, oraz kino komercyjne - płaskie w sensie tematyki, stylu oraz sposobu opowiadania, tzw. kino efektów specjalnych. Natomiast kino środka, czyli kino, które w sposób atrakcyjny i zrozumiały komunikuje skomplikowane treści, które opisuje świat w jego złożoności, ale w sposób, jaki może widza uwieść - zniknęło.

I tu powstała pustka. Zaczęły ją stopniowo wypełniać seriale. Co ciekawe, wkrótce okazało się, że w tej dziedzinie, jaką jest serial, można nie tylko opowiadać historie, w których sprawy społeczne, polityczne czy komplikacje psychologiczne są zdecydowanie bardziej wysublimowane, niż jest to w kinie komercyjnym, ale można także szukać zupełnie nowych form opowiadania, używając przy tym „niezgranych” aktorów.

Z jednej strony mówimy, że ludzie nie są w stanie skupić uwagi na dłuższej wypowiedzi, czy to filmowej, czy literackiej, z drugiej natomiast pojawiają się seriale, które oglądane są całymi sezonami. Czy to pokazuje, że współczesny człowiek, wbrew utartym opiniom, odczuwa głód „wielkiej opowieści”?

- Wydaje mi się, że seriale ewidentnie na to wskazują, szczególnie u młodszego pokolenia. Niemniej także to, że starsze osoby oglądają telenowele, świadczy o potrzebie historii, konieczności opowiedzenia, zrozumienia i opisania świata. W powodującym chaos poznawczy zalewie informacyjnym, jakiego doświadczamy współcześnie, jest to potrzeba - moim zdaniem - nadrzędna. W tym sensie seriale - przynajmniej na użytek rozrywki - porządkują otaczającą nas rzeczywistość, używając przy tym form dość klasycznych, bo dramatyczno-epickich właśnie. Ponadto, o czym trzeba wspomnieć, posługują się również formami prowokacji.

Jeżeli chodzi o tradycje amerykańskie, to w ostatnich latach seriale aż do przesady wprowadziły bohatera, który jest szalenie dwuznaczny lub jest wręcz negatywny, a mimo to zbudowany jest w tak atrakcyjny sposób, że następuje z nim identyfikacja, czyli widz identyfikuje się ze złem i - co więcej - dobrze życzy złu. To jest signum temporis, który prawdopodobnie jacyś socjologowie już analizują. Jest to przecież bardzo ciekawe zjawisko i każe postawić równie interesujące pytanie, skąd bierze się potrzeba takiego bohatera? Dlaczego widz właśnie takiego bohatera poszukuje i akceptuje? Mówię tu o takich serialach jak „Dexter”, „Breaking Bad” czy „House of Cards”.

Breaking BadBreaking Bad (fot. mat. prasowe)

Może dlatego, że z jednej strony mamy telenowelowy i reklamowy świat pełen przerysowania, sztucznej radości i szczęścia, z drugiej natomiast jest kino artystyczne, które staje się coraz bardziej niszowe i oddzielone od widza - i w tej sytuacji tylko seriale na potrzeby masowej publiczności interpretują współczesność.

- Ponieważ, jak mówiłam, zniknęło kino środka.

I seriale są kinem środka.

- Zresztą krytycy, w takich krajach jak Polska, mówią z ogromnym lekceważeniem o kinie środka. Podobnie mówią o serialach, na których się po prostu nie znają. Mówię tutaj o krytykach klasycznie filmowych. Nie mają oni specjalnie pojęcia, co to jest i jak to ugryźć. Uważają, że mają do czynienia z jakąś formą popu, niższą formą. I ten rodzaj snobizmu, który dotąd pozytywnie napędzał pewne aspiracje, żeby odbierać rzeczy trudniejsze, tutaj zagrał wyjątkowo na niekorzyść. Rzeczywiście kino artystyczne tak się wysublimowało i zrobiło tak ezoteryczne, że praktycznie nie może skomunikować się z szerszą widownią.

Generalnie z kinem stało się to, co się stało z nowoczesną muzyką poważną, którą ja osobiście bardzo cenię, ale zdaję sobie jednocześnie sprawę, że jest ona czytelna dla szalenie ograniczonego grona odbiorców. Jak popatrzymy na muzykę klasyczną w czasach romantyzmu, klasycyzmu czy baroku, to od razu stwierdzimy, że była to wtedy zasadniczo muzyka popularna, muzyka, której słuchali wszyscy mający jakikolwiek kontakt z kulturą.

Być może to jest tak, że świat był wtedy scalony, że była pewna dominująca wizja rzeczywistości, która stanowiła najważniejszy punkt odniesienia. Dziś świat jest chaotyczny. I tutaj być może seriale jako jedyne dają złudzenie całości, ten „fundament”, na którym można budować świat.

- Potrzeba, żeby ogarnąć, opowiedzieć świat, jest właściwa człowiekowi. Nie przypominam sobie epoki, w której ona by zaniknęła, więc nie sądzę, żeby miała zaniknąć teraz. Chociaż oczywiście rewolucja technologiczna stawia przed nami zupełnie nowe wyzwania. Także pod tym względem.

Ciekawe jest zresztą to, że w momencie, w którym zanika twórczość środka, jednocześnie degeneruje się także rozrywka. Popatrzmy na przykład na lata 60. i 70. Były to przecież najbardziej płodne dekady kina artystycznego. Przy tym równocześnie kino rozrywkowe stało na o wiele wyższym poziomie. Podobnie z muzyką zresztą. Beatlesi et consortes to jest właściwie do dzisiaj wzór nieprześcigniony. Natomiast ten dzisiejszy pop jest nie tylko bardzo wtórny, ale też recyklinguje rzeczy, które już gdzieś tam zostały opowiedziane.

Wydaje się, że te dwa bieguny się odpychają. Sztuka staje się coraz bardziej wsobna, a cała popkultura robi się coraz bardziej durna. I w tym sensie serial może stanowić jakieś antidotum. Bo z jednej strony jest on siłą rzeczy popkulturowy, z drugiej natomiast mogą przy nim pracować wybitni artyści. Jednak czy serial nie jest równocześnie jakimś zagrożeniem dla kina? Czy kino ma szansę wrócić do epickości, czy z powodu seriali nie będzie mogło już tego uczynić?

- Nie wiem, co będzie z kinem. To jest na tyle młoda dziedzina, że trudno tutaj wyśledzić jakieś trendy. Nie wydaje mi się, żeby seriale oznaczały koniec kina epickiego. Główne pytanie, jeśli chodzi o kino, dotyczy dystrybucji, tzn. czy przetrwają sale kinowe w sytuacji, w której nawyk kolejnych pokoleń idzie w stronę atomizacji, izolacji i siedzenia przed własnym ekranem. Ale może dlatego właśnie, że ludzie są tak samotni w tym obcowaniu tylko z ekranem, to ta potrzeba, żeby być razem, będzie rosła? Nie wiem. Ale powiem tak: jeżeli znikną kina lub staną się takimi miejscami jak opery, to naturalnie zniknie również forma filmu pełnometrażowego - bo ta dwugodzinna konwencja wynika przecież ze względów percepcyjno-merkantylnych. Zakłada się, że większość ludzi nie jest w stanie wytrzymać dłużej w kinie. Poza tym, ile musiałyby kosztować bilety na poszczególny - dajmy na to pięciogodzinny - seans, żeby to się opłaciło dystrybutorom.

Być może film rozwinie się w stronę kilkunastogodzinnych utworów. I to niekoniecznie seriali. Szczególnie że w przyszłości prawdopodobnie dystrybucja będzie zindywidualizowana. Natomiast obecnie, by nie wybiegać zanadto w przyszłość, można powiedzieć, że patrząc na amerykański rynek, który jest jednak najbardziej innowacyjny oraz ciekawy i jest wciąż największą kopalnią talentów oraz rzemiosła, mogę śmiało powiedzieć, że seriale zaczynają wywierać coraz większy wpływ na filmy fabularne. Wracają na przykład pewne tematy - społeczne, polityczne, obyczajowe - właściwe dla kina lat 70. Tematy, które - wydawało się - już zanikły. I co istotne, zanikły dlatego, że kino amerykańskie stało się ofiarą własnego, globalnego sukcesu. Dopóki większość wpływów pochodziła z rynku amerykańskiego, kino miało bardzo wyrazistą tożsamość kulturową i pewne gatunki właściwe dla tego kina, jak western, film noir czy kino społeczno-polityczne, musiały umrzeć, bo stały się trudno eksportowalne. W momencie, kiedy wpływy z zagranicy były wielokrotnie większe niż wpływy z rynku krajowego, produkcje zaczynały dostosowywać się do globalnych gustów, preferujących rodzaj bajkowej rozrywki. Natomiast teraz te filmy, o których mówiłam, czyli na przykład kino społeczno-polityczne, wracają zainspirowane właśnie produkcjami HBO.

Fot. Małgorzata KujawkaFot. Małgorzata Kujawka

A jakie filmy ostatnio podobały się pani?

- Z amerykańskich: „Mistrz” Paula Thomasa Andersona oraz „Moonrise Kingdom” Wesa Andersona. Natomiast z filmów europejskich w zeszłym roku właściwie nic mnie nie zachwyciło. Podobało mi się kilka filmów polskich, ale tutaj odgrywa rolę zawsze taki lokalny patriotyzm.

Była pani w jury festiwalu w Gdyni. Po obejrzeniu filmów konkursowych mówiła pani o jakościowej zmianie polskiego kina. Na czym ona miałaby polegać?

- W zeszłym roku poziom festiwalu był bardzo wysoki. Choć właściwie poza „Idą”, która wydaje się małym arcydziełem, żaden inny film nie był tak spełniony ani domknięty. Jednakowoż pojechałam do Gdyni po festiwalu w Karlovych Warach, który jest przecież międzynarodowym festiwalem klasy A, i kiedy porównam te dwa konkursy, to muszę powiedzieć, że w Gdyni były lepsze filmy.

Nie ma pani wrażenia pewnej błahości wielu polskich filmów? Kiedyś siłą polskiego kina było umiejscowienie jednostki wobec historii lub społeczeństwa, teraz mam wrażenie, że siłą polskiego kina jest estetyzm. Jakby twórcy nie chcieli, nie potrafili zmierzyć się z naprawdę istotnymi tematami.

- Tak, to prawda. Zgadzam się. Myślę, że to jest ich największa słabość. To też powoduje, że nie mają dość siły przebicia na świecie. Tutaj „Ida” też jest wyjątkiem. To jest zresztą w ogóle problem kina europejskiego. Jestem przewodniczącą zarządu Europejskiej Akademii Filmowej i akurat teraz dokonuje się selekcji filmów, które zostaną przedstawione członkom Akademii do nagród europejskich. Wybieramy czterdzieści do pięćdziesięciu paru filmów. Ten wybór jest oczywiście trudny. Niektóre rzeczy są co prawda bezsprzeczne. Potem kraje mające najwięcej członków mogą zgłosić jeszcze jeden film więcej - toteż ta pula automatycznie się rozszerza. Natomiast wybór całej reszty jest bardzo trudny. Konsultantami są selekcjonerzy dużych festiwali filmowych. To są ludzie, którzy są pełni pasji i kompetentni - w tym sensie, że oglądają wielką liczbę filmów. Uderzył mnie jednak ich kompletny brak zainteresowania filmami, które dotykają poważnej tematyki politycznej czy historycznej. To są dla nich jakby a priori gnioty. Nawet ich nie oglądają. Natomiast filmy, które lansują, to są filmy o szalenie wątłej treści - gdzie główną rolę gra pewna wrażliwość reżyserska, wrażliwość autora, uwodzący sposób opowiadania, oczywiście na poziomie festiwalowym.

I te nowe polskie filmy wpadły niestety w podobną niszę. Z tym, że jednocześnie w polskich filmach jest pewna nieśmiała mieszczańskość. To znaczy: one nie są w żadnym stopniu obrazoburcze. Nawet te filmy dotyczące tematów gejowskich starają się niejako „umieszczanić” ten problem. Inne zaś są takie: chłopak spotkał dziewczynę i nie mogą się odnaleźć w rzeczywistości. W każdym razie jest coś, jak to pan określił, błahego w tych filmach.

ciIda (fot. materiały promocyjne)

Polskim twórcom brakuje umiejętności opowiedzenia uniwersalnej historii w zupełnie zindywidualizowany sposób. Połączenia tego, co ogólne, z tym, co szczególne. Polskie filmy mogłyby się dziać absolutnie wszędzie, jakbyśmy nie mieli tożsamości. Brakuje tego, co kiedyś wyróżniało nasze kino - pewnej świadomości historycznej czy społecznej, mimo że tematy podejmowane przez młodych filmowców są pozornie tematami społecznymi.

- To jest bardzo ciekawe zagadnienie, ale wydaje mi się, że odpowiedź na nie jest zbyt skomplikowana, bym miała się teraz tego podjąć. W ogóle istnieje pytanie, co stało się z polskim kinem po transformacji? Poza Pasikowskim właściwie nikt nie znalazł narzędzi, żeby zachowując tożsamość kina, wejść w system rynkowy. Te próby były chaotyczne i destrukcyjne, ponieważ rozbiły poczucie własnej wartości całego środowiska filmowego. I dopiero po powstaniu PISF-u to się zaczęło stopniowo zmieniać. Głównie to kolejne pokolenie, dzisiaj czterdziestolatków, zaczęło odbudowywać polskie kino. Przy czym oni mimo wszystko byli ukształtowani przez lata 90., czyli lata zupełnego wykorzenienia.

Brakuje mi w polskim współczesnym kinie nie tyle patriotyzmu afirmatywnego, ale czegoś, co było w kinie szkoły polskiej czy kinie tzw. moralnego niepokoju: silnej odpowiedzialności za ten świat, w którym żyję, za jego korzenie, jego słabości. W tym sensie etosowy charakter zaniknął zupełnie. Jedynym, który go jeszcze uprawia, jest w końcu Andrzej Wajda. I paradoksalnie Antoni Krauze. Może Smarzowski się w to trochę wpisuje. Jednak pokolenie młodsze generalnie kompletnie się do tego nie odnosi. Prawdopodobnie żyliśmy w za wygodnych czasach. I brutalność wyzwań świata przestała do nas docierać.

Ale teraz - mam wrażenie - jest nam coraz mniej wygodnie.

- Dlatego może to się poprawi.

A jak pani patrzy na to wszystko, co dzieje się w Polsce, na ten polski „House of Cards”? Czy naprawdę polityka, jak pani kiedyś powiedziała, musi być brudną grą?

- Zawsze uważałam, że polityka nie może być grą wyłącznie opartą na wyborach etyczno-moralnych. To się po prostu nie udaje. Świat jest zbyt skomplikowany i układy oraz stosunki w polityce wewnętrznej czy międzynarodowej są zbyt skomplikowane, żeby to można było załatwić za pomocą wyborów prawdy i przyzwoitości. Tak się krótko mówiąc nie da. Zresztą nigdy tak się nie dało. Inaczej Szekspir nie napisałby tego, co napisał. Chodzi tylko o to, aby polityka nie stała się polem wyalienowanych, cynicznych gier, gdzie dobro wspólne jest najmniej istotnym elementem - to znaczy, żeby była równowaga między poczuciem odpowiedzialności za dobro wspólne a grą polityczną, która ma być po prostu skuteczna i opłacalna dla mojej partii. Są okresy w historii, kiedy ten element idealistyczny, wspólnotowy przeważa, a są okresy, kiedy on zanika. I teraz właśnie żyjemy w okresie jego zanikania, ale nie jest to przecież wyłącznie sprawa polska, ale całego zachodniego świata.

House of CardsHouse of Cards (fot. mat. prasowe)

Jest pani teraz we Francji. Marine Le Pen odniosła znaczący polityczny sukces w eurowyborach. Zresztą w całej Europie skrajne partie zyskują poparcie.

- Ewidentnie jest pogoda na ruchy skrajne. Głównie skrajnoprawicowe. Niestety lewica straciła pomysł, do jakich wartości się odwoływać. Mimo że to, co najbardziej przeszkadza ludziom na Zachodzie, to całkowite uprzedmiotowienie w zakładach pracy. Brak poczucia bezpieczeństwa, godności, wpływu na cokolwiek. Wydaje mi się, że to jest taki generalny problem, który się nasila i na który lewica powinna odpowiedzieć, a jednak nie robi tego

Bo akurat ten problem o dziwo zagospodarowała prawica. I to też ta skrajna. Lewica - przynajmniej ta głównego nurtu - skupiła się na zagadnieniach, które okazują się mało istotne dla ludzi i paradoksalnie robotniczy, biedniejszy elektorat przejmują partie prawicowe, które mówią językiem wykluczonych.

- Lewica jest w kropce, bo nie potrafi odnaleźć się w nowych czasach. Jest odległa od codziennych problemów ludzi.

No dobrze, a jak z perspektywy Francji wygląda nasze małe piekiełko?

- Sprawy naszych skandali właściwie tutaj nie docierają. W momencie, kiedy to się porówna z faktem zatrzymania byłego prezydenta i zarzutami, które mogą się skończyć dla Sarkozy'ego karą piętnastu lat więzienia, a warto przy tym wspomnieć, że prezydent we Francji ma status niemal królewski - to nasze awantury wydają się dość drobne. Zresztą niektórzy porównują to do rewolucji francuskiej, ponieważ właściwie pierwszy raz nie ma woli, by grzechy byłego prezydenta zamiatać pod dywan. Na pewno jest to próba jakiejś zmiany. Francja pogrąża się w kryzysie ekonomicznym, społecznym, politycznym, pesymizm osiąga apogeum. Być może Sarkozy stanie się niejako kozłem ofiarnym. Z drugiej jednak strony rozmontowanie prawicy gaullistowskiej doprowadzi naturalnie do wzrostu Frontu Narodowego. Tym bardziej że socjaliści kompromitują się przez prezydenturę Hollande'a, która jest wyjątkowo nieskuteczna. Także wszystko to wygląda tutaj kiepsko w porównaniu z Polską. Niemniej w Polsce ta równowaga też jest bardzo krucha. Przecież na słynnych już podsłuchach można było usłyszeć, jak polscy politycy czują się w państwie - jak panowie na folwarku niemalże. Widać wyraźnie, że wszyscy zatracili poczucie przyzwoitości, instynkt samozachowawczy, który sprawia, że jednak ludzie pilnują się i nie robią kupy na środku ulicy.

Jednak to, co mnie najbardziej interesuje w aferze podsłuchowej, poza jej politycznymi skutkami, to pytanie, jak można żyć i uprawiać politykę w sytuacji, kiedy podsłuchy mają równą wartość co działania oficjalne? Przecież takie całkowite wyzucie z prywatności jest pewną formą totalitaryzmu. Tworzy się jakiś ogromny obóz koncentracyjny, w którym wszyscy muszą żyć obserwowani przez innych. Już po Wikileaks można było się zastanawiać, jak można uprawiać politykę, jeżeli wszystko może zostać podsłuchane, rzucone na żer opinii publicznej. I tak, bez kontekstu, rzeczy absolutnie niewinne nabierają nagle złowieszczego znaczenia. To jest jakiś „Nowy wspaniały świat”.

Robiła pani już „Ekipę”, serial o polskiej klasie politycznej, dlatego na koniec chciałbym zapytać, czy wśród polskich polityków widzi pani jakąś postać filmową?

- Pozytywną czy taką z „House of Cards”?

Taką postać z pełnym przebiegiem, wokół której można byłoby osnuć historię.

- Myśmy się zastanawiały nad dalszym ciągiem „Ekipy”, tyle że z trochę innym podejściem do tego tematu niż poprzednio, ponieważ trochę lat minęło. Jest kilku wyrazistych polityków, których można by podrasować na postaci serialowe.

Jeśli chodzi o Platformę, to na pewno Tusk i Schetyna są takimi postaciami, wokół których można byłoby zbudować coś ciekawego. Tusk jest bardzo interesujący, ponieważ jest szalenie niejednoznacznym bohaterem i bardzo trudno dotrzeć do tego, kim jest. Tak więc penetrowanie takiego bohatera może być ciekawe i pełne sprzeczności. Macierewicz na pewno się nadaje na postać „houseofcardsową”. No i jeszcze dobrze byłoby mieć takiego Palikota w serialu, ale nie jako główną postać, tylko jako wyrazistą postać drugoplanową.

 

 

Kasper Bajon. Wydał dwa tomy poetyckie i dwie powieści. Wiersze i prozę publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Twórczości”, „Śląsku”, „Kontekstach”, „Wyspie”, „Ricie Baum” oraz „Więzi”. Mieszka w Warszawie. Jest tatą ośmioletniego Kostka.

Komentarze (66)
Zaloguj się
  • augenthaler

    Oceniono 127 razy 47

    Fantastyczny wywiad. A pani Holland jest bez wątpienia bardzo mądrym człowiekiem. Bardzo trafne i przenikliwe spostrzeżenia na temat filmów i seriali.

  • ks.krupinski

    Oceniono 34 razy 18

    Byłbym zachwycony mając możliwość oglądania nowego serialu A. H. o współczesnej polityce polskiej. Jestem nadal, po latach, fanem "Ekipy" (choć dostrzegam jej wady - przede wszystkim zbyt idealistyczne podejście do polityki, jakie prezentuje większość bohaterów, nawet teoretycznie twardych, zaprawionych w bojach, graczy - jak Niemiec, Aleksandra i Hubert).

  • ropuch1pincet

    Oceniono 20 razy 6

    Tusk jest bardzo interesujący, ponieważ jest szalenie niejednoznacznym bohaterem i bardzo trudno dotrzeć do tego, kim jest.
    ależ Pani niedzwiedzia przysługę płemielowi zrobiła,hahahaha
    to,to,to,ja też pytam-kim jest Tusk?

  • szlag

    Oceniono 16 razy 4

    Macierewicz nadaje się do cyrku ew. komedii slapstickowej. Człowiek katarynka.

  • zyks

    Oceniono 18 razy 4

    Warto czasem zerknąć do forum, żeby przypomnieć sobie, ilu jest durniów i/lub web-brygadowców z Łubianki i/lub rodzimych piso-"narodowców". Tutaj 95% a może i prawie 100%. Widać, że w miarę normalni tu się nie produkują. Życzę miłej dalszej zabawy w tym gronie :-)))

  • mireczekb

    Oceniono 53 razy 3

    ... a Holland nadaje się na postać Baby Jagi

  • leoleo

    Oceniono 11 razy 3

    antek do house of cards? protestuję...

  • frida.lyngstad

    Oceniono 2 razy 2

    Patrzcie, co zrobiliście tym durnym tytułem, "Gazeto"! Pościągali tu ludzie, dla których kwintesencją wywiadu jest ta nieszczęsna wypowiedź o Macierewiczu. Krzywdę zrobiliście też autorowi wywiadu, a p. Holland zwróciła uwagę na bardzo wiele ciekawych kwestii dotyczących kondycji kina, a także kondycji krytyków filmowych.

  • Gość: PW

    Oceniono 1 raz 1

    W "House of cards"? Chyba w "Locie nad kukułczym gniazdem"!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX