"Legends": Muhammad Ali (Volker Hinz - "Legends": Muhammad Ali)

Wywiad Gazeta.pl

Volker Hinz - legenda "Sterna". Dla współczesnych mediów nie ma litości

Niewysoki, korpulentny, z nieodłącznym hasselbladem w dłoni. A do tego po prostu sympatyczny i wzbudzający zaufanie. Być może właśnie dzięki temu zrobił najsłynniejszym gwiazdom Hollywoodu zdjęcia, jakich nie wykonał nikt inny. Przez 40 lat kształtował fotograficzne oblicze magazynu "Stern". Dla dzisiejszych mediów nie ma litości. - Jest mi przykro, że dziś w mediach fotografów traktuje się jak gówno. Jak rzecz, którą można po robocie odłożyć na półkę - mówi nam na Fotofestiwalu w Łodzi Volker Hinz.

Czy pan kocha życie, panie Hinz?

- Tak. Miałem wielkie szczęście: pracowałem w pięknym zawodzie fotografa. To szczęście nazywa się: dobry magazyn, dla którego się pracuje. Drukują twoje zdjęcia, dobrze ci płacą i możesz podróżować. Czegóż trzeba więcej?

Pytam, bo gdy patrzę na pana zdjęcia, szczególnie z okresu nowojorskiego, widzę, że robił je ktoś, kto ludzi uwielbia. Taki ktoś musi kochać życie.

- Oczywiście, że kocham ludzi. I często mówię, że gdy ich fotografuję, chcę mieć ich "moje" zdjęcie. I przestaję fotografować, gdy to "moje" zdjęcie mam. Np. taki Burroughs - wie pan, już nie żyje. Jego zdjęcie, które zrobiłem, jest tak wyjątkowe, że jeśli ma się szczęście albo talent, albo jedno i drugie, i uda się takie zdjęcie zrobić, to jakby się błogosławieństwo dostało. Bo ma się "swoje" zdjęcie pana Burroughsa - a ja nie znam jego lepszego zdjęcia (śmiech).

Jacob Aue Sobol powiedział mi, że gdy spędzi z ludźmi, których fotografuje, na przykład miesiąc, potrafi wtedy wydobyć z nich esencję tego, kim są. A panu udało się tego kilkukrotnie dokonać w ułamku sekundy.

- Trzeba, po pierwsze, być bardzo szybkim i złapać ten właściwy moment, ale też przebywać w jakimś miejscu wystarczająco długo, żeby mieć więcej szans na zrobienie takiego zdjęcia. Fotografia to suma szans, które dostajesz. Jeśli masz dużo czasu i dużo okazji do fotografowania kogoś, masz więcej możliwości, by go złapać.

Federico Fellini, fot. Volker HinzFederico Fellini, fot. Volker Hinz

To dlatego tyle czasu spędzał pan w nowojorskich klubach?

- Nie (śmiech). Klub AREA w Nowym Jorku był specyficzny (legendarny lokal nowojorskiej bohemy - przyp. autora). Fotografowałem go od 1983 roku do 1986 co tydzień, dwa. Co 6-8 tygodni zmieniano wystrój, niektóre dekoracje tworzono tylko na jeden wieczór. Musisz zasiać, by mieć potem z czego zbierać. Tylko jedno zdjęcie z mojego albumu, z tego miejsca, jest pozowane. Reszta to zdjęcia zrobione z zaskoczenia lub zaobserwowane scenki. Chodzisz wkoło i patrzysz na ludzi, robisz zdjęcia na różnym tle, szwendasz się, czekasz na okazję...

Jak się czuł Niemiec w Nowym Jorku, gdy wyjechał tam pod koniec lat 70.?

- To było bardzo przyjemne doświadczenie. Po czterech latach w "Sternie" odszedłem z tego największego wówczas niemieckiego magazynu ilustrowanego, bo chciałem pojechać na trochę do Ameryki. Najpierw planowałem trafić do Los Angeles, bo miałem tam dziewczynę. Ale jakoś nam nie wyszło. Tymczasem Thomas Hoepker, (znany fotograf, był m.in. szefem agencji Magnum - przyp. M.G.), został dyrektorem artystycznym amerykańskiej edycji magazynu "GEO". Zwolniła się posada fotoreportera w Nowym Jorku. Dostałem tę robotę i przez 8 lat robiłem zdjęcia wszystkiego i wszystkich.

Na świecie są dwa rodzaje ludzi - nieznani i znani. Ci ostatni słyną z tego, że trudno zdobyć ich zaufanie...

- Nie przejmowałem się tym aż tak bardzo. Ale ważne, by właściciele danego miejsca wiedzieli, czy mają do czynienia z kimś poważnym, czy z krętaczem. A kiedy fotografujesz ludzi, nigdy nie pytasz. Po prostu robisz zdjęcie sceny, którą widzisz. Pytać możesz potem. Nigdy nie pytałem - to cały trik. Miałem na zdjęciach prawdziwy świat - nic nie było pozowane. Nawet gdy robisz portret, musisz wychwycić ten moment, gdy fotografowana osoba odpręży się, zrelaksuje, pozwoli sobie na pokazanie emocji...

Jak pan sprawił, że Woody Allen się zrelaksował? Przecież on zawsze jest zdenerwowany?!

- Najpierw nie chciał być fotografowany w ten sposób. Bo to poza z jednego z jego filmów. Chciałem zawrzeć na zdjęciu tę kluczową nić fabuły filmu. Odmówił dwukrotnie, aż wreszcie nagle to zrobił. Miałem z pięć negatywów zrobionych hasselbladem. I jeden z nich to moje najlepsze zdjęcie Woody'ego Allena.

Volker Hinz - Woody Allen, fot. Volker Hinz

Po 40 latach fotografowania ludzi nadal jest pan ciekaw ludzkich twarzy?

- Każdy jest inny, choćby przez to, gdzie pracuje. A zawsze - jeśli to możliwe - warto uchwycić na zdjęciu świat człowieka, którego fotografujemy. Weźmy Muhammada Alego. Te jego muskuły... Ale trik polega na tym, że to strasznie bystry facet, w którego towarzystwie człowiek dobrze się czuje. Ma aurę. Wystarczy iść za nim i spróbować zapisać na zdjęciu jego charyzmę.

Fot. Volker Hinz

Ktoś o panu napisał: "Volker Hinz jest zawsze najbliżej, orientuje się w ułamku sekundy w sytuacji, zauważa powiązania i łączy dalszy plan z bliższym w jedną płaszczyznę - zdjęcie". Pytanie, jak pan to robi, byłoby głupie. Zapytam, jak pan to wypracował.

- Suma doświadczeń. Robiłem dużo zdjęć polityków w ich często nudnych biurach. Przeglądając archiwa, zauważyłem powtarzający się schemat - w kadrze była roślina rosnąca w biurze. Dzięki temu prostemu trikowi wnosisz w zdjęcie trochę życia. Drugi patent - sprawdzałem, jak światło flesza odbije się od ścian w danym pomieszczeniu. Przy odrobinie kombinowania można osiągnąć dobre światło na fotografii. Trzeci patent - współpraca z dziennikarzem przeprowadzającym wywiad. Obserw uję rozmówcę, to, jak się porusza, jak reaguje, i łapię ten moment, w którym wykonuje jakiś charakterystyczny gest.

Piszą o panu jako o "fotografie ludzi". Ale bardziej znane są pana zdjęcia gwiazd popkultury niż zwykłych, szarych ludzi. Oczywiście taki jest profil "Sterna"...

- Dokładnie tak - ludzie lądują w magazynach, bo są znani. Ale bardzo lubię fotografować zwykłych ludzi, mam wiele takich zdjęć. Bo nie jest łatwo - jak pan wcześniej wspomniał - fotografować znanych, sprawić, by się rozluźnili. Jest to zdjęcie Harrisona Forda...

...na którym wygląda, jakby się potwornie czegoś bał.

- Robiliśmy sesję przy okazji kryminalnego filmu, w którym ciągle znikał... nie pamiętam tytułu. I zagraliśmy w grę. W filmie 2 1/4 (format klatki 6x6 cm - przyp. autora) jest 12 klatek. Mówię: "mamy 12 zdjęć, liczmy je". Albo: "jest 12 zdjęć, na każdym zrób inną minę". W podobną grę zagrał ze mną Peter Ustinov - jest świetnym aktorem, więc potrafi robić miny. Czasem też mówiłem, że na ostatnim zdjęciu mają płakać, ale nikt nie płakał.

Volker Hinz - Harrison Ford, fot. Volker Hinz

Gdy rozmawiamy o "Sternie" i o życiu - nie brakuje panu tego barwnego życia po dwóch latach emerytury?

- Oczywiście. Po niemiecku mówi się "Vertreibung aus dem Paradis" - "wygnanie z raju". W szczycie kariery, czy jeszcze w 1997 r., jeździłem z Los Angeles do Hamburga, następnego dnia leciałem do Monako, w następnym tygodniu do Berlina - to były wspaniałe czasy. Ale przez ostatnie 10 lat próbowali w "Sternie" oszczędzić trochę pieniędzy, bo spadła sprzedaż, i woleli wykorzystać lokalnych fotografów.

Był pan jednym z ostatnich fotografów zatrudnionych na pełen etat.

- Byłem ostatnim. Gdy zaczynałem, było nas 20.

Rozmawiałem z wieloma młodymi fotografami. Nawet jeśli są już znani, muszą kombinować, walczyć o zlecenia, by zarabiać na fotografii. Ludzi w zawodzie jest wielu, etatów - mniej.

- Jest mi przykro, że dziś fotografów traktuje się jak gówno. Szczególnie żal mi fotografów freelancerów, ponieważ fotoedytorzy traktują ich jak "aparat fotograficzny". Chcą mieć określony styl - zdejmują konkretnego fotografa z półki, używają, płacą, odkładają. Brak czynnika ludzkiego.

Może dlatego, że teraz każdy sądzi, że dzięki telefonowi komórkowemu jest fotografem.

- To prawda, że technika ułatwia sprawę, sam mam iPhone'a, robi fajne zdjęcia, ale używam go tylko dla zabawy. Kiedyś kupili mi dwa aparaty cyfrowe, ale nie przeszedłem do cyfrowego świata. Odmówiłem i pozostałem przy moim hasselbladzie - to lubię. Nie używam go jako aparatu średnioformatowego, używam go jak leiki. I używa mi się go łatwo, zwłaszcza z moim szerokokątnym obiektywem (Volker Hinz wyjmuje z torby potężnego hasselblada z domontowaną na stałe lampą błyskową - przyp. autora). Mam pewien trik: ustawiam przysłonę na 16, a czas na pół sekundy. Tego ustawienia  - z lampą błyskową - używam na imprezach przy złym świetle, by "zamrozić" ruch. Raz na 10 klisz ma się zdjęcie, które jest całkiem OK, a raz na 50 - dobrą fotografię.

Volker Hinz - Giorgio Armani, fot. Volker Hinz

Ma pan swoje ukochane, najlepsze zdjęcie?

- (Hinz zamyśla się) Ostatnio na pewnej wystawie musiałem opowiadać o każdym zdjęciu - no i o każdym mówiłem, że je lubię. To zabawne, ale po prostu na wystawy wybieram te, które naprawdę lubię. Może to brzmi pretensjonalnie, ale prosto z serca. Dziś pierwszy raz zobaczyłem moją wystawę na Fotofestiwalu - kuratorem była moja żona - i też mi się te zdjęcia podobają.

Kiedyś fotografowałem w Londynie Steviego Wondera. To była jedna z tych szybkich decyzji: zobaczyłem lustro, ustawiłem lampę i poprosiłem Steviego, żeby w nie spojrzał. No i mam to zdjęcie - Steviego Wondera, który nie może siebie zobaczyć, patrzącego w lustro. W tej fotografii jest jakiś przekaz.

Jest taki fotograf, który zrobił zdjęcie, na którym jest on, jego żona, modelka i lustro...

- Bardzo mi się podoba ta fotografia, jest jedną z moich ulubionych.

Helmut Newton...

- Ostatnim razem sfotografowałem go 7 października 2002 r. w Monte Carlo. Niedługo wcześniej obchodził 80. urodziny...

Volker Hinz - Helmut Newton, fot. Volker Hinz

Dzieliliście pasję do fotografowania kobiet. Obaj je kochaliście.

- Tak, ale bardzo chciałbym móc sfotografować jeszcze więcej kobiet...

Dlaczego pan tego nie zrobił?

- Trzeba mieć kogoś neutralnego, kto "sprowadza" kobietę przed obiektyw. Helmut miał swoją żonę (June Browne, czyli aktorka June Brunell, później June Newton, od 1970 fotografka znana jako Alice Springs - przyp. autora). No i siedział w fotografii mody, więc wystarczyło, że zadzwonił do agencji modelek...

Co jest tak specjalnego w fotografowaniu kobiet?

- (bardzo poważnie) Ich piękno.

Tak po prostu?

- Tak. I zawsze jestem zafascynowany ich skórą. Skóra młodych kobiet jest piękna. Helmut sfotografował kiedyś Arielle obcinającą sobie włosy. I te włosy - koński ogon - spadają na jej piersi. Piękne.

To, co moim zdaniem udało się wam obu, to to, że na każdym zdjęciu kobieta jest wynoszona na piedestał, wywyższana, adorowana. Nigdy nie jest przedmiotem.

- Sądzę, że kobiety, tak ogólnie, są lepsze od mężczyzn. Są bardziej ludzkie, bardziej pokojowe. Mężczyźni są agresywniejsi, głośniejsi. Na przykład wolę podróżować z kobietami. Są mądrzejsze.

Volker Hinz - Madonna, fot. Volker Hinz

Zrobił pan zdjęcie kanclerza Niemiec Helmuta Schmidta. I gdy pan mówi, że mężczyźni są bardziej agresywni, przypomina mi się właśnie to zdjęcie. Mimo że Schmidt na nim tylko siedzi, patrzy w dół i pali papierosa!

- To była bardzo zabawna sytuacja. Znam Schmidta od późnych lat 60. i on mnie też trochę zna. No i siedzi w tym pokoju w Hamburgu, przed konferencją, a ja z nim. Ludzie wchodzą, rozmawiają, wychodzą, a on milczy. Nic. Cisza. Więc ja też nic nie mówiłem, tylko go fotografowałem od czasu do czasu. Wygłosił przemówienie, wraca do tego pokoju, a ja przed nim - gdy jesteś pierwszy, obstawa VIP-a nie próbuje cię wykopać. I zostałem jeszcze ponad godzinę w tym pokoju. Znów nie powiedzieliśmy ani słowa. Ale to wtedy właśnie zrobiłem mu to zdjęcie.

Ogólnie zawsze staram się być sympatyczny, żeby ludzie mi zaufali. Choć doceniam pracę paparazzi.

Paparazzi?!

- O tak. Bardzo! Dobrzy paparazzi są naprawdę świetni.

Ludzie, którzy odzierają innych ludzi z prywatności?!

- Tak. Jeśli pragnie się prywatności, można ją sobie bardzo łatwo zapewnić. Czy widział pan kiedyś dzieci pana Beckenbauera?

Nie.

- Ano właśnie. Są gwiazdy, o których prywatnym życiu nie wiemy nic. Ale są ludzie, którzy z własnego wyboru rezygnują z prywatnego życia i idą w światło fleszy, chcą być widziani. Więc opuszczają gardę - i można fotografować, co się chce. Tak uważam.

A nie dostrzega pan różnicy między celebrytami, znanymi z tego, że są znani, a gwiazdami, które są znane, bo są świetne w tym, co robią?

- Tak, tak. To się przenika, wiem. Są gwiazdeczki biegające od jednego do drugiego czerwonego dywanu. Ale magazyny z ich zdjęciami się sprzedają - czyli ludzie chcą oglądać ludzi.

John Malkovich, fot. Volker HinzJohn Malkovich, fot. Volker Hinz

A nie sądzi pan, że paparazzi wymrą, bo gwiazdki ich wyręczają, robiąc sobie selfie?

- To nowy świat, te selfie. I podoba mi się. Nie ma nowoczesnej fotografii - jest tylko dobra i zła fotografia. Do 1920 r. większość sztuczek i trików, którymi mógł się posłużyć fotograf, była już znana. Teraz tylko kopiujemy, nie potrzebujemy nowych. Fotografia to sztuka błyskawicznego przypominania przeszłości. Gdybym pana zapytał o sytuację sprzed 20 lat, nic by pan nie pamiętał. Ale gdybym pokazał panu zdjęcie - to co innego.

A co do selfie i fotografii cyfrowej: w listopadzie ubiegłego roku byłem w Nowym Jorku na prezentacji albumu i dwie osoby robiły telefonami zdjęcie osobie, która... robiła zdjęcie telefonem. A ja sfotografowałem tę scenę moim hasselbladem. To na razie moje ostatnie dobre zdjęcie, poza jednym, niedawnym, z Los Angeles.

Kilka miesięcy czasu i dwa zdjęcia, z których jest pan zadowolony. Jest pan wymagający wobec siebie. Wręcz wybredny.

- Tak.

A skoro pojawił się nam już Franz Beckenbauer. Opowiadał pan, że w tamtych czasach po prostu mógł pan wejść do męskiej szatni po meczu, nic pan nie mówił i robił pan zdjęcia. A tym razem poprosił pan Beckenbauera, by się nieco przesunął...

- Bo, widzi pan, Beckenbauer wygląda jak Niemiec.

?

- Wie pan, Niemcy, kiełbasa i tak dalej. Ten, który na tym zdjęciu wygląda pięknie, to Pele z jego pięknym ciałem i - nie bójmy się przyznać - penisem. W tym momencie wyglądał znakomicie. I mamy na jednym zdjęciu jedną osobę z przodu, drugą z tyłu - Beckenbauera z jego wysportowanym tyłkiem. "Design" tego zdjęcia jest perfekcyjny: dwie osoby rozmawiające, jedna w głębi, która mnie zauważyła, i przestrzeń. To zdjęcie "mówi".

Plany na przyszłość?

- Mam wielkie archiwum. Trzeba je przejrzeć, skatalogować, ponumerować. Pod koniec pracy w "Sternie" nikt tego nie robił. Mam nadzieję, że zdrowie dopisze (śmiech). I mam nadzieję, że znajdę jakieś miejsce, gdzie moje archiwum przetrwa. Na wieki.

40 lat pracy w jednym miejscu. Dla wielu osób z mojej generacji to niewyobrażalne.

- Zawsze chciałem, by zdjęcia, które robię, miały jakiś sens, jakieś znaczenie. Magazyn dawał mi tę możliwość. Nasze publikacje coś ze sobą niosły.

Jakie było najtrudniejsze zlecenie, jakie pan kiedykolwiek w życiu dostał?

- Każde nowe jest trudne. Z każdej sesji chcę mieć co najmniej trzy nadające się do publikacji zdjęcia. Kiedyś robiliśmy sesję w Argentynie. Podróż trwała wiele dni. Robiłem 10 rolek slajdów dziennie. Razem wyszło 300 rolek. Robiliśmy nawet zdjęcia z helikoptera. Wróciliśmy i wykorzystaliśmy cztery dwustronicowe kolumny. Osiem stron. Z 300 rolek filmu.

Czy dalej - mimo emerytury - pracuje pan?

- Tak. Nawet czasem jakieś zlecenie mi wpadnie.

Czyli nie dla zabawy?

- Nie, lubię, jak mi płacą!

Wywiad został przeprowadzony na Fotofestiwalu w Łodzi.

Nigel Kennedy, fot. Volker HinzNigel Kennedy, fot. Volker Hinz

Volker Hinz (1947 r.) jest niemieckim fotografem. Przez 40 lat pracował dla niemieckiego magazynu "Stern", kształtując w dużej mierze jego fotograficzne oblicze. W latach 1978 - 1986 pracował w Nowym Jorku. Zasłynął wspaniałym portretami wielkich ludzi kultury, sztuki i polityki. Inne jego znane dzieła to fotografie dokumentujące życie nowojorskiej bohemy artystycznej lat 70. i 80. Dwa lata temu przeszedł na emeryturę. Mieszka w Hamburgu, wciąż fotografuje.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Robi wywiady, pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, pisze bloga Realpolitik, twittuje. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Komentarze (1)
Zaloguj się
  • labidola

    Oceniono 10 razy 10

    Z przyjemnością przeczytałem.
    Serio temat i lekki ton dwóch dobrze zorientowanych facetów – lubię właśnie takie czytanki.
    Poza tym, do Sterna mam, z pewnych zamierzchłych powodów, stosunek emocjonalny, więc przyjemność tym większa.
    A o fotografii traktowanej selektywnie (wedle skali: mistrzowska, chlebowa, szajs) proszę częściej i więcej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX