fot. Jacek Poremba

fot. Jacek Poremba (fot. Jacek Poremba)

wywiad gazeta.pl

Architekt Przemo Łukasik: "Czas na Śląsk!"

?Bytom to moje małe Detroit. Dużo tu problemów, zamknięte kopalnie, miasto jest zdegradowane, ale ja nieustannie widzę w Bytomiu wielki potencjał? - mówi urodzony i żyjący na Śląsku wybitny architekt, Przemo Łukasik, współzałożyciel pracowni Medusa Group, która zatrudnia 35 osób, wygrała 11 konkursów, otrzymała 31 nagród i dwa razy była nominowana do prestiżowej nagrody Miesa van der Rohe.

Jesteś Ślązakiem?

A nie słyszysz akcentu?

Bardzo wyraźnie.

Tak, uważam się za Ślązaka. Urodziłem się w Chorzowie, a wychowałem w Bytomiu. To jest moje miasto. W nim mieszkam do dzisiaj.

Gruby jest śląski korzeń?

Nie, ale mocny. Jestem pierwszym śląskim pokoleniem, bo moi rodzice stąd nie są. Rodzina mamy przyjechała spod Lwowa, a taty z Krakowa. Osiedli na Śląsku po Drugiej Wojnie. Mama mieszkała najpierw w Piekarach Śląskich - tam chodziła do szkoły i tam koledzy oraz koleżanki wołali za nią: „Ty, Polucha!”.

Komplement to nie był.

Ale też nie obelga, po prostu wyróżnik. Myśmy w ogóle byli inni, bo rodzice nie pracowali na kopalni. Nasz dom był, jakbyśmy to wtedy powiedzieli, inteligencki. Mama uczyła chemii i fizyki, babcia - języka polskiego, a tato jest inżynierem.

Czyli na obiad nie było klusek, rolady i modrej kapusty?

Nie bardzo, ale na placu, czyli podwórku, to nie był żaden problem. Mieliśmy z kolegami zgraną paczkę, porozumiewaliśmy się, uderzając patykiem w kaloryfer. Graliśmy w piłkę, w kapsle, wisieliśmy na klopsztandze, czyli trzepaku. Organizowaliśmy równolegle z prawdziwą olimpiadą - naszą własną, podwórkową. Stawialiśmy maszt, wciągaliśmy na niego flagę z olimpijskimi kołami. Podobnie robiliśmy podczas Mundialu. Miałem wtedy koszulkę z francuskim kogucikiem.

I tylko kiedy były takie tąpnięcia na kopalni, że spadały dachówki i łamały się kominy, moi koledzy szybko biegli do domu, żeby sprawdzić, czy ich ojcowie żyją. Ja nigdzie nie musiałem biec, bo tato górnikiem nie był.

Zazdrościli ci?

To ja im nieraz zazdrościłem, że należą do górniczej kasty. Nie mogłem sobie kupić lepszych nart, a tato lepszych opon, bo one były tylko w specjalnych sklepach dla górników. Myśmy do nich nie mieli dostępu. Ale to też nie był jakiś wielki problem, nie przesadzajmy.

Czułeś się inny?

Zawsze, ale nie tylko ze względu na brak przynależności do górniczej familii, ale także z powodu wyglądu. Byłem bardziej piegowaty niż inni, a moje włosy to ani blond, ani rude - wołano więc za mną „Musztarda”.

fot. Jacek PorębaFot. Jacek Poremba

„Musztarda” był dobrym uczniem?

Nie najgorszym i nadaktywnym. Wszędzie mnie było pełno, może nawet za pełno, ale nie przechodziłem jakiegoś wielkiego buntu. Jego szczytem było stawianie sobie włosów na cukier, co doprowadzało do rozpaczy moją babcię.

Kim chciałeś wtedy być?

Rzeźbiarzem, i pamiętam doskonale taką lekcję, na której nauczycielka nas o to zapytała. Pamiętam też, że po mojej odpowiedzi wszyscy zaczęli się śmiać, z nauczycielką włącznie.

Chciałeś być artystą?

Po prostu zawsze mnie interesowały inne rzeczy, niż wszystkich. Lubiłem plastykę, lubiłem kreślić, ale też - i tu cię zaskoczę - stworzyłem grupę breakdance. Żeby nie było, że cały czas spędzałem z ołówkiem w ręku.

Dlaczego nie poszedłeś do liceum plastycznego?

Sam nie wiem, może rodzice trochę wskazali mi inny kierunek.

Tato inżynier chciał syna w technikum budowlanym?

Nie, żadnej presji nie było, choć tato do dzisiaj się śmieje, że architekt to taki niedouczony inżynier. Trafiłem dobrze, Technikum Budowlane w Bytomiu nazywane było wtedy szkołą sportowo-muzyczną o profilu budowlanym, bo połowa uczniów grała w piłkę, a druga połowa - w orkiestrze.

Ty na czym grałeś?

Na saksofonie. I szło mi całkiem nieźle, ale wraz ze skończeniem technikum skończył się czas na granie. Próbowałem do niego później wrócić, nawet - kiedy poleciałem pierwszy raz do Nowego Jorku - kupiłem sobie piękny saksofon, ale niestety głównie się kurzy w domu. Wracam do niego w nagłych przypływach, ale to powroty bolesne - bolą i policzki, i duma. Z saksofonem skończyło się tak, jak z akordeonem, na którego lekcje zapisała mnie w podstawówce moja babcia. Muzyk ze mnie nie wyrósł.

Kiedy postanowiłeś zostać architektem?

W technikum, i skupiałem się szczególnie na tych przedmiotach, które uznałem za przydatne w późniejszej architektonicznej edukacji.

Siedziba ING w Warszawie (fot. Medusa Group)Siedziba ING w Warszawie (Fot. Medusa Group)

Dlaczego poszedłeś na studia na Śląsku? Nie chciałeś wyjechać gdzieś indziej?

Jestem z tego pokolenia, którego życie działo się na placu: szkoła, studia, praca. Nie chciałem wyjeżdżać. Może też dlatego, że miałem zawsze super relacje z rodzicami, nie czułem potrzeby ucieczki od nich. Chciałbym być, nawiasem mówiąc, takim rodzicem dla moich dzieci, jakimi byli, gdy byłem młody, moi rodzice dla mnie. Ominęło mnie więc szalone życie w akademiku i nie bardzo tego żałuję.

Dostałeś się na Wydział Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Wielka radość?

Najpierw wielka rozpacz, bo się nie dostałem. Zabrakło mi trzech punktów z matematyki. Byłem wściekły i przestraszony, że wezmą mnie do wojska, gdzie zmarnuję dwa lata życia. Rodzice mi doradzili, żebym poszedł na jakiś inny kierunek w ramach dodatkowego naboru. I poszedłem. Nigdy nie zgadniesz, na jaki.

Od razu kapituluję.

Na matematykę!

Nie żartuj. Przecież dopiero co matematyka cię pogrążyła.

Na architekturze, zgadza się. A egzamin na matematykę zdałem. Studiowałem ją przez rok i ponownie zdawałem na architekturę. Tym razem z sukcesem. I znów byłem inny, bo zwolniono mnie z matematyki i geometrii, na których poległa większość studentów architektury.

Lubiłeś te studia?

Bardzo, choć od razu przycięto mi tam skrzydła. Pod koniec pierwszego roku mieliśmy zaprojektować kaplicę cmentarną i ja dostałem za mój projekt pałę. Byłem wściekły. Poszedłem z pretensjami do prowadzącego zajęcia i zacząłem się awanturować. Usłyszał to profesor Tadeusz Pfützner i powiedział do mnie: „Dostał pan ocenę niedostateczną, bo pana kaplica cmentarna była w nastroju zbyt przygnębiającym”. Zupełnie tego nie rozumiałem i to mnie na jakiś czas przygasiło. Studia przestały sprawiać mi przyjemność.

Odżyłem dopiero na obronie pracy dyplomowej Jana Kubeca, znanego dzisiaj z projektu Centrum Nauki „Kopernik” w Warszawie, który zaprojektował wtedy dom kolekcjonera. Byłem nim zachwycony i postanowiłem się wziąć w garść. Zaczęliśmy wtedy z kolegami ze studiów - Łukaszem Zagałą, Robertem Koniecznym, Oskarem Grąbczewskim, Damianem Radwańskim i Janem Kubecem - startować w różnych konkursach. Dużo też dyskutowaliśmy, projektowaliśmy - było super.

To dlaczego jednak wyjechałeś do Paryża?

Francja była zawsze w mojej głowie. W technikum uczyłem się francuskiego, a na studiach czytałem „L'Architecture d'Aujourd'hui” - oczywiście niewiele rozumiejąc.

Któregoś razu przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”, że Francja funduje stypendia dla studentów. Poszedłem do biura współpracy z zagranicą na Politechnice i powiedziałem, że chciałbym wyjechać na takie. Panie się tylko popukały w głowę. Zadzwoniłem więc do Ambasady Francji w Warszawie i tam mi powiedzieli, żebym przyjechał.

Wskoczyłem do pociągu w Katowicach i pognałem do stolicy. Tam przyjął mnie attaché i od razu zaczął egzaminować z francuskiego. Po jakimś czasie dostałem informację, że otrzymam stypendium i mam się szykować na wyjazd do Paryża.

Euforia?

Totalna! Ale zaraz po niej myśl: „O Boże, co ja zrobiłem!”. Bo to był jednak, umówmy się, skok na głęboką wodę. Ale zanim wyjechałem do Francji, pojechaliśmy jeszcze z Łukaszem Zagałą do Berlina poterminować w pracowni Petera Pabla. Berlin był wtedy największym placem budowy na świecie - trzeba było tam być. Pobyt w Berlinie pokazał nam, że architektura jest jeszcze szerszym zagadnieniem, niż nas uczono w Gliwicach, że to nie tylko inżynieria, ale także filozofia. Nasz pobyt w nowej niemieckiej stolicy zakończyliśmy, wydając wszystkie pieniądze na portfolio A1 oprawione w skórę. To było najcenniejsze, co mieliśmy. Z nim pojechałem do Paryża.

Wieża ciśnień w Gliwicach (fot. Medusa Group)Wieża ciśnień w Bytomiu (Fot. Medusa Group)

Pierwszy dzień w Paryżu.

Po dobie jazdy autobusem wysiadłem na Place de la Concorde i poczułem się od razu sam jak palec. Po innych wyszła rodzina, znajomi, a po mnie nikt. Miałem tylko walizkę, portfolio i pieniądze wystarczające na dosłownie kilka dni.

Pierwszy dzień w szkole.

Wszystko inne, wszystko nowe. Inny system nauczania, inne podejście do studenta. Francuski okazał się na nie takim poziomie, na jakim powinien. Muszę wybrać wykładowców, ale ich nie znam, więc wybieram na chybił trafił. Nikt tam się nami, studentami spoza Francji, zbytnio nie przejmuje, więc musimy sobie radzić sami.

Zapisuję się na zajęcia do profesora Jacquesa Bon - wszyscy mówią, że to niedobry wybór. Spóźniam się na pierwsze zajęcia - profesor mówi, że jak jeszcze raz się spóźnię, będą to moje ostatnie zajęcia. Nie potrafi wymówić mojego imienia, zresztą nikt nie potrafił. Wychodziło zwykle coś w rodzaju „Preżmoław”. Znowu jestem inny.

Pierwsze zadanie.

Zaprojektować muzeum sztuki nowoczesnej. Jestem wywołany jako pierwszy do prezentacji mojego projektu. Podchodzę do wielkiej czarnej tablicy, biorę kredę i zaczynam rysować. Rysuję i opowiadam. Jest kompletna cisza. Kiedy kończę, profesor mówi, że czegoś takiego nigdy nie widział. Z chłopca do bicia staję się jego ulubionym studentem.

A co student Łukasik robił poza uczelnią?

Miałem mieszkanie o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych obok Place Blanche, niedaleko Moulin Rouge. Łazienka była wspólna, na korytarzu. Moją sąsiadką za ścianą była piękna Portugalka, która co noc bardzo głośno przeżywała orgazmy. Opowiadałem o nich kolegom w szkole.

Nie chciałeś do niej zapukać?

Oczywiście, że chciałem, ale byłem zbyt speszony.

Dorabiałeś gdzieś?

Oczywiście, musiałem, żeby przeżyć. Zatrudniłem się w piekarni na weekendowe noce. Byłem więc znany jako Monsieur Boulanger, czyli Pan Piekarz. Oprócz ciężkiej pracy to była niezwykła lekcja tolerancji, bo karmiłem tam bywalców pobliskich klubów: gejów, transwestytów, prostytutki, kloszardów, Żydów, Arabów, czarnych, białych, żółtych i kogo tam jeszcze chcesz. Wszelkie orientacje, nacje, religie, grupy społeczne. Cudowna menażeria, prawie jak z filmów Almodóvara. Dla chłopaka z Bytomia to był wtedy szok.

Na co wydawałeś pieniądze?

Na makiety. Cała para szła w architekturę. Po trzech latach dołączył do mnie Łukasz i wspólnie pracowaliśmy nad dyplomem w piekarni. Kiedy się wyprowadzaliśmy, nasza makieta musiała zostać w paryskim mieszkanku, bo była zbyt duża, żeby ją wynieść po wąskich i krętych schodach.

Dlaczego zdecydowaliście się na powrót do Polski?

Po trzech latach we Francji, pracy u Jeana Nouvela i Odile Decq, wiedzieliśmy, że możemy pracować w dobrych pracowniach, ale ciągnęło nas do zaryzykowania i założenia czegoś swojego. I tak powstała nasza pracownia - Medusa Group.

Oczywiście na Śląsku.

Tak, najpierw w Gliwicach, a potem w Bytomiu. Namówiłem Łukasza na te przenosiny, bo Bytom to moje małe Detroit. Wiem, dużo tu problemów, zamknięte kopalnie, zdegradowane miasto, Łukasz mówi, że nawet gołębie w Bytomiu są gorsze i ma chyba rację, ale ja nieustannie widzę w Bytomiu wielki potencjał.

Dlatego od czasu do czasu coś w nim projektujesz?

Nie jestem politykiem ani społecznikiem. Nie mam takich ciągot. Ale tu mieszkam, tu się wychowują moje dzieci i chciałbym, zupełnie egoistycznie, żeby one mieszkały w ładnym mieście. Tak jak otaczasz się ludźmi, z którymi chcesz spędzać czas, tak możesz otaczać się budynkami, które sprawią ci przyjemność.

 

Bolko Loft (Fot. Marcin Tomalka)Bolko Loft (Fot. Marcin Tomalka)

 

I pokazywać, że na Śląsku może być lepiej, ładniej, fajniej?

Projektując dom, w którym teraz siedzimy, nie planowałem wielkiego gestu, który miał pokazać Ślązakom, że można. Potrzebowałem po prostu mieszkania dla siebie i rodziny.

Ten dom, zwany Bolko Loftem, okazał się jednak gestem, i jest dzisiaj jedną z ikon współczesnej polskiej architektury.

To jest skutek uboczny.

Jak w ogóle go znalazłeś?

Szukałem ścinek do makiety i go zobaczyłem. Mijałem go wcześniej wiele razy, jeżdżąc z babcią tramwajem do Piekar Śląskich, ale nigdy nie zwróciłem na niego uwagi. No a już z pewnością nie myślałem, że w nim kiedyś zamieszkam.

Przerobienie lampiarni Zakładów Górniczo-Hutniczych Orzeł Biały na dom było trudnym zadaniem?

Łatwo nie było. Najpierw lampiarnię musiałem kupić. Właściciel chciał za nią 50 tysięcy złotych. Dla mnie i mojej żony to była 15 lat temu kwota kosmiczna. Mówię do żony: „Nie damy rady”.

W tym czasie zaczęła umierać na białaczkę moja ukochana babcia i ja nie mogłem nic zrobić. Ta bezsilność wobec choroby była straszna i jednocześnie była impulsem do powrotu do myślenia o tym domu.

Dlaczego?

Kiedyś całymi nocami malowałem, na przykład obraz „Leśnik w lesie”. Całe płótno było po prostu zielone. Babcia przychodziła do mnie i pytała: „A gdzie ty masz tu leśnika?”. Była z takiego pokolenia, że musiała wszystko zrozumieć. A ja odwrotnie - robiłem wiele rzeczy, które zrozumiałe nie były. Decyzja o zamieszkaniu w dawnej lampiarni wydawała się dla babci właśnie takim „Leśnikiem w lesie”. Ona wiedziała, że ja to w końcu jednak zrobię.

I zrobiłeś.

Wzięliśmy z żoną kredyt na 80 tysięcy i byliśmy przekonani, że będziemy go spłacać do końca życia, a dzisiaj się z tego śmiejemy. Pamiętam też, że kiedy przyszedłem z projektem domu do urzędu miasta, to ludzie - jak to mówimy na Śląsku - klupali się po głowach.

Babcia zobaczyła dom?

Niestety nie doczekała.

Oglądają go za to niezliczone wycieczki.

Tydzień temu wracam do domu, a tu trzydziestoosobowa grupa architektów z Frankfurtu. Tu stoją butelki po piwie, które zostały po naszym spotkaniu.

 

Bolko Loft (Fot. Przemek Jendroska)Bolko Loft (Fot. Przemek Jendroska)

 

Te nieustanne wycieczki denerwują ciebie i twoją rodzinę?

Na początku było trochę stresu. Żona rozwiesza pranie, a tu nagle podjeżdżają pod dom trzy autokary. Joanna chowała się wtedy za tym praniem albo uciekała do domu. Potem się przyzwyczailiśmy: kręcono u nas różne programy, teledyski, Lech Majewski - swój film.

Z odwiedzającymi mamy właściwie same miłe wspomnienia. Kiedyś wracam z synami ze spaceru, a tu pod domem czatuje dwoje ludzi. Okazało się, że on jest profesorem architektury z Paryża, a ona jego studentką, która robi dyplom o Bytomiu. Zaprosiłem ich na wino i skończyło się to tym, że poprowadziłem potem jej dyplom.

Chętnie gościmy w naszych progach, ale potrzebujemy też spokoju. Najważniejsze, żeby ludzie pamiętali, że to nie jest dworzec, ale nasz dom.

Czy dzisiaj, po ponad dekadzie spędzonej w Bolko Lofcie, nadal uważasz, że to dobre miejsce do mieszkania?

Tak i odpowiadam nieustannie wszystkim, którzy pytają mnie, czy nie chcę naszego domu sprzedać, że nie.

Ale czy nie lepszy byłby dom z wielkim tarasem i widokiem na morze?

Daj spokój. A gdzie jeszcze można robić grilla w czasie ulewy, tylko pod Bolko Loftem. Co roku mamy wycieczki z przedszkola mojego syna i dzieciaki są zachwycone. Albo pierwsza wizyta księdza po kolędzie - bezcenne wspomnienia, których nie mielibyśmy być może w domu z widokiem na morze.

Nie wiem oczywiście, czy będziemy tu mieszkali do końca życia. Być może, jak nie będę miał już siły wdrapywać się z drewnem do kominka na trzecie piętro, zdecydujemy się wyprowadzić. Na razie takich planów nie mamy.

Spichlerz w Gliwicach (fot. Medusa Group)Spichlerz w Gliwicach (Fot. Medusa Group)

Na Śląsku co i rusz można się natknąć na realizacje waszej pracowni, ale robicie nie tylko budynki. Współpracujecie z dwoma dużymi festiwalami muzycznym - Offem i Nową Muzyką. Byłem też w dwóch zaprojektowanych przez ciebie knajpach - w Bytomiu i Chorzowie. Sporo tego.

Bo interesują nas, jako pracownię architektoniczną, różne skale: od przedmiotów i grafiki, poprzez wnętrza, po domy i biurowce. Zawsze też nas zajmowały projekty interdyscyplinarne, na pograniczu architektury i sztuki, jak „Klopsztanga. Miejsce spotkań” czy „min 2” - stolik, który łączy ludzi.

Z Off Festival Artura Rojka współpracujemy, bo znamy się i przyjaźnimy. Historia naszego poznania jest bardzo zabawna. Zadzwonił do pracowni nasz klient i mówi, że ma znajomego, który chce przebudować swój dom. Znajomy nazywa się Artur Rojek i mieszka w Mysłowicach. Pojechaliśmy na spotkanie z nim, zupełnie nie kojarząc, że to ten Rojek, że to Myslovitz. Oglądamy jego dom, rozmawiamy i mój wspólnik Łukasz mówi do Artura: „Słuchaj, a czym ty się w ogóle zajmujesz?”. Na to Rojek: „Gram”. A Łukasz: „Na giełdzie?”.

Czasami próbujemy też coś ocalić poprzez nadanie innej funkcji, jak to było choćby z Wieżą Ciśnień czy Szybem Krystyna w Bytomiu. Oczywiście to wszystko są projekty niedochodowe, które dają nam wielką przyjemność i pozwalają zabrać głos w jakiejś sprawie.

Szyb Krystyna (fot. Medusa Group)Szyb Krystyna (Fot. Medusa Group)

Dużo ostatnio się dyskutuje o architekturze, także na Śląsku. Te dyskusje przeradzają się często w awantury, jak w wypadku „Brutala”, czyli wyburzonego już dworca kolejowego w Katowicach.

To w pewnym momencie była już tylko histeria.

Ogromna część architektów i aktywistów miejskich stanęła w obronie dworca, a wasza pracownia zaprojektowała wnętrza do nowego projektu. Uznano was za zdrajców.

To prawda, choć nikt tego głośno nie powiedział ani mnie, ani Łukaszowi. Uznano, że przespaliśmy się z wrogiem za pieniądze. A my byliśmy po prostu przeciwko dyskusji, która zamienia się w opluwanie innych, i uważaliśmy, że skoro operacja wyburzenia „Brutala” i budowa nowego obiektu są już przesądzone i decyzje zapadły w jakimś wąskim gronie, to powinniśmy się włączyć w projekt po to, aby był możliwie jak najlepszy. Dlatego zdecydowaliśmy się na ryzykowną dla nas współpracę z inwestorem, czego chyba wiele osób nie może nam wybaczyć do dzisiaj.

Sprawa „Brutala” pokazała też, że kompletnie nie umiemy rozmawiać, że potrafimy przerzucać się wyłącznie inwektywami, a komunikacja jest niezmiernie ważna - prawie tak bardzo, jak sam architektoniczny projekt. Z tym, że inaczej rozmawia się z inwestorem prywatnym, inaczej z publicznym, jeszcze inaczej z urzędnikiem, inaczej z murarzem.

A inaczej z księdzem.

O tak, to była przygoda.

Zaprojektowałeś niedawno nowoczesny dom parafialny i ogród różańcowy przy pięknym, stuletnim, neoromańskim kościele pw. św. Jacka w centrum Bytomia. Jest to sytuacja wyjątkowa, bo w Polsce architektura sakralna i okołosakralna to zwykle najbardziej ohydne gargamele, jakie można sobie wyobrazić.

To jest przykład na to, że jak kilku ludzi czegoś chce, to można zrobić wszystko. A było tak, że przyszedł do mnie ksiądz proboszcz i powiedział, że chce zmienić oblicze tej trudnej okolicy, że potrzebuje domu parafialnego dla wiernych, domu dla zakonnic i ogrodu. Ja jestem katolikiem, chodzę do kościoła, to moja parafia, więc się zgodziłem, ale zapytałem wcześniej, czy ksiądz zna moje projekty i wie, że ja o architekturze myślę bardzo współcześnie. Potwierdził.

Zaczęliśmy pracę, ja projektowałem, a ksiądz proboszcz zajął się zdobywaniem funduszy. W końcu budowa ruszyła i dzisiaj jest już prawie skończona. Jest budynek dla sióstr i dom parafialny, w którym są m.in. lekcje muzyki dla młodzieży oraz wszelkiego rodzaju spotkania. Brakuje tylko otoczenia z cortenu dla figury Matki Boskiej i zieleni, w której ma tonąć ogród różańcowy - ale tego nie przyśpieszymy, potrzeba czasu. Kiedy ogród już się zazieleni, będzie można w nim odpocząć, ochłodzić się w cieniu akacji, pomedytować albo przysiąść na drewnianych tarasach i poczytać jakieś pobożne księgi lub bluźniercze periodyki typu „Gazeta Wyborcza”.

Kościół św. Jacka w Bytomiu (fot. Miłosz Jaksik)Kościół św. Jacka w Bytomiu (Fot. Miłosz Jaksik)

Współpraca na linii ksiądz-architekt przebiegała bezkolizyjnie?

Oczywiście, że nie. Projekt był optymalizowany i ze względów budżetowych, i próśb księdza proboszcza. Osiągnęliśmy jednak, po kilku szorstkich rozmowach, możliwy kompromis. Generalnie to była naprawdę dobra współpraca i efekt mamy chyba niezły. Co sądzisz?

Efekt jest znakomity i ja nadal nie mogę uwierzyć, że został zrealizowany. Ale na Śląsku powstaje ostatnio sporo nowoczesnej architektury, żeby wymienić choćby Bibliotekę Akademicką czy nową siedzibę Muzeum Śląskiego w Katowicach. To czas Śląska?

Tak, czuję, że nadszedł nas czas, bo byliśmy zawsze nawet nie na drugim, ale na trzecim planie. Teraz to się zmienia i musimy umiejętnie to wykorzystać, żeby zamieniać śląskie miasta w nowoczesne ośrodki z dobrą architekturą.

Centrum Katowic to dzisiaj jeden wielki plac budowy. Powstają nowe budynki, a wyburza się stare - często wartościowe. Szczególnie cierpi powojenny modernizm.

Miasto musi się zmieniać, zawsze tak było. Nawet jeśli są to zmiany często bolesne, że przypomnę tylko jak Georges-Eug?ne Haussmann rąbał Paryż. Dzisiaj zachwycamy się tym, co wtedy powstało, ale ówcześni mieszkańcy francuskiej stolicy byli przerażeni.

Z zarządzaniem przestrzenią miejską jest jak z dbaniem o zęby. Jeśli zapominamy je szorować, to zaczynają się psuć. I nieraz można je wyleczyć, zaplombować, ale czasami jest już za późno, a nie stać nas na koronkę lub implant. Dlatego w miastach zawsze będą się toczyły wojny o architekturę: co zachować, a co zburzyć? Co warto ratować, a co nie? Rozpaczając nad wyburzaniem budynków, warto pamiętać, że one też kiedyś zastąpiły inne.

Wieża ciśnień w Gliwicach (fot. Medusa Group)Wieża ciśnień w Bytomiu (fot. Medusa Group)

Przemo Łukasik jest jednym z najciekawszych i najbardziej znanych polskich architektów średniego pokolenia. Urodził się w 1970 roku w Chorzowie, ale mieszkał i wychował się w Bytomiu. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach i Ecole d'Architecture Paris-Villemin w Paryżu. Po studiach pracował w biurach P.P. Pabel Architekten w Berlinie, Jean Nouvel Architecture oraz Odile Decq/Benoit Cornette w Paryżu. W 1997 roku wraz z Łukaszem Zagałą założył pracownię architektoniczną Medusa Group, która zatrudnia dzisiaj 35 osób, wygrała 11 konkursów, otrzymała 31 nagród i dwa razy była nominowana do prestiżowej nagrody Miesa van der Rohe. Na początku lat dwutysięcznych Łukasik zmodernizował i zaadaptował na swój dom budynek lampiarni dawnych Zakładów Górniczo-Hutniczych Orzeł Biały w Bytomiu. Bolko Loft, gdzie Łukasik mieszka do dzisiaj ze swoją rodziną, jest uważany za jedną z ikon współczesnej polskiej architektury.

Rozmowa z Przemo Łukasikiem zapowiada letni numer śląskiego kwartalnika kulturalnego „KTW”, wydawanego przez Instytucję Kultury Katowice - Miasto Ogrodów.

Magazyn KTW

 

 

Mike Urbaniak (rys. Arobal). Dziennikarz kulturalny, autor rozmów z najwybitniejszymi postaciami polskiej kultury, głównie teatru. Jest stałym współpracownikiem "Wysokich Obcasów", a w warszawskim Radiu RDC prowadzi w każdy poniedziałek o 20.00 swój autorski program "Pan od kultury”.

Komentarze (48)
Zaloguj się
  • Gość: maciektix

    Oceniono 54 razy 44

    czy naprawdę tak trudno Panu redaktorowi sprawdzić, że wieża jest w Bytomiu? Poza tym duży szacunek dla Medusa Group za wkład w przestrzeń.pozdrawiam. Maciek

  • Gość: _architect

    Oceniono 37 razy 23

    Architektura to nie jest latwy kawalek chleba. Czasami porownuje ja do pracy muzykow , jak masz mozliwosc zaistniec to wszystkim dookola jest mieko , ale jesli pare razy sie cos omksnie to juz tylko grasz do kotleta. Patrzac np na PolSl, ile jest firm ktore sie wybily ? pokazaly ? ile jest osob ktore trzymaja sie tego zawodu ? Tak wiec wielkie gratulacje dla Przemka i Lukasza ze dzialaja. pzdr

  • qwww

    Oceniono 26 razy 10

    kur-wa, nagłówek wygląda jak Przemo Kutasik...skąd te zidiociałe zdrobnienia u (niby) dorosłych ludzi ?

  • Gość: Kenzo arch

    Oceniono 10 razy 4

    Meduza robi dość przeciętną architekturę i co gorsze, coraz bardziej skręcającą w kierunku komercji.

  • Gość: Beit

    Oceniono 2 razy 2

    Mike Urbaniak to złodziej

  • Gość: Darhol

    Oceniono 3 razy 1

    Znam Meduse . Przynajmniej coś w życiu osiągnęli . Maja swój styl . Robią to co lubią.
    A ta reszta krytykujących nieudaczników niech wyciągnie wnioski …..

  • Gość: Hot Strawberry

    Oceniono 19 razy 1

    krytykanci kasku na głowie , może nie chodzić o nic - po prostu kask na głowie , a może ten kask pozwala walić głową w mury które były nie do przebicia...? Ja lubię takie rozwiązania i zawsze staram się odkryć obie strony medalu :)
    przeczytajcie artykuł ~!!!

  • Gość: pawello

    Oceniono 2 razy 0

    Kajtek, nie obraź się ale zarabiasz śmieszne pieniądze. Daję ludziom możliwość dorobienia do etatu albo tak jak jak całkowitej rezygnacji z pracy po 8-12 godzin za marne pieniądze. Sposób jest łatwy, nie wymaga dużych nakładów a może zmienić twoje życie. Poszukaj o nim w wyszukiwarce internetowej googla pod hasłem "system swaretta". Ja bez trudu w obecnej chwili mam po 20-30tys zł na miesiąc.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX