Fot. Albert  Zawada / AG

Fot. Albert Zawada / AG (Fot. Albert Zawada / AG)

wywiad gazeta.pl

Córka o Michalinie Wisłockiej: Kochać to ona umiała, ale nie umiała żyć

Jej "Sztuka kochania" rozeszła się w PRL-u w nakładzie większym niż "Trylogia" Sienkiewicza. Michalina Wisłocka na zawsze stała się "panią od seksu". Na seksualne obyczaje Polaków ma wpływ do dziś. Sama długo uważała się za kobietę pozbawioną temperamentu. Była za to kochliwa i żyła w trójkącie z mężem i przyjaciółką.

40 lat po pierwszym wydaniu "Sztuki Kochania" do rąk czytelników trafiło nowe wydanie kultowej książki Michaliny Wisłockiej, a 27 stycznia do kin wszedł film o jej życiu - "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej". My przypominamy rozmowę z córką Wisłockiej, Krystyną Bielewicz. Rozmawiała Violetta Ozminkowski, autorka biografii Wisłockiej "Sztuka kochania gorszycielki", na motywach której nakręcony został film.

***

Przed chwilą zadzwoniła producentka jednego z czołowych programów publicystycznych i próbowała namówić ciebie na rozmowę. Zdajesz sobie sprawę, że więcej nie zadzwoni?

Chodziło jej o to, żebym przy okazji promocji książki "Sztuka kochania gorszycielki" powiedziała na wizji, że czuję żal do Michaliny Wisłockiej, bo była złą matką, ale ja nie mogłam się na to zgodzić, bo nie czuję żalu. Choć to nie znaczy, że nie tęskniłam za mamą jako dziecko, bo było jej przy mnie za mało.

Chciałaś, żeby sprzątała i czekała na ciebie z obiadem?

Dokładnie, bo tak robiły inne mamy. Nam zawsze pomagała jakaś gosposia, ale gosposie były na przychodne, więc widok papierków na podłodze był czymś normalnym w naszym domu. Pamiętam, jak któregoś razu spod drzwi wyleciała w czasie przeciągu zbita kulka kurzu. Każda mama schyliłaby się i wyrzuciła ją do kosza, moja upchnęła ją nogą w kąt. Wtedy wydawało mi się to normalne, bo sama byłam niezłą bałaganiarą, ale kiedy wyszłam za mąż i zabrakło gosposi, nagle zdałam sobie sprawę z tego, jak niewiele umiem zrobić w domu. Wkurzyłam się któregoś razu i zapytałam mamę wprost, dlaczego nie nauczyła mnie porządku. - Jak miałam ciebie nauczyć czegoś, czego sama nie umiem? - odpowiedziała mi wtedy z rozbrajającą szczerością. Nie znosiła też stania przy garach i gotowania, a na śniadanie jadła często zupę mleczną, więc kipiało jej to mleko niemiłosiernie, kiedy gotowała je sama. Kupiliśmy jej z mężem kiedyś garnek z gwizdkiem, żeby przypominał jej, że ma go zdjąć z ognia, ale niewiele to pomogło.

W swoich dziennikach rzadko pisze, że zjadła coś smacznego. Wygląda to trochę tak, jakby ze śmiercią jej mamy skończyła się w jej życiu dobra kuchnia, świat makowców i bułeczek drożdżowych. Zdążyłaś poznać babcię?

Nie miałam szansy. Pamiętam, że miałam jakieś cztery latka, spaliśmy z tatą i Krzysiem na tapczanie, a w drugim pokoju spała Wanda, zwana przez nas Dziulą, kiedy nagle otworzyły się drzwi, zapaliło się światło i zobaczyliśmy, że mama stoi w drzwiach zapłakana. Okazało się, że babcia nie żyje. To wspomnienie, jak filmowy kadr, zapadło mi w pamięć, bo sytuacja była niecodzienna.

Co robi Wanda w tym kadrze?

Wanda była przyjaciółką mamy z dzieciństwa, z którą razem z ojcem żyli w trójkącie. Była właśnie taką kobietą, która potrafiła ugotować coś smacznego i zawiesić piękne firanki w oknie. Poznały się w podstawówce. Wanda była jedyną koleżanką, która akceptowała moją mamę, bo mama najprawdopodobniej miała zespół Aspergera i waliła prawdę koleżankom w oczy, nie rozumiejąc, że sprawia im przykrość. Poza tym była najwyższa w klasie, miała zeza, a małe dziewczynki bywają okrutne, więc nie szukała ich towarzystwa. Wandzie jakoś to wszystko nie przeszkadzało, imponowało jej natomiast, że jest córką dyrektora szkoły, podciągała się przy niej w nauce. Później, gdy mama poznała mojego ojca, a było to bardzo wcześnie, bo miała dwanaście lat, zaczął ją odgradzać od matki i Wandy. Wspominała w dziennikach, że raz błagała babcię, żeby mogła nie iść z nią do teatru, bo ojciec straszył ją, że odejdzie do innej. Chciał, żeby była jego asystentką, która ukończy dwa lata studiów medycznych, bo więcej nie będzie potrzebować, żeby mu pomagać w pracy naukowej. Miała być jego podnóżkiem, ale kiedy wyszła za niego za mąż zaczęło jej brakować przyjaciółki. Ojciec się złościł, bo nie rozumiał, o czym tak paplały godzinami.

DOKTOR MICHALINA WISLOCKA AUTORKA KSIAZKI Michalina Wisłocka (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Kiedy czytałyśmy razem czułe opisy sukienek Wandy, pantofelków, owalu twarzy w pamiętnikach twojej mamy, odnosiłam czasem wrażenie, że się w niej podkochiwała. Nie przyszło ci to nigdy do głowy?

Nie, bo nawet jeśli się kochała, to tylko platonicznie. Mama mówiła o sobie, że jest typem czcicielki, jeśli się z kimś przyjaźniła czy kochała, stawiała tę osobę na piedestale. Poza tym należała do kobiet, które budzą się seksualnie po trzydziestce. Nie przepadała za seksem z ojcem. Wanda za to była kobietą z temperamentem i bardzo ojcu pasowała. To mama zaproponowała życie w trójkącie Wandzie. Przyjaciółka na początku była w szoku, tłumaczyła jej, że nie może zakochać się na zawołanie, ale ojciec chętnie się na ten układ zgodził, bo jedna kobieta mu nigdy nie wystarczała. Podrywał już inne dziewczyny, kiedy byli narzeczeństwem z mamą. Nazywał je guzikami, co miało znaczyć, że są to nic niewarte miłostki. O wszystkich opowiadał mamie ze szczegółami.

On to nazywał szczerością, nie wydaje ci się jednak, że była w tym spora dawka sadyzmu?

Myślę, że miał taką skłonność. Mój ojciec był nieczułym, zimnym człowiekiem. Miał encyklopedyczną wiedzę na każdy temat, był bardzo oczytany i inteligentny, ale nie umiał kochać. Nie znosił zwierząt, widok kaleki na ulicy - a po wojnie było ich wielu - raził jego uczucia estetyczne. Twierdził, że nie powinni wychodzić z domu. Kobiety się za nim uganiały, bo był wysoki, przystojny, taki nordycki typ z niebieskimi oczami. Mama czciła go, jak bóstwo, a kiedy mówił, że inne kobiety się nie liczą i będzie ją zawsze kochać najmocniej, wierzyła mu. Bardzo długo sama przed sobą udawała, że nie jest o niego zazdrosna, że takie przyziemne uczucia nie dotyczą ich miłości. W rzeczywistości walczyły z Wandą o względy ojca, jak dwie lwice. Kiedy jeszcze w czasie wojny mama zachorowała na tyfus i po powrocie ze szpitala wyglądała jak ogolony na łyso szkielet, potwornie cierpiała, gdy dochodziły do niej zza ściany odgłosy ich radosnego śmiechu, przekomarzania się. Czuła się odrzucona nie tylko przez Stacha, ale też przez przyjaciółkę.

27.05.2014 Warszawa. Corka Michaliny Wis?ockiej Krystyna Bielewicz. Fot. Albert Zawada / Agencja GazetaKrystyna Bielewicz i norweski troll, ulubiona zabawka Michaliny Wisłockiej (fot. Albert Zawada)

Czego się spodziewała, kiedy sama prosiła Wandę w listach ze szpitala, żeby była miła dla jej męża?

Zabrakło jej wyobraźni, liczyła na to, że to ona będzie w centrum zainteresowania, kiedy wróci do domu. Że będą siedzieć przy jej łóżku, trzymać ją za rękę. Kiedy tak się nie stało i czuła się szalenie samotna w tym trójkącie, zaczęła marzyć o dziecku ze Stachem. Była już niemal pewna, że jest bezpłodna, gdy okazało się, że w ciążę z moim ojcem zaszła Wanda. Chciała ją usunąć, ale mama sądziła, że to jest jej jedyna szansa na macierzyństwo i przekonała Wandę, żeby tego nie robiła. Zaproponowała, że adoptują dziecko z moim ojcem i w ten sposób nie będzie miało wpisane w dowodzie "ojciec nieznany", co wówczas stygmatyzowało na całe życie. Później wiele razy wyrzucała sobie, że zniszczyła przyjaciółce życie. Że gdyby nie była taka zaborcza, Wanda ułożyłaby je sobie z kimś innym. W końcu znalazła dla Wandy umierającego pacjenta, który zgodził się dać dziecku nazwisko, wtedy jednak Wanda poczuła się dotknięta.

Była już zbyt silnie związana z nimi, żeby odejść?

Poza tym, nie chciała, żeby dziecko wychowywało się bez ojca. Wolała udawać, że nie jest jego matką, ale dać mu szansę życia w pełnej rodzinie. Sytuacja, w której się znaleźli, była szalenie skomplikowana, więc wybory, przed którymi stanęli też nie były łatwe. Na dodatek po miesiącu okazało się, że mama też zaszła w ciążę. Wszystko przez to, że ojciec stosował jako środek antykoncepcyjny stosunek przerywany, ale kiedy ginekolog mamy stwierdził, że nie zachodzi w ciążę, bo być może plemniki jej męża są mało żywotne, postanowił udowodnić lekarzowi, że się myli. I udało mu się to, choć cieszył się tylko przez moment. Cała trójka żyła tuż po wojnie w wielkiej biedzie, jak zresztą większość Polaków. Nie mieli w co się ubrać, chodzili głodni, mieszkali w wynajętym pokoju, mama z ojcem właśnie zaczęli studiować medycynę, a Wanda farmację, to nie był dobry czas na rodzenie dzieci, tym bardziej, że ojciec za nimi nie przepadał.

Poza tym bali się pewnie, co powiedzieć sąsiadom, rodzinie?

Dlatego przed rozwiązaniem mama z Wandą pojechały na wieś. Do Warszawy wróciły razem, ale Wanda nadal oficjalnie była bezdzietną panną, mama już matką bliźniaków, choć rzecz jasna nie byliśmy do siebie podobni. Krzyś miał oczy jak niezabudki, usteczka w kształcie serduszka i jasne loczki. Ja urodziłam się łysa, z pociągłą twarzą, więc ojciec kiedy mnie porównał z bratem westchnął głośno i powiedział, że przypominam skrzyżowanie starego Żyda z małpą. Dziabnął mamę tym komentarzem tak mocno, że wypominała mu to do końca życia. Później było jeszcze gorzej, bo ja byłam większa i darłam się wniebogłosy z głodu, a Krzyś był spokojnym dzieckiem, bo spał najedzony. Ojciec zabronił matce i Wandzie karmić nas na żądanie, mieliśmy chodzić jak w szwajcarskim zegarku, ale z dziećmi tak się nie da. Krzyczał, że zwariuje przez te bachory.

DOKTOR MICHALINA WISLOCKA AUTORKA KSIAZKI Michalina Wisłocka (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

To dlatego mama pół roku później podrzuciła was babci?

Zawsze była cwana pod tym względem i umiała zwalić na kogoś prozę dnia codziennego, więc wysłała nas z Krzysiem do swojej mamy. Mimo tego, że babcia była ciężko schorowaną kobietą, która na dodatek zajmowała się już Ewą Braun, tą samą, która później dostała Oscara za scenografię do "Listy Schindlera", córką mojego wujka Andrzeja Brauna, kiedyś bardzo popularnego pisarza. Musiało być babci niewiarygodnie ciężko, tym bardziej, że mieszkała w Łodzi i na pomoc swoich dzieci na co dzień nie mogła liczyć. Dlatego po roku napisała rozpaczliwy list, że nie ma siły zajmować się nami dłużej i wtedy zamieszkaliśmy z mamą, tatą i Wandą w akademiku na Placu Narutowicza. Poszliśmy do przedszkola. Później, kiedy zabrakło Wandy, mama podrzuciła mnie serdecznej przyjaciółce lekarce na półtora roku. Pamiętam też, że kiedy byłam w sanatorium leczona na gruźlicę węzłów chłonnych, odwiedziła mnie tylko raz przez dwa lata, choć to wcale nie znaczy, że mnie nie kochała i się o mnie na swój sposób nie troszczyła.

Zdziwiło mnie, że spędziła z tobą jeden dzień, bo następne dwa przeznaczyła na wycieczkę z ówczesnym kochankiem, Włodkiem, po Nowej Hucie.

Zwróciłaś na to uwagę? Mnie też to uderzyło, bo nie czytałam wcześniej tych zapisków i byłam przyzwyczajona do tego, że zawsze żyła swoim życiem, a ja byłam trochę z boku. Poza tym, jak byłam mała, nie zastanawiałam się nad tym, bo do pierwszej klasy zajmowała się nami na co dzień Wanda. Przez długie lata czułam się z nią związana, choć nie przepadała za mną i wyraźnie faworyzowała Krzysia. Zapamiętałam, jak zabrała nas kiedyś nad morze i w pewnym momencie zaczęłam się topić. Krzyś próbował mnie ratować, ale zaczęłam go wciągać pod wodę, więc musiał mnie puścić. W pewnym momencie zobaczyłam, jak Wanda płynie z nim do brzegu. Wyglądało na to, że nie ma dla mnie ratunku, bo choć wymyśliłam, że będę szła po dnie morza i tylko od czasu do czasu wypływała na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza, na nic się to zdało, bo fala cofała mnie w tył i cały czas byłam w tym samym miejscu. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam Wandę płynącą z pomocą. Wieczorem, przy ognisku, zapytałam, dlaczego po mnie wróciła. Odpowiedziała, że wyobraziła sobie, jak stanie przed moją mamą, żeby powiedzieć jej o mojej śmierci i obleciał ją strach. Ani słowem się nie zająknęła, że też bała się o moje życie, że byłam dla niej w jakiś sposób ważna.

Kiedy dotarło do ciebie, że jest kochanką ojca?

Nigdy się przy mnie czy Krzysiu nie całowali, nigdy nie widziałam ich tulących się, nigdy nie złapałam ich na gorącym uczynku. Podobnie zresztą, jak nie widziałam mamy obejmującej się czule z ojcem. Nie miałam pojęcia, że rodzice rozwiedli się, bo ojciec oświadczył się Wandzie. Potem dowiedziałam się, że w pewnym momencie Wanda naliczyła aż jedenaście pań, z którymi zdradzał ją i mamę. Chciała założyć rodzinę, mieć swój dom. Tym bardziej, że oni wszyscy mieli już siebie dość. Więc, kiedy znalazła mężczyznę, który chciał się z nią ożenić, zdecydowała się odejść do niego. Wtedy ojciec, żeby ją zatrzymać, zagrał va banque i powiedział, że rozwiedzie się z moją mamą. Wanda miała w nosie jego obietnicę ożenku, bo już go prawdopodobnie nie kochała, ale nie omieszkała pochwalić się mamie. To był gwóźdź do trumny ich wzajemnego układu. Tym bardziej, że mama znalazła jeszcze zdjęcia pornograficzne z ojcem w roli głównej. A dokładnie było ich trzydzieści sześć. Nie ilość ją jednak przeraziła, tylko fakt, że fotografował sprowadzane przez siebie kobiety na ich tapczanie, odebrała to jako zdradę ich ostatniego przyczółku intymności. Zagroziła mu wtedy, że jeśli się nie wyprowadzi, poleci z tymi zdjęciami na skargę do jego przełożonego i wybuchnie skandal. A było na nich sporo mężatek z Instytutu Pasteura, w którym ojciec pracował, więc przeraził się nie na żarty.

Kiedy pakował walizki, krzyczał jeszcze, że ją kocha, ale ona nie chciała już tego słuchać. Coś w końcu w niej pękło?

Przejrzała na oczy, gdy zanim trzasnął drzwiami, powiedział nam z Krzysiem, żebyśmy nie ważyli się z nim kontaktować, bo od tego momentu nie mamy ojca. Krzyś ogromnie to przeżył, tym bardziej, że później sądził, że porzuciła go też matka, bo kiedy Wanda się wyprowadziła i moja mama nie dawała sobie z nim rady, bo wpadł w szemrane towarzystwo, Wanda zabrała go do siebie. I było jeszcze gorzej. Nie cierpiał jej męża, bo był o niego zazdrosny, miał żal do mojej mamy, że porzuciła go jak ojciec i w rezultacie staczał się coraz bardziej. Później nie widziałam go kilka lat, aż odwiedził mnie w sanatorium w Rabce. Przejechał dla mnie autostopem całą Polskę i powiedział, że tylko ja go nie zdradziłam i tylko na mnie w życiu może liczyć, bo po jednej z awantur Wanda wykrzyczała mu, że jest jego matką. Tego nie wytrzymałaby psychika dorosłego, a co dopiero dziecka. Zawalił mu się cały świat, nie umiał sobie z tym poradzić, wpadł w alkoholizm.

27.05.2014 Warszawa. Corka Michaliny Wis?ockiej Krystyna Bielewicz. Fot. Albert Zawada / Agencja GazetaKrystyna Bielewicz (fot. Albert Zawada / AG)

Wróciłaś z sanatorium już jako podlotek, mama miała wielu adoratorów. Podobał ci się któryś z nich bardziej, niż inni?

Chyba Włodek był najprzystojniejszy, dyrektor Nowej Huty. Ale żaden z nami nie zamieszkał, więc nigdy nie nawiązałam z żadnym z nich jakichś głębokich relacji. Czasem dostawałam prezenty, a czasem bolesną lekcję dorastania. Jeden z nich, marynarz Wieloryb, pocałował mnie któregoś razu na pożegnanie z języczkiem. Wypaplałam się mamie, bo to było dla mnie coś szalenie obrzydliwego. Zdenerwowała się okropnie i zerwała z nim kontakty. Poza tym, jej podobali się zupełnie inni mężczyźni, niż mnie. Ona w życiu była bardzo apodyktyczna, przedsiębiorcza, czasami wręcz agresywna, ale w łóżku była bardzo delikatną kobietą. Jej kochanek zawsze czuł się panem i władcą. Ja odwrotnie, dominowałam w łóżku, więc podobał mi się zupełnie inny typ mężczyzn. Przypomniało mi się właśnie, że kiedyś wstawiłam się za jednym z nich u mamy, bo wyprowadzał nam psa. To był bardzo miły, przystojny mecenas, nazywany przez mamę Fernandziem. Któregoś razu mama krzyczała do mnie ze swojego pokoju, bo coś robiłam w kuchni, że ma przyjść Fernandzio, ale powie mu, żeby więcej nie przychodził, bo to już nie ma sensu. Odkrzyknęłam, żeby tego nie robiła, bo nasz Kajtuś go bardzo lubi. Kajtuś był naszym ukochanym owczarkiem. Mama odkrzyknęła, że mam rację, w takim razie jeszcze mu nie powie, żeby się zmywał. Za chwilę usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Gdy mama je otworzyła, Fernandzio tylko wręczył jej kwiatki i powiedział "Do widzenia!", a potem obrócił się na pięcie i wyszedł. Jak zamknęła drzwi, jęknęła głośno "O cholera!", bo dotarło do niej, że wszystko słyszał.

Mama dość szczegółowo opisuje swoich kochanków w pamiętnikach, porównuje ich temperamenty, upodobania w łóżku. Zastanawiałam się, kiedy pracowałyśmy nad książką, czy nie czułaś skrępowania, kiedy o tym czytałaś.

U mnie w domu nigdy nie było tematów tabu. Kiedyś mama została wezwana do szkoły, bo nauczycielka dowiedziała się, że uświadamiam koleżanki, skąd się biorą dzieci i dokładnie wszystko objaśniam na fachowo narysowanych przez siebie rysunkach. A ja nie widziałam w tym niczego złego. Kiedy mama przygotowywała się do wykładu czy odczytu, zadawałam jej pytania, a ona mi spokojnie wyjaśniała, dlatego później nie czułam wstydu.

Nie czułaś go nawet wtedy, kiedy zdradzała intymne szczegóły pożycia seksualnego twojej córki i mówiła na przykład publicznie, że zaszła w ciążę w kinie?

Nie, jak już zostało powiedziane, to zostało. Teraz wiem, że ludzie z zespołem Aspergera grzeszą nadmierną szczerością, nie czują półcieni, tej granicy, która jest dla innych trudna do przekroczenia. Taka była moja mama. Kiedy powiedziałam jej, że w czasie jej nieobecności przez miesiąc odwiedzał mnie mój obecny mąż, ale do niczego nie doszło, bo bałam się bólu, najpierw ochrzaniła mnie, że chłopak nabawi się nerwicy, a potem przecięła mi błonę dziewiczą na swoim fotelu ginekologicznym. Mąż śmiał się później, że wymyśliłam całą historię, ale tak było.

Zastanawiało mnie też, dlaczego nie chciałaś zamieść pod dywan aborcji mamy. Musiałaś przecież wiedzieć, że posypią się na nią gromy, kiedy książka się ukaże?

Nie interesowało mnie pisanie laurki dla wymyślonej postaci. Wszyscy mamy wady i zalety. Wierz mi, że nawet tak święty człowiek, jak Jan Paweł II też miał wady i popełniał błędy. O aborcjach mama powiedziała mi dopiero, kiedy miałam kłopoty z własną córką i nie pomagały żadne środki antykoncepcyjne, bo na przykład tabletki brała co drugi dzień. Przyznała mi się wówczas, że sama na sobie testowała środki antykoncepcyjne i z tego powodu aż trzy razy usunęła ciążę. Dwa razy zaszła w ciążę z mężczyznami, którzy nie mieli w jej życiu wielkiego znaczenia, a raz z mężczyzną, któremu chciała urodzić dziecko. Bardzo tę decyzję wtedy przeżyła. Była ginekologiem i uważała, że jeśli kobieta jest już w ciąży, powinna urodzić. Wiedziała jednak, że nie będzie mogła dziecka wychować, że nie nadaje się na matkę. Pisała w swoich dziennikach z tamtego okresu, że nie chce żyć, że przechodzi przez koszmar. Dlatego później walczyła tak o rozpowszechnienie antykoncepcji, żeby kobiety same mogły decydować, kiedy chcą urodzić dziecko. Bo często, tak jak ona, nie mogą liczyć na mężczyzn w swoim życiu.

DOKTOR MICHALINA WISLOCKA AUTORKA KSIAZKI Michalina Wisłocka (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Nie przyszło ci nigdy do głowy, że to paradoks, bo kobieta, która doradzała milionom Polaków, jak mają się kochać, sama była często nieszczęśliwa w miłości?

Nie widzę w tym żadnej sprzeczności. Kochać to ona umiała, ale nie umiała żyć. Kiedy zaczęła już chorować poważnie na serce, wiele razy prosiłam ją, żeby zamieszkała ze mną. Bała się, choć dzieci nie mieszkały już w domu, że będzie za dużo wnuków w jej życiu. Wolała samotność. Potem przez piętnaście lat opiekowałam się bratem na wózku inwalidzkim. Był po kilku operacjach, niewiele z tego świata rozumiał, nie miał nogi. Kiedy mama udzieliła wywiadu i powiedziała, że chciałaby mieć wózek elektryczny, bo marzy jej się spacer po Starówce, zadzwonił telefon ze Stanów, że ktoś jej chce taki wózek podarować. Powiedziała, żeby sobie głowy nie zawracać, bo ona tylko tak mówiła. Długo miałam do niej żal, że nawet przez moment nie pomyślała o Krzysiu.

Pod koniec życia opowiadała znajomym, że ją zaniedbujesz, że umiera samotna. Ktoś ci o tym doniósł?

Miałam kilka telefonów, ale puszczałam te uwagi mimo uszu, bo wiedziałam, że gdybym nawet siedziała z nią cały dzień, też znalazłaby coś, żeby ponarzekać. Ale jeśli pytasz, czy nie mam wyrzutów sumienia, że coś mogłam zrobić lepiej, to rzecz jasna je mam. I wytłumaczenie, że kiedy ona umierała, ja miałam ciężko chorego brata na głowie, poza tym walczyłam w czasie, kiedy mnie potrzebowała najbardziej, o własne małżeństwo, wcale nie pomaga. Wiem jednak, że gdybym się do niej wtedy przeprowadziła, oznaczałoby to koniec mojego związku. Nie było we mnie na to zgody. Wiem także, że kiedy ona opowiadała znajomym o niewdzięcznych wnukach, które nie chcą się zgodzić płacić jej miesięcznie po sto złotych, w tym samym czasie oddawała kilka tysięcy z tantiem maszynistce lekką ręką, bo poskarżyła się jej, że ma długi. Na szczęście zauważyła to gosposia i wyrwała te pieniądze. Była z nią do końca, przychodziła do szpitala codziennie, aż do śmierci mamy. Jeszcze żyje, rozmawiałaś z nią, więc wiesz, że mówię prawdę. Ja wisiałam z mamą codziennie co najmniej przez godzinę na telefonie. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Właśnie tych rozmów brakuje mi dziś najbardziej.

Książkę Violetty Ozminkowski o Wisłockiej możesz kupić w Publio.pl.

"Sztukę Kochania" Wisłockiej możesz kupić w Publio.pl.

Okładka

Violetta Ozminkowski. Autorka biografii "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki", wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem "Szkiełko i oko", współautorka opowieści o Marku Edelmanie "Pan Doktor i Bóg", przez dwanaście lat dziennikarka, redaktorka "Newsweeka", szefowa działu "Społeczeństwo".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (140)
Zaloguj się
  • martapawlocka

    0

    Ona napisałam więcej książek, tylko nie są one tak znane, patrzcie - virtualo.pl/?pt=michalina_wislocka A wszystkie są naprawdę warte przeczytania. Natomiast jeśli chodzi o sposób życia i podejścia do wielu kwestii, to absolutnie nie jest kobieta z mojej bajki i nie zgadzam się z większością tego, co w życiu zrobiła. Ale pisać potrafi.

  • Beata Sikorska

    Oceniono 1 raz 1

    Ksiazka Dztuka Kochania new gdy tewolucja nie byla. Oparta jest na amerykanskim wydani ksiazki Alfreda Kinseya pt. Zachowanie sexualne mezczyzny a potem druga ksiazka zachowanie sexualne kobiety, ktore byly wydane w latach konc 40 ych i 50tych.Wislocka zaczytywala sie przedrukiem ksiazki zdobytym na czarnym rynku i za cel postawila sobie napisanie podobnej ksiazki dla kobiet i mezczyzn. Nie byla kims nadzwyczajnym, byla pospolita kobieta, lekarzem jakich wielu ale z pewnoscia narcystką sexualną a poniekąd plagiatorką. W filmie pokazana jest kobieta ktora cierpi z braku milosci, szuka swojego miejsca. Taka z pewnoscia nie byla, jej popularnosc
    to skutek ksiazki ktora wypelnila niszę. bralu artykulow poswieconych dla kobiet z zakresu sexuologii w dawnym bloku komuny, gdzie przeciez nikt nie wazyl by sie tlumaczyc ksiazek wydanych na zachodzie. Ot i wszystko. Film probuje sie mierzyc z historią dr. Religi ale nigdy takim nie bedzie.

  • Oceniono 1 raz 1

    Dwa dni temu ogladałam film- hm dobrze, ze trafiłam na ten wywiad. Film zostawił mi pytania o dzieci- jestem pod ogromnym wrażeniem historii życia Pani Krystyny. Sądzę, ze momentami bardzo ciężkiego życia- 15 lat opieki nad bratem na wózku i do tego mama, która jakby wczesniej nie miala czasu być mama - strasznie trudne.Dla mnie bohaterką jest Pani Krystyna- jej matka była wizjonerką , ale szła chyba własna drogą - sporo ciężarów po matce ciągnęła chyba Pani Krystyna. Przeszłość, wiedza o trójkącie, samotność, brat alkoholik a potem opieka nad matką.

  • japka_putina

    Oceniono 3 razy 3

    Bosze, to nie trójkąt, to patologia do kwadratu!

  • dobrochnaa

    Oceniono 3 razy 1

    Zadaję sobie teraz pytanie czy fakt, że taka książka w ogóle została napisana i ukazała się jest wynikiem zaburzenia, na które cierpiała Wisłocka. Ledwo dociągnęłam do końca czytanie tego wywiadu – historia życia rodziny pełnego patologii a zdjęcia Wisłockiej oprócz okresu, w którym była już staruszką pokazują twarz naznaczoną poczuciem nieszczęścia. Mam wrażenie, że to była głęboko nieszczęśliwa kobieta, która przez życie była wikłana w sytuacje bardzo dla siebie niesprzyjające, wręcz szkodzące jej.
    Trudna jest ta historia. Ludziom chyba bardziej przydałoby się więcej książek o sztuce kochania w sferze uczuciowej.

  • hdtvpolska

    Oceniono 4 razy -2

    Jestem świadkiem wydania "Sztuki Kochania".
    Na przełomie lat 60/70 burzyliśmy wszystko. W/w książka powinna być lekturą obowiązkową do dziś.
    Obecna młodzież myśli, że w seksie właśnie tworzą nową jakość bo dziś jest era cyber-komunikacji.

    Bardzo wiele lat musiałem dojrzewać do wiedzy i praktyki zawartej w książce.

    Młodzi:
    klasa w sexie przychodzi z wiekiem. Nic się nie zmieniło od wielu tysięcy lat.
    Preferujcie kobiety, które lubią sex. To podstawa.
    I nie bójcie się mieć kochanek / kochanków.
    To wspaniała opcja dla znudzonego małżeństwa.

  • goscgazety2014

    Oceniono 5 razy -1

    Skoro córuni przeszkadzały papierki na podłodze i kurz, to mogła posprzątać. A nie narzekać, że matka nie sprząta. Mama zarabiała na to całe towarzystwo.

  • waldiwaldi

    Oceniono 5 razy -3

    Jako nastolatek "dorwałem" Sztukę Kochania Wisłockiej i Sex Partnerski Lwa Starowicza. Jeżeli ten film jest na poziomie tej książki/poradnika (Sztuka Kochania) to przewiduję dno dna. W sumie nachalna reklama może to potwierdzać. Dobry film sam się obroni. Gniota trzeba reklamować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX