Oto nieco surowe, amatorskie zdjęcia z podróży dra Schulza, które publikujemy za jego uprzejmą zgodą. Na zdjęciu ulica Marszałkowska. Na pierwszym planie pawilony handlowe, które przetrwały aż do 2010 r., głębiej nieodbudowany jeszcze wieżowiec Pasty, a w tle pachnący nowością Pałac Kultury

Oto nieco surowe, amatorskie zdjęcia z podróży dra Schulza, które publikujemy za jego uprzejmą zgodą. Na zdjęciu ulica Marszałkowska. Na pierwszym planie pawilony handlowe, które przetrwały aż do 2010 r., głębiej nieodbudowany jeszcze wieżowiec Pasty, a w tle pachnący nowością Pałac Kultury (fot. John H. Schultz)

Wywiad Gazeta.pl

"To ja jestem człowiekiem, którego szukacie". Dotarliśmy do Amerykanina, który zrobił te zdjęcia

Zaczęło się od znalezionych w odmętach rosyjskiego internetu niesamowitych zdjęć jaśniejącego bielą Pałacu Kultury i Nauki pośród ruin Warszawy. Zdjęć było więcej - z Berlina, Moskwy, Kijowa - z przełomu lat 50. i 60, i miał je robić "Amerykanin". Brakowało tylko osoby i tożsamości autora. Znaleźliśmy go.

Źródłem tych niezwykłych, amatorskich fotografii okazał się album zdjęć w google'owskim serwisie Picasa. Było tam też imię i nazwisko - John H. Schultz. Tajemniczy John H. Schultz, który nie odpisywał na wiadomości pozostawiane na skrzynce pocztowej tegoż albumu. Nasze namiary trafiły jednak do niego poprzez jego znajomą, z którą również się skontaktowaliśmy.

„To ja jestem człowiekiem, którego szukacie” - napisał nam na Facebooku emerytowany wykładowca politologii z Kalifornii. Dr John Herman Schultz zgodził się na publikację swoich zdjęć i opowiedział nam o swojej wyprawie za żelazną kurtynę w 1958 roku.

Cofnijmy się w czasie do 1958 roku...

Skończyłem studia na Whittier College w południowej Kalifornii w pobliżu Los Angeles (istotnie w uniwersyteckim czasopiśmie wśród absolwentów figuruje John H. Schulz, zdjęcie i życiorys również się zgadzają) i ożeniłem się. Miałem właśnie podjąć pracę jako nauczyciel historii w szkole średniej, ale obiecałem mojej żonie, że zanim urodzą nam się dzieci, zrobimy sobie wielką podróż po Europie.

Fot. dr. John H. SchulzFot. dr. John H. Schulz

 

W jaki sposób udało się Amerykaninowi - 5 lat po wojnie koreańskiej, 5 lat przed kryzysem kubańskim - pojechać na objazd krajów za żelazną kurtyną?

Whittier College był powiązany z kwakrami - a kwakrzy byli pacyfistami (co pasowało do ówczesnej propagandy Moskwy, określającej ZSRR jako kraj miłujący pokój). Uczelnia po prostu wystąpiła do rządu ZSRR i dostała zgodę na zorganizowanie tej bodaj pierwszej po wojnie wycieczki z Zachodu na Wschodzie. Nie znam szczegółów negocjacji, ale dostaliśmy list, jako absolwenci tego college'u, że rusza wyprawa mająca badać instytucje społeczne krajów socjalistycznych. List kończył się pytaniem, czy chcemy jechać.

Podróż marzeń?

Absolutnie tak. Zaczęliśmy szykować się do drogi. Zapożyczyliśmy się, dostałem zgodę na wyjazd od dowódcy mojego oddziału rezerw U.S. Army (żadnych instrukcji, po prostu „jedź”) i... ruszyliśmy. Najpierw do Europy Zachodniej - taki był warunek mojej żony. Zagroziła, że inaczej nie pojedzie. (śmiech)

A więc najpierw był - zgodnie ze zdjęciami - Paryż, potem Alpy...

...a potem dołączyliśmy do grupy osób z Whittier i ruszyliśmy dalej - do Berlina, Warszawy, Kijowa, Moskwy, Leningradu i Helsinek...

Czyli te dzielące Berlin barykady, które widać na pana zdjęciach, pochodzą sprzed budowy muru?

Dokładnie tak. Co ciekawe, gdy tam byliśmy, dowiedzieliśmy się, że armia USA regularnie robiła wycieczki do Berlina Wschodniego dla amerykańskich żołnierzy. Kiedyś zobaczyliśmy ich autokar. Swoją drogą nasi żołnierze stacjonujący w Berlinie nie przyjęli nas miło - chyba sądzili, że jesteśmy ideowymi komunistami i zwolennikami ZSRR.

A właśnie, co pan i pańska żona wiedzieli w tamtym czasie o opresyjnej naturze sowieckiego systemu?

Jako uczeń college'u poznałem standardowy program z historii Europy Zachodniej, ale na studiach magisterskich uczęszczałem też na zajęcia z historii Rosji i specjalistyczny wykład „Rosja w polityce światowej”.

Aha, czyli zdawał pan sobie sprawę, w co się pan pakuje?

Miałem tego pełną świadomość. Ale już w drodze nie miałem żadnego kontaktu z władzami USA. Nigdy nie otrzymałem żadnych instrukcji co do tego, co miałbym robić dla dobra Stanów Zjednoczonych. Poza „dobrze, że tu jesteście, miejcie oczy otwarte i bawcie się dobrze”. W każdym kolejnym socjalistycznym kraju musiałem skontaktować się z amerykańską ambasadą, by poinformować o mojej obecności, jako rezerwista armii.

Jaka była dokładna trasa waszej wyprawy?

Spotkaliśmy się z grupą z Whittier w Kopenhadze, pojechaliśmy pociągiem do Niemiec wschodnich, do Rostock i dalej wprost do Berlina Zachodniego. Spędziliśmy tam tydzień, byliśmy też we wschodniej części miasta.

Łatwo było dostać zgodę na odwiedzenie Berlina wschodniego?

Jako członkowie tej wycieczki, jak sądzę, zostaliśmy niejako awansem zaaprobowani. Nigdy nie było problemu z wjazdem. Za to nasza przewodniczka... od razu było jasne, że była bardzo „partyjna”. Wypróbowywałem na niej moją wiedzę o marksizmie. Na koniec usłyszałem, że dowiodłem swojej ignorancji, a moje pytania mnie ośmieszają (śmiech).

.Fot. dr. John H. Schulz

Z Berlina ruszyliśmy do Warszawy.

I tam zrobił pan zdjęcia Pałacu Kultury, które wywołały w Polsce sporą sensację.

A przy okazji wiąże się z nimi ciekawa historia. Dowiedzieliśmy się, że Polacy nienawidzą tego budynku...

Faktycznie do dziś za nim nie przepadamy.

...i usłyszeliśmy, że w pewnym konkretnym miejscu Polacy plują na ten budynek, więc się tam zaczailiśmy. I zobaczyliśmy to pięć razy w pół godziny (ludzie byli odwróceni tyłem, ale doskonale wiedzieliśmy, co robią). I wtedy też zrobiłem te zdjęcia zbombardowanych budynków i monumentalnego pomnika stalinowskiej architektury.

Na przełomie lat 50. i 60. młody Amerykanin John Herman Schultz pojechał na kilka wycieczek do Europy. Wraz ze swoją towarzyszką odwiedził m.in. Paryż, szwajcarskie Alpy i Berlin, gdzie sfotografował obie części podzielonego między ZSRR i Aliantów miasta. Trafił też do Polski i uwiecznił niesamowity kontrast: wciąż zrujnowane centrum Warszawy i górujący nad nią nowiutki Pałac Kultury i Nauki.fot. John H. Schultz

Jak pan jako obcokrajowiec odebrał nastrój, klimat panujący w Warszawie?

W Warszawie było najgorsze jedzenie! (śmiech). A serio: w szczególności w Polsce dawała się zauważyć podziemna niewiara w linię partii komunistycznej, choć jawnej wrogości nie zauważyłem. Mieszkaliśmy na uniwersytecie, a spaliśmy na takich, wie pan, torbach wypełnionych słomą...

Siennikach.

Tak. A tu zresztą jest zdjęcie wozu, którym na uniwersytet dostarczane były warzywa...

„Ten zaprzężony w konia wóz dostarczał warzywa na warszawski uniwersytet” - opisuje dr SchultzFot. John H.Schultz

Czy miał pan okazję porozmawiać swobodnie z Polakami?

Polacy byli nastawieni do nas entuzjastycznie! Nasz przewodnik był członkiem partii i po cichu robił wszystko, by ograniczyć nasz kontakt z miejscowymi, ale o naszym przyjeździe zrobiło się głośno i Polacy nieustannie próbowali nawiązać z nami kontakt. Szczególnie trzech młodych chłopaków. Gdy tylko nasz autobus ruszał, pakowali się do luków bagażowych, wyskakiwali, gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, mieszali się z naszą grupą i rozmawiali.

Nasza przewodniczka była - z punktu widzenia partii komunistycznej - mocno niekompetentna: nie potrafiła nas kontrolować i zorganizować, ale część osób bardzo ją polubiła, szczególnie dwie kobiety, które potem umożliwiły jej wyjazd na Zachód, do USA. Przyjechała, wyszła za mąż, ale nie była w stanie wytrzymać tempa amerykańskiego życia. Zaczęła mieć problemy psychiczne - i wróciła.

 

fot. John H. Schultzfot. John H. Schultz

 

Miał pan wrażenie, że macie ogon bezpieki?

Dobrze wiedzieliśmy, że musimy na siebie uważać. Wprawdzie tak kiepsko nas pilnowano - i w Polsce, i w Rosji - że nie czuliśmy się obserwowani, ale na ostatnim zdjęciu z Warszawy mam dwóch facetów - jednego blondyna, i drugiego, którego nazywaliśmy „Butch”. Był bardzo dobry w zarządzaniu nami... ale byliśmy tego świadomi.

Ani w Warszawie, ani nigdzie indziej nie mieliśmy zorganizowanego kontaktu z partią komunistyczną. Z uniwersytetami w Warszawie, Kijowie czy Berlinie - tak, i pewnie kontakty te były zaakceptowane wcześniej przez władze. Ale z samymi władzami jako takimi - nie kontaktowaliśmy się.

Ile czasu spędziliście w Warszawie?

Cały tydzień. Dwukrotnie spotkaliśmy się z polskimi studentami z uniwersytetu. Byliśmy pierwszymi Amerykanami, których widzieli. I z ich pytań do nas wynikało, że sprawdzali informacje, które o Stanach Zjednoczonych rozprzestrzeniała wówczas w prasie i telewizji komunistyczna propaganda. Oceniali nasze reakcje na informacje, które mieli. A ja miałem trzy almanachy, roczniki statystyczne. W efekcie stałem się dość popularny - studenci wypytywali mnie o różne szczegóły, jak liczba samobójstw czy osób chorych psychicznie w USA. Zostawiłem jeden z tych roczników w Warszawie.

Przez następne kilka lat była to pewnie bardzo rozchwytywana książka wśród studentów - jedno z nielicznych zgodnych z prawdą źródeł. Zostawił pan skarb.

Co prawda ze strony niektórych studentów dała się zauważyć pewna podejrzliwość wobec amerykańskiej publikacji - tak bardzo byli poddani rządowej kontroli, że obawiali się, że również rocznik może być przekłamany i kwestionowali również jego dokładność.

 

Fot. John H. SchultzFot. John H. Schultz

 

Z Warszawy pojechaliście do...

Kijowa. I tam przydarzyły nam się dwie ciekawe historie. Pierwsza jakieś dwie godziny po wjeździe na Ukrainę. Nasz pociąg był z gatunku takich, co się zatrzymują na każdej stacji. Powiedziano nam, że nie wolno robić żadnych zdjęć z przedziału. Jako Amerykanie - od razu wiedzieliśmy co robić. Poszliśmy do przedziału, zaciągnęliśmy zasłony, wystawiliśmy aparaty przez okno i zaczęliśmy robić zdjęcia.

Muszę wyjaśnić, że byliśmy wówczas dość biedni, a jeden slajd kosztował ok. 30 centów - w 1958 r. to było sporo pieniędzy. I gdy wywołałem kliszę, zobaczyłem jakieś trawy, krzaki i zapytałem sam siebie: „dlaczego, u diabła, zrobiłem to zdjęcie”. „Straciłem slajd” - tak myślałem. Ale niedługo po powrocie do moich drzwi zapukał pewien pan. „Czy pan John Schultz?”

Kiedy ktoś mnie pyta „Czy pan John Schultz”, włosy stają mi na głowie dęba. A facet mówi dalej: „Jestem z CIA i chciałbym porozmawiać o pańskich zdjęciach. Zakładam, że jest pan wykształcony, wie pan, co się dzieje i może pan mieć zdjęcia, które będą miały jakąś wartość”.

Jak chyba większość ówczesnych fotografii zza żelaznej kurtyny....

Potencjalnie tak. Ale to był czas, gdy w Kalifornii działały grupy antykomunistyczne. Oczywiście nie był to już czas McCarthy'ego, ale mieliśmy tego typu akcje, więc mu nie ufałem. Mówię: „dobra, mogę porozmawiać, ale na najbliższym posterunku policji, jak potwierdzę pana tożsamość”. Opierał się, ale musiał ustąpić.

Co było na zdjęciach?

Pokazałem im wszystkie. Wyświetlam nudny slajd z krzakami i drzewami, a oni pytają: czy pan wie, w który miejscu zrobił pan to zdjęcie? Mogłem określić tylko orientacyjnie. Nic więcej nie powiedzieli, na końcu poprosili o to i jeszcze jedno zdjęcie. Później okazało się, że mogłem z ich powodu zostać uznany - mimo woli - za groźnego szpiega.

Jakieś 12 lat później prowadziłem zajęcia dla studentów stosunków międzynarodowych i pokazywałem na dużym ekranie moje slajdy. I nagle jeden mówi: „O mój Boże! Skąd pan ma te zdjęcia? Mogli pana za nie do końca życia na Łubiance trzymać!”. Ja na to, że nie wiem za co. A on pokazuje „coś błyszczącego” nieopodal drzew. Ledwo widać nawet na obrazie z rzutnika. Ale ten student był analitykiem fotograficznym armii amerykańskiej. I powiedział mi, że najprawdopodobniej uwieczniłem na swoim zdjęciu obszar, z którego ZSRR [dwa lata po wycieczce Schultza - M.G.] zestrzelił rakietą samolot szpiegowski U2 Garry'ego Powersa nad Swierdłowskiem (obecnie Jekaterynburg). A więc wygląda na to, że sfotografowałem miejsce lokalizacji czegoś, co mogło być tajną instalacją rakietową ZSRR...

IKOBIY:xLL:I)d$I2JY2d$2ILHLBbSLBLRR2HD!1)(R Fot. John H.Schultz

A to drugie zdjęcie?

Jedną z metod kontroli, którą roztaczali nad nami nasi przewodnicy, było zabieranie nas w miejsca, które miały mały związek z socjalistycznym społeczeństwem. Szybko mieliśmy więc dosyć odwiedzania komunistycznych fabryk, gdzie pracownicy często siedzieli i nic nie robili. Więc gdy w drodze do Leningradu usłyszeliśmy, że jedziemy do fabryki, odpowiedzieliśmy, że nie chcemy jechać więcej do żadnej pieprzonej rosyjskiej fabryki! I udało się (śmiech). No więc jedziemy tym pociągiem, za oknem fabryka, a my krzyczymy radośnie: „Patrzcie! Fabryka, do której nie musimy iść!” (śmiech). Więc zrobiłem jej zdjęcie.

Wspomniany przeze mnie student - analityk fotografii lotniczych stwierdził, że to zdjęcie prawdopodobnie znajdowało się na wielu amerykańskich bombowcach B-52.

Dlaczego?

Na podstawie zdjęć lotniczych analitycy są w stanie określić położenie budynku z dokładnością do ok. 30 cm., ale to, czego nie znają, to jego wysokość. Znając ją mogą budować trójwymiarowe modele budynków - takie są potrzebne pilotom bombowców. A więc mieli zdjęcie budynku i torów kolejowych, znali odległość między jednym a drugim, i mogli, po wyrysowaniu odpowiednich linii, określić, jak wysoki był budynek - a na tej podstawie inne w okolicy.

aFot. John H.Schultz

Z Kijowa ruszyliście...

Do Moskwy. Ale opowiem panu jeszcze tę drugą historię z Kijowa. Wieczorem poszliśmy do cyrku. Gdy wracaliśmy, była jakaś 22.00, na kiepsko oświetlonych ulicach było bardzo, bardzo ciemno. I nagle jakaś kobieta chwyciła moją dłoń. Zatrzymałem się i zacząłem z nią rozmawiać. Okazało się, że jest Kanadyjką i w 1939 r. była w Polsce. Gdy Niemcy i ZSRR napadły na wasz kraj i go podzieliły, znalazła się na obszarze kontrolowanym przez Rosjan. Została zmuszona do uczenia angielskiego w szkołach w Kijowie. Nie wiedziała nic o tym, co się dzieje w USA - i zapytała, jak się ma... Clark Gable! (słynny aktor zmarł 2 lata później - M.G.).

Od 1939 r. nie mogła wydostać się z ZSRR?

Próbowała dostać się do kanadyjskiej placówki dyplomatycznej w Kijowie. Ale została schwytana i karnie wysłana do pracy daleko od Kijowa. Udało mi się zaaranżować spotkanie z nią następnego wieczoru. Przyszła ze swoim zdjęciem i swoim kanadyjskim adresem. Schowałem je do tylnej kieszeni brudnych spodni - liczyłem, że nikt nie będzie ich przeszukiwał na granicy. Kiedy wróciłem, skontaktowałem się z kanadyjskim konsulatem w Los Angeles. I Kanadyjczycy najwyraźniej wykorzystali tę informację do nacisku na radziecki rząd, by ja zwolnił.

Udało się?

Tak. Wróciła do Kanady.

Otrzymał pan taką informację od władz?

Tak.

pfot. John H. Schultz

Byliście pewnie jednymi z niewielu Amerykanów, oprócz szpiegów i dyplomatów, którzy zobaczyli Moskwę czasów Chruszczowa...

Najlepiej opisać Moskwę tamtego czasu kontrastując ją z Lenigradem i Helsinkami. Była po prostu szara. Budynki nie były odnawiane, architektonicznie Moskwę odebrałem jako potwornie nudną. A potem zobaczyliśmy Leningrad (dziś Sankt Petersburg). To było miasto o bardziej „wyszukanym”, „wyrafinowanym” charakterze, zresztą ludzie się tam zauważalnie lepiej ubierali. Jakość życia była wyższa.

Podobnie było w Polsce - marynarze przywozili z portów Europy Zachodniej wiele niedostępnych towarów.

Nie zdążyliśmy spędzić w Moskwie nawet jednego dnia, gdy jakiś człowiek pokazał na moje stopy wołając: „buty! buty!”. Szybko zrozumiałem, że chce je kupić - i tak też się stało, bo, prawdę mówiąc, nie były zbyt wygodne. Oficjalny kurs to 10 rubli za dolara, nieoficjalny - 35 do 40. Nieoficjalna cena za moje buty sięgnęła 120 dolarów.

To było wówczas bardzo dużo pieniędzy.

Zgadza się. A z drugiej strony do mojej żony podeszła któregoś dnia jakaś kobieta i powiedziała, że Harriet wygląda jak Rosjanka. Na co moja żona stwierdziła, że skoro tak, to musi tę sukienkę, którą miała na sobie, sprzedać (śmiech). Materiał, z której była zrobiona, był świetnej jakości, ale nie sprzedaliśmy jej - bo wyglądała tak, jak te noszone na co dzień przez Rosjanki. Za to ja sprzedałem za 50 dolarów zegarek, który nie chodził - na części.

Po Leningradzie były Helsinki i to był koniec podróży?

Tak. Wjazd do Helsinek to była eksplozja światła. W Moskwie wszystko było takie przytłumione. To było jak wjazd do Las Vegas po paru godzinach jazdy przez pustynię.

Z pana zdjęć wnoszę, że podróż do Europy to był początek...

W 1973 r. ruszyliśmy na piętnastomiesięczną podróż po zachodniej i północnej Afryce i Europie wschodniej i zachodniej w transportowym volksvagenie. Nasze dzieci - w wieku 6, 12 i 14 lat - pojechały z nami. Wziąłem urlop dziekański, na dwa semestry - i tak spędziliśmy dwa lata. Spaliśmy w tym volkswagenie, żeby było taniej.

Przejechał pan pół świata...

Moja żona kocha podróże. Powiedziała mi kiedyś, że gdybym nie chciał jeździć po świecie, to by za mnie nie wyszła.

Dr. John Herman Schultz po powrocie z wyprawy do Europy uczył przez 2 lata historii w liceum, potem wrócił na Uniwersytet Południowej Kalifornii, by zrobić doktorat z nauk politycznych. W latach 1962-1999 wykładał stosunki międzynarodowe na wyższej uczelni w Kalifornii. Grał dużo w tenisa, a wraz z żoną Harriet - przez 40 lat nauczycielką w kalifornijskich szkołach - odwiedził około około 90 krajów. Dziś ma 80 lat, mieszka około 40 min. od centrum Los Angeles i dalej podróżuje.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, bloger. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Komentarze (20)
Zaloguj się
  • slavko2

    Oceniono 123 razy 121

    ciekawy temat, brawa dla tego Pana

  • june22

    Oceniono 82 razy 82

    Piękne zdjęcia!

  • jan.w2

    Oceniono 53 razy 53

    Gdyby jeszcze znalazł się ktoś kto rozpoznaje siebie lub kogoś innego na tych zdjęciach.

  • Gość: Gosciu

    Oceniono 29 razy 29

    kurcze - po tych kilku slowach przeczytal bym z ciekawoscia zyciorys tego tego Pana :)

  • cezar85

    Oceniono 32 razy 28

    w cyfrze najbardziej brakuje mi tego oczekiwania na zdjęcia

    i chociaż ułatwia życie, to nie zmienia faktu, że wyrzucam tyle samo

    tylko rozczarowanie przychodzi znacznie szybciej

  • hellyspring

    Oceniono 24 razy 22

    Jedyne, co mi przychodzi do głowy to "Wow".

    I trochę smutno, że dziś młodzi ludzie w większości strzelają li tylko sweetfocie smartfonami z obskurnych łazienek lub pijackich libacji, a każdy, kto kupi aparat bez telefonu uważa się za wytrawnego fotografa.

    A tymczasem bohater artykułu pokazuje, jak wiele niegdyś znaczyć mogło jedno zdjęcie i jak trudno czasem było je zrobić.
    Z przyjemnością przeczytałam i obejrzałam fotografie, naprawdę dobre (po prawie 60 latach - WOW! jeszcze raz :) ).

  • malone01

    Oceniono 15 razy 11

    cyt. "Oczywiście nie był to jeszcze czas McCarthy'ego". Pod koniec lat 50.?

  • smutas

    Oceniono 9 razy 9

    "W 1973 r. ruszyliśmy na piętnastomiesięczną podróż po zachodniej i północnej Afryce i Europie wschodniej i zachodniej w transportowym volksvagenie"

    Czy chodzi o "Volkswagen Typ 2 Transporter", czyli bus "ogorek"? Tlumaczenie nazw wlasnych nie jest najlepszym pomyslem...

    Pewnie wygladal tak:
    images.classiccars.com/classifieds/236300_11992786_1973_Volkswagen_Bus.jpg
    cheers

  • Gość: Teresa G.

    Oceniono 3 razy 3

    Piekne zdjecia ruin powojennej Warszawy, I ten okrutny "palac"... . Takie fragmenty pamietam z dziecinstwa . Moja kochana Warszawa .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX