Rozmowa
Piotr Kraśko (fot. Albert Zawada/ Agencja Wyborcza.pl)
Piotr Kraśko (fot. Albert Zawada/ Agencja Wyborcza.pl)

Bywa pan wściekły?

- Bywam. Kiedy? Na wizji tego nie widać. - Czasem sam tego nie zauważam. Jakieś 3,5 roku temu po zebraniu po Wiadomościach przyszedł jeden z reporterów z ciekawą statystyką: Piotrek, czterdzieści trzy "k***y" padły podczas tego spotkania. Czterdzieści jeden to były twoje . Każdy wie, że praca w newsach bywa nerwowa, ale sam byłem zaskoczony, bo jakiś czas później zauważyłem, że w ogóle przestałem przeklinać. Cały zespół tak się dotarł, ludzie robili tak dobre materiały, że powodów do takich emocji jak na początku po prostu nie było. Byłem dumny z tego, jak reporterzy pracowali nad każdym materiałem. I jak pracowali nad sobą po prostu - by więcej wiedzieć o tematach, którymi się zajmowali.

Piotr Kraśko (fot. Albert Zawada/AG)

Jak się czuje były prowadzący "program zbliżony do realiów stanu wojennego"? - Coś takiego może powiedzieć i napisać jedynie ktoś, kto nie pamięta tamtych czasów. To jest obraźliwe nie tylko dla ludzi, którzy robili Wiadomości, ale przede wszystkim dla tych, którzy ryzykowali życiem w stanie wojennym. Porównywanie realiów grudnia roku 81 do jesieni 2015 jest nie tylko kuriozalne, ale po prostu niestosowne. To po pierwsze. Po drugie przez cały ten czas Wiadomościom ufało od 70 do 80 proc. widzów i były liderem oglądalności. Czy żałuję, że nie 100 procent nam ufało? Tak, ale nie ma takiego programu, który zadowoliłby wszystkich. Ma pan złośliwą satysfakcję z dzisiejszych wyników oglądalności Wiadomości?

- Nie, nie myślę w takich kategoriach. I powiem więcej, sam kiedyś się dziwiłem, patrząc na wyniki oglądalności. Cztery lata temu, gdy zostałem szefem Wiadomości, myślałem: dlaczego konkurencja z nami wygrywa ? Nie chcę tu jednak odnosić się do jednego konkretnego programu - powiedziałem, że nie będę tego robił. Mówię więc ogólnie o pomiarach oglądalności telewizji: nie ma co myśleć, jak poprawić słupki. Trzeba myśleć, jak poprawić własny program.

 

To znaczy?

- Gdy pana dziecko ma gorączkę, to szuka pan telefonu do producenta termometrów, czy raczej lekarstwa? Dziwię się, że tak rzadko się o tym mówi - każda stacja telewizyjna dostaje nie tylko "goły" wynik oglądalności, ale dostęp do kopalni wiedzy o swojej antenie. Wiemy nie tylko ilu widzów nas ogląda przez cały czas, ale ilu ogląda w każdej kolejnej minucie. Co oglądali, zanim przełączyli się na nas, a jeśli przestali oglądać nas, to co wybrali w zamian, czy coś mądrzejszego, czy raczej lżejszego. Wiemy ile lat mają nasi widzowie, gdzie mieszkają i ile zarabiają. Nie ma sensu wyciągać pochopnych wniosków po jednym programie, albo nawet po miesiącu, ale jeśli po paru miesiącach widać już jakąś prawidłowość, to warto się nad nią zastanowić. Może inaczej ułożyć program, może zmienić jego tempo, a może popracować nad prowadzącym czy reporterem. To jest zawód, w którym uczymy się każdego kolejnego dnia. Wiedza, jaką dają niebywale złożone badania telemetryczne, jest bezcenna.

Pytanie, co z nią zrobi obecne szefostwo TVP. Pan pewnie na własny użytek ostatnie wyniki zdiagnozował?

- Widzowie to są mądrzy ludzie. I nie jest tak, że oczekują przede wszystkim taniej sensacji. Byłem dumny, że wydanie specjalne o rocznicy wyzwolenia Auschwitz, o wiele dłuższe niż normalnie, miało ogromną oglądalność. Ale żeby powstał program, który widzowie chcą oglądać, musi pan mieć nie tylko rozpoznawalnego prowadzącego, ale świetnych reporterów, operatorów, montażystów, wydawców i producentów. W tym zawodzie trzeba też swoje przeżyć. Kiedy pierwszy raz pojedzie pan na wojnę albo tsunami, pewnie nie powstaną z tego materiały na Grand Press.

Kiedy człowiek jest młody, wydaje mu się, że wszystko rozumie, dopiero z wiekiem nabiera się dystansu do swojej nieomylności. Każda rozmowa czegoś uczy, ta na wojnie, po trzęsieniu ziemi, ale i w szpitalu czy w kolejce w ZUS-ie. To nie jest MTV, gdzie trzeba mieć nastoletni feeling. W życiu bym nie poprowadził programu w MTV tak dobrze, jak nastolatek.

Ale telewizja informacyjna to co innego. Poza tym lata przywiązania widza do reportera mają kolosalne znaczenie. Jeżeli widz ogląda sto pięćdziesiąty szósty materiał pani, która opowiadała, co się dzieje w szpitalach i ani razu się nie zawiódł, to jak obejrzy sto pięćdziesiąty siódmy program i padnie tam coś kontrowersyjnego, pomyśli: tyle razy jej zaufaliśmy i miała rację. Spróbujmy jej zaufać też teraz, choć wydaje się to zaskakujące . To buduje się latami, a nie w jeden dzień.

Piotr Kraśko (fot. Albert Zawada/AG)

A wróciłby pan jeszcze kiedyś do TVP? - Teraz nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. I absolutnie nie dlatego, że źle wspominam TVP. Wprost przeciwnie. To było 25 bardzo różnych, ale generalnie świetnych lat. Tym bardziej jestem zaskoczony, że jestem pod aż takim wrażeniem TVN - zaczynając od pracujących tu ludzi, przez organizację produkcji, kończąc na możliwościach technicznych. I połączenie "Dzień Dobry TVN" z TVN24BiS jest fantastycznym doświadczeniem. Co może być dla mnie lepszego - rozmawiam niemal co wieczór o kampanii wyborczej w Stanach, o tym, dlaczego rosyjskie myśliwce latają nad Europą, czy o Brexicie. Przez godzinę i ze świetnymi gośćmi. W pokoju siedzę razem z doskonałym wydawcą Kasią Ramotowską, obok mam świetnych reporterów, a przez ścianę sąsiadujemy z Jackiem Stawiskim i Maciejem Wierzyńskim. To nie tylko praca - to wielka frajda spędzać z nimi czas. Przez 25 lat robił pan politykę. Twarde newsy. Aż tu nagle "Dzień dobry TVN". Dobra zmiana? - Absolutnie! Dlaczego? - Reportera, a ja zawsze byłem i będę reporterem, nieustannie ciągnie do rozmowy z ludźmi. Do tego, żeby po prostu pogadać o tym, co ludzi cieszy, a co smuci. W telewizji zwanej śniadaniową, czy poranną (uwielbiam pasję Kingi Rusin do przekonywania, że powinno się mówić właśnie poranna, a nie śniadaniowa), jest na to miejsce. Materiały w serwisie informacyjnym mają parę minut, tu o wiele więcej, a rozmowy są nieporównanie dłuższe. Telewizja jest dobra albo zła, a nie śniadaniowa czy kolacyjna. Tylko formuła wymusza "lżejszą" rozmowę. - Niekoniecznie. Przez ostatnie dwa dni rozmawialiśmy o polskich lekarzach, którzy ratują życie dzieci i żołnierzy w Afganistanie i w Afryce, o Kongresie Kobiet, o kampaniach zapobiegania nowotworom. Gdyby nie ta ostatnia rozmowa, nie wiedziałbym, że najbardziej zagrożeni rakiem jąder są mężczyźni w wieku 25-40 lat. Więc ja już jestem poza tą grupą, ale jeśli kogoś udało się namówić, żeby się zbadał, to wspaniale. Pan chyba po prostu odpoczywa. - Nigdy po prostu nie miałem z pracy takiej przyjemności jak teraz. Ale uwaga: wie pan, gdzie swoją najważniejszą rozmowę na temat polityki zagranicznej odbył Donald Trump? Otóż z Piersem Morganem w programie porannej TV "Good Morning Britain". Trump, który przecież - nie ma co tego dłużej ukrywać - ma szansę na Biały Dom, zaręczył, że jeżeli on zostanie prezydentem, to Wielka Brytania, nawet jeśli wystąpi z UE, zawsze będzie uprzywilejowana w relacjach z USA i w negocjacjach umowy o wolnym handlu. I powiedział to właśnie w telewizji "śniadaniowej". A co my teraz robimy? Rozmawiamy i jemy śniadanie! Poza tym, wie pan, ja nie mam pojęcia o gotowaniu i podziwiam ludzi, którzy potrafią dobrze gotować. A to, że przy okazji rozmawiamy o polityce, to super! Nie udawajmy, że nie zajmujemy się w życiu także jedzeniem!

Pytam, bo wszyscy mi mówili: "Zapytaj, jak facet, który relacjonował wojny, czuje się w porannej TV"

.

- Był taki film z Harrisonem Fordem, w którym jego bohater, świetny dziennikarz, dowiaduje się, że teraz będzie pracował w tej porannej telewizji. Mówi: Ja?! Ja trzymałem ręcznik na głowie umierającej matki Teresy!!! A teraz będę w śniadaniowej? Ford, którego uwielbiam, w tym filmie grał strasznego dupka. Ja, pracując i w DDTVN, i TVN24BiS czuję, jak fajne jest to połączenie. A wojna? Nie wiem, czy pan też, ale ja strasznie byłem ciekawy, jak wyglądało życie w Warszawie we wrześniu 39 roku.

Jestem ciekaw, choć wiem tyle, że wolałbym tego nie doświadczyć.

- Ja chciałem wiedzieć, czy da się normalnie żyć w bombardowanym mieście. W czasie wojny w Bejrucie zrozumiałem, że i tak i nie. Choć oczywiście nie sposób porównać skali zniszczeń w obu miastach. Pierwszego dnia, gdy spadają bomby, wszystko jest zamknięte, drugiego kawiarnie są już otwarte. Bomba może spaść tak samo na mój dom, pracę i bar. Jedni chcą otworzyć knajpę, żeby znów zacząć zarabiać, inni chcą coś zjeść.

Tymczasem praca w serwisie informacyjnym ma jednak zupełnie inne ramy. W DDTVN mamy ponad trzy godziny i o wiele więcej swobody. I przez te trzy godziny pracuję z Kingą Rusin - kimś, kogo znam naprawdę bardzo, bardzo długo.

Piotr Kraśko na Balu Dziennikarzy (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Ilu przyjaciół pan poznał w biedzie? - Więcej niż się spodziewałem. Tyle było wspaniałych rozmów, tyle relacji okazało się ważnych, głębokich albo ciepłych po prostu, że sam byłem oczarowany. To były bardzo ciekawe trzy miesiące pomiędzy jedną a drugą pracą. Przez dwadzieścia pięć lat z taką serdecznością się nie spotkałem. To znaczy? - "Proszę się trzymać", "wszystkiego dobrego". W taksówce. W metrze. Na ulicy. Każdy drobny gest był ważny jak cholera! To dawało wielką siłę i za każdy z nich jestem - użyję tego słowa z pełną świadomością - dozgonnie wdzięczny. Pan miał o tyle dobrze, że ludzie znają pana twarz. Rozpoznają i zaczepią na ulicy. Wielu pana kolegów z TVP, którzy nie pokazują się na ekranie, miało i ma pewnie gorzej. - Absolutnie. Wielu, wierzę w to, poradzi sobie, bo to po prostu świetni fachowcy. Część reporterów i wydawców już znalazła pracę. Ale wielu będzie trudno, bo rynek medialny w Polsce (i na świecie zresztą też) nie jest wielki. Umiejętność wydawania programu informacyjnego jest dość unikalna i w całym kraju jest zaledwie paru pracodawców, którzy mogą to docenić, a większość stanowisk mają przecież obsadzoną. Był pan korespondentem w USA. Wyobraża pan sobie, żeby amerykański rząd mógł wymienić władze państwowej telewizji PBS? - Nie. W USA ta telewizja jest dosłownie publiczna. Kompletnie niezależna od rządu. Na koniec produkowanej przez PBS "Ulicy Sezamkowej" jest apel: jeżeli chcecie, żeby powstał kolejny odcinek, dołóżcie się do tego. I to działa! Produkcje PBS powstają m.in. dlatego, że ludzie wpłacają na nie pieniądze. Dobrowolnie. Oczywiście są też dotacje rządowe czy agencje i instytucje takie jak Voice of America. Ale tam panuje święta wolność słowa. Co nie znaczy, że politycy nie wściekają się na media. Dick Cheney podobno dostawał szału, jeśli w zarezerwowanym dla niego pokoju hotelowym ktoś włączył inny kanał niż Fox News. Kilkanaście lat wcześniej Republikanie dostawali białej gorączki na myśl o Danie Ratherze z CBS Evening News. To było jeszcze w czasach Ronalda Reagana, Busha seniora i afery Iran-Contras. Jednak nikt z Białego Domu nie dzwonił do szefów CBS z interwencją, co nie znaczy, że nie próbowano innych metod. Jeden z wpływowych republikańskich senatorów rzucił pomysł: Skupujmy akcje CBS, przejmijmy firmę i wypier***my Rathera z pracy. Ostro. - Ale to była gra rynkowa, zgodna z prawem. A wie pan, jaki był efekt? Ci z CBS-u się bardzo ucieszyli, bo ceny akcji poszły w górę! No i akcjonariusze stwierdzili, że skoro te ceny rosną, to oni nie będą sprzedawać. Republikanie odpuścili i nic się nie zmieniło. Przez ostatnie ćwierć wieku różne rządy wpływały lub próbowały wpływać na Telewizję Polską. - Trudno, żeby nie próbowały, mając takie umocowanie prawne. Politycy w Polsce zawsze testowali siłę swojego oddziaływania na publiczne media. Pytanie, jak reagowały na to media i sami dziennikarze. Pewnie w każdym kraju politycy próbują wpływać na media, tylko styl i rezultaty tych prób są różne. Pamiętam awanturę we Francji, po której prezes telewizji powiedział: Jeszcze jedna taka krytyka i podam się do dymisji. I politycy natychmiast odpuścili: Nie, nie, bardzo przepraszamy, pan źle zrozumiał. Wspominam o tym, żeby nie było, że narzekam tylko na to, co jest u nas.

Piotr Kraśko na spotkaniu białostockiego Klubu Obywatelskiego (fot. Agnieszka Sadowska/AG)

OK, bez narzekania. Co pana w Polsce denerwuje? - Na przykład to, że nie umiemy doceniać osiągnięć poprzedników. Zachowajmy proporcje. W 1863 roku w Londynie otwarto pierwszą linię metra. A u nas wybuchło powstanie styczniowe! Jak porównujemy się z Anglią czy Niemcami, to jesteśmy nieuczciwi historycznie wobec samych siebie. Mamy do nadrobienia nie 45 lat PRL-u, ale 200 lat od upadku państwa polskiego. Wielu ludziom działo i dzieje się teraz źle, o wielu zapomniano i to trzeba zmienić. Ale jeśli porównamy drogę, jaką przeszła Polska i inne kraje regionu, to my, Polacy, dokonaliśmy rzeczy niezwykłej. W 1989 roku PKB Ukrainy było porównywalne z naszym, teraz polskie jest bez porównania wyższe. Pod względem bezpieczeństwa i szans rozwoju jesteśmy na niemal dwóch różnych planetach. Poza tym nie możemy bez przerwy podważać nawzajem swojego patriotyzmu. John McCain był świetnym pilotem wojskowym, bohaterem wojennym, legendą wojny w Wietnamie, przez dziesięciolecia szanowanym senatorem i synem admirała US Navy. Barack Obama był młodym kongresmanem, a wcześniej działaczem społecznym w Chicago, a jego ojciec kenijskim studentem na stypendium w Ameryce. Te dwie biografie były nieporównywalne, a jednak McCain nigdy, ale to przenigdy nie podważał patriotyzmu swojego rywala. Nie ma pan wrażenia, że jeszcze niedawno decyzje na szczycie NATO dotyczące Polski podejmowane byłyby w klimacie aprobaty dla stabilnego sojusznika, a teraz, jeśli coś dostaniemy, to raczej na zasadzie jałmużny dla gospodarza szczytu? - W polityce zagranicznej, a zwłaszcza w wojskowości nie ma jałmużny. Amerykanie doskonale wiedzą, że są słoniem w składzie porcelany, który musi poruszać się z ogromną gracją. Wiedzą, że to, co powie sekretarz stanu, często może mieć charakter samosprawdzającej się przepowiedni. Jeżeli John Kerry w rozmowie z ministrem Waszczykowskim wyraża "zadowolenie" z tego, że Polska zaprosiła do siebie przedstawicieli Komisji Weneckiej na konsultacje, to jest jak wystrzał armatni. Aż tak? - Śledziłem z bliska politykę USA przez lata. W rozumieniu administracji amerykańskiej nie można powiedzieć tego w sposób bardziej stanowczy. Amerykanie absolutnie szanują wynik demokratycznych wyborów w Polsce, rozumieją strategiczne i polityczne znaczenie naszego kraju. Jednak to, co się dzieje dziś w Polsce, z punktu widzenia ich kultury prawnej może być dla nich niezrozumiałe. Ale żeby było jasne, to nie jest tak, że w Warszawie mamy żyć tak, żeby to podobało się w Waszyngtonie. Z polskiego rządu muszą być zadowoleni przede wszystkim polscy wyborcy. Chodzi mi tylko o rozumienie pewnych mechanizmów i reakcji. I świadomość bardzo złożonych zależności, w jakich funkcjonujemy. Ostatnio wicepremier Mateusz Morawiecki przypomniał, że 80 procent polskiego PKB to eksport i import. Po prostu pamiętajmy, co z tego wynika. Jak mamy grać w brydża, to umawiamy się na jakiś system licytacji. Lew mamy trzynaście, a nie piętnaście, as atutowy weźmie raz, a nie dwa, a po wywoławczym "jeden trefl" nie można powiedzieć pas. Tylko tyle i aż tyle.

Piotr Kraśko w 2005 r. jako korespondent TVP w USA (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Brydżysta pasjonat? - Bardzo. Nieczęsto mam czas, ale jak już siądziemy do kart, to noc bardzo szybko mija. A nawiązałem do brydża, bo tu są święte zasady, jak w polityce. W Waszyngtonie, niezależnie od różnych brudów polityki amerykańskiej, respektuje się pewne standardy. Niewiele rzeczy podczas prezydentury George'a W. Busha było tak istotnych w USA, jak wybór kolejnego sędziego Sądu Najwyższego! Fakt, media pisały o tym non stop. - Wie pan, jaki ci sędziowie mają autorytet? Pamiętam spotkanie 500 najbardziej wpływowych amerykańskich prawników. Wielu przyleciało na nie własnymi samolotami. I nagle pojawia się pani sędzia Ruth Ginsberg. Kiedy ta drobniutka kobieta weszła na salę, ci wszyscy prawnicy - miliarderzy zachowywali się jak dzieci w kolejce do pierwszej komunii święej. Onieśmielenie, skupienie, pełna powaga i szacunek. Ginsberg weszła na mównicę, powiedziała co miała powiedzieć, podziękowała i wyszła. A na sali cisza. Długa cisza. Więc gdy Sąd Najwyższy wydaje wyrok, który wielu się nie podoba, jak w słynnej sprawie Roe vs. Wade w kwestii aborcji, to orzeczenie się publikuje i po prostu go przestrzega. Światowe Dni Młodzieży i wizyta papieża Franciszka będą dla pana ważnym przeżyciem? - Polska stanie wtedy w miejscu. Południe stanie, bo będzie patrzeć na Franciszka, północ stanie, bo będzie patrzeć w telewizory. Pamiętam to poczucie wspólnoty w olbrzymiej grupie ludzi za czasów Jana Pawła II. Widok dwóch milionów ludzi wpatrzonych w jeden punkt. Magiczny moment. A to, co powie papież, będzie miało bardzo, bardzo duże znaczenie. Trudne, wymagające rzeczy głosi. - Absolutnie tak. Kiedyś pytano kardynała Ratzingera, czy to Duch Święty decyduje o wyborze papieża. On rozbawiony odpowiedział, że gdyby tak było w pełni, to pewnie paru ludzi papieżami by jednak nie zostało. Ale myślę, że Franciszek jest naprawdę idealnym papieżem dla Kościoła w tym czasie. Trudno o lepsze przesłanie z Watykanu niż: zrównujmy nierówności między ludźmi, budujmy Kościół ubogi dla ubogich. W pełni rozumiem obawy związane z imigracją. Ale musi być ktoś, kto będzie wzywał do miłosierdzia. Bo jeżeli nie papież to kto? Dla mnie "uchodźcy" to nie ci ludzie, których widzę w przekazach telewizyjnych, a ci, których widziałem z bliska w Libanie, Rwandzie czy Strefie Gazy. Ranna dziewczynka ze szpitala w Bejrucie. Ale pytanie, czy jesteśmy gotowi się otworzyć na słowa papieża i zaufać przybyszom, jest trudne. Ja widziałem z bliska Brygady Męczenników Al-Aksa, hamasowców, Hezbollah. Rozmawiałem w Dżeninie z przywódcą Brygad Męczenników Al-Aksa. Mówi mi tak: "Ojciec nie żyje, matka nie żyje, starszego brata zabiło wojsko izraelskie, młodszy siedzi w więzieniu. Co mi pozostało?". Był terrorystą i w pełni rozumiałem, że polowało na niego izraelskie wojsko. Byłem pewien, że zginie. Najdalej za parę miesięcy. Trafił do więzienia, ale szybko objęła go amnestia. Kiedy wyszedł, założył teatr, w którym razem grają palestyńskie i izraelskie dzieci. Wcześniej nie miałby wyrzutów sumienia, by je zabijać. Papież ma trudne przesłanie dla wiernych, tyle że, jak podkreślało wcześniej wielu publicystów katolickich, wiara to nie jest bufet szwedzki, z którego wybieramy to, co nam się podoba, a resztę zostawiamy. Ktoś powie, że trudną prawdą, którą trzeba przyjąć, jest zakaz aborcji, a ktoś inny powie, że wezwanie do pomocy uchodźcom. I te setki tysięcy ludzi. Pamięta pan tłumy na Euro 2012? Teraz będzie ich bez porównania więcej. Będziemy się przeglądać w ich oczach. Bardzo mi się podobało, jak w czasie Euro pewien młody Niemiec, pytany przez ekipę telewizyjną, czy mu się w Polsce podoba, powiedział: "Nie rozumiem, po co pytacie. Jesteście fajnym krajem z fajnymi ludźmi, uwierzcie w to!" Wie pan, komu ten Niemiec to powiedział? Mnie. - To była dla mnie kluczowa rozmowa z całych mistrzostw. Facet powiedział coś ważnego, co powinniśmy zrozumieć i zapamiętać. Patrzę na spinki w mankietach pana koszuli - w kształcie koni. I przypomina mi się, że w tym "fajnym kraju" znalazła się grupa niefajnych ludzi, która rozwaliła fajną tradycję. - Jeżeli mamy bronić polskiego dziedzictwa narodowego, tradycji, kultury, wartości, które są esencją polskości, to naprawdę trudno nie zgodzić się, że dotyczy to też koni. Przez stulecia w Europie byliśmy znani i budowaliśmy swoją potęgę nie artylerią czy piechotą, ale jazdą! Dzięki koniom Polacy wygrywali wojny - albo skutecznie uciekali, gdy przegrali. Konie oddawały nam swoje serce i życie. Na miejsca takie jak Janów Podlaski trzeba chuchać i dmuchać. W naszym kraju niewiele miejsc przetrwało w stanie niezmienionym przez kolejne wojny. Jak ciężko zachować budynek, a co dopiero żywe stworzenie!

To, że się udało zachować linię rodową pochodzącą od koni sprowadzonych kilkaset lat temu, i to, że praprawnuki tych koni są dzisiaj w Janowie hodowane, zawdzięczamy odwadze i poświęceniu kilku pokoleń ich opiekunów. Na przykład tego masztalerza, który trzymał za wodze trzy wspaniałe ogiery w jednym ręku w czasie bombardowania Drezna, gdzie wówczas przebywały. Proszę utrzymać samemu trzy potężne konie, gdy dookoła spadają bomby!

Piotr Kraśko w stadninie w Gałkowie (fot. Tomasz Waszczuk/AG)

Jak on to zrobił?! - Nie mogę tego sobie wyobrazić. Bo wiem, jak trudno jest utrzymać jednego konia, kiedy ktoś obok wystrzeli choćby raz. A tam była kanonada. I trzy konie. Poza tym wielu ludzi by pomyślało: puść je do cholery i chowaj się w jakimś bunkrze. On nie. W Janowie Podlaskim pracowali wspaniali ludzie. Możemy mieć różne pomysły na przykład na służbę zdrowia, ale jak jedziemy na ostry dyżur z dzieckiem z 40 stopniami gorączki, to chcemy, żeby zajął się nim najlepszy lekarz, a nie taki, którego poglądy polityczne akurat znamy. Powiedzenie "końskie zdrowie" dla kogoś, kto zna konie, nabiera zupełnie innego znaczenia - konie to zwierzęta o niesamowicie delikatnej kondycji. Dlatego kluczowe jest tu zaufanie. Koniarze to patrioci, ale dla nich zdrowie koni jest ważniejsze niż to, kto akurat jest premierem. Nie boli pana ten brak zaufania w Polsce? - Widziałem ranking, według którego tylko 20 procent Polaków uważa, że dziennikarze wykonują uczciwie i rzetelnie swoją pracę. Nie jest to wspaniały wynik, ale wie pan, ile procent tak ocenia posłów? Pięć? - Trzy! Jesteśmy lepsi prawie siedem razy! Choć lepiej by było dwadzieścia razy. Gdy upadła komuna, zaczęliśmy budować nowy kraj, w którym może najbardziej ceniono indywidualizm. To ma swoje zalety i może było nieuniknione, ale jest też w tym sporo ryzyka. Poczucie bycia częścią wspólnoty nie zawsze było najważniejsze. Niech pan się przejdzie na stare Powązki. Na niektórych płytach nagrobnych jest epitafium składające się z jednego słowa - "Obywatel". Nie ten od Milicji Obywatelskiej i PRL-u, tylko Obywatel II Rzeczypospolitej Polskiej. Ludzie byli dumni, gdy mogli powiedzieć: Jestem obywatelem II RP . W tym jednym słowie zawarte było wszystko. Byłoby wspaniale, gdyby niezależnie od kolejnych wyborów to poczucie obywatelskości w III RP było tak samo cenne jak w II RP.

Piotr Kraśko. Dziennikarz i prezenter telewizyjny. Od 1991 do 2016 w TVP. Był korespondentem TVP w Brukseli (2003), w Rzymie (2004-2005) i w Waszyngtonie (2005-2008). Szef redakcji "Wiadomości" w latach 2012-2016. Prowadzi "Poranek Radia TOK FM", o d 2016 r jest też prezenterem TVN. Współprowadzi "Dzień Dobry TVN", jest gospodarzem programu "Fakty z zagranicy" w TVN24 BIS. Zdobył "Wiktora" w kategoriach "Najlepszy prezenter" (2008) i "Prezenter telewizyjny" (2013).

Michał Gostkiewicz . Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej pracował w dziale zagranicznym "Dziennika" i w tygodniku "Newsweek". Rozmawiał m.in. z Richardem Bransonem, Benjaminem Barberem, Robertem Biedroniem i prezydentem Andrzejem Dudą. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze i Instagramie .