Domainer to osoba rejestrująca i sprzedająca domeny internetowe

Domainer to osoba rejestrująca i sprzedająca domeny internetowe (fot. Shutterstock)

materiał promocyjny partnera weekendu

Zarabiają krocie, sprzedając powietrze - polscy domainerzy

Darek, tak jak wielu Polaków, zaczyna dzień od porannej kawy i lektury serwisów informacyjnych. Nie szuka w nich jednak wiadomości, ale inspiracji. Notuje pomysły na nowe adresy internetowe, a następnie wpisuje je w wyszukiwarkę, aby sprawdzić, czy ktoś inny już ich nie zarejestrował. Darek jest domainerem - osobą rejestrującą i sprzedającą domeny internetowe.

Domeny są pasją Darka już od kilkunastu lat. Przez jego ręce przewinęły się takie adresy jak Lejdi.pl (odkupiona przez sklep z modą damską), Opny.pl (kupiona przez sklep z oponami samochodowymi) czy Tora.pl (wciąż czeka na nabywcę).

- Pomysłów na nowe nazwy domen szukam wszędzie: w wiadomościach i na spacerze, czytając szyldy, plakaty albo hasła reklamowe - mówi Darek. - Przyglądam się raczkującym projektom filmowym, muzycznym, naukowym i biznesowym, szukam informacji o nowych technologiach. Przeglądam słowniki, bawię się słowem, tworząc skrótowce. Wreszcie zaglądam na listy domen, które wygasają, oraz na ich wyprzedaże. Domenę Lejdi.pl kupiłem zainspirowany plakatem filmu "Lejdis" - jak się okazało, nawet po jego premierze była wolna.

Początki domainingu w Polsce sięgają lat 90. ubiegłego wieku. Aby zdobyć własny adres internetowy, należało faksem wysłać podpisany wniosek do NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa), instytucji, która do dziś opiekuje się rejestrem polskich domen. Po otrzymaniu faksu pracownicy decydowali, czy przyznać domenę wnioskodawcy. Pierwsi domainerzy tworzyli wtedy programy do sprawdzania wolnych nazw domen i automatycznej wysyłki faksu do NASK za pomocą modemu podłączonego do komputera PC.

Michał Pleban, twórca serwisu AfterMarket.pl, obecnie największej giełdy domen internetowych w Polsce, przyznaje: - Na początku nawet moi rodzice nie rozumieli, czym się właściwie zajmuję. Sprzedaż adresów internetowych, których nie można znaleźć na "prawdziwej" mapie? Stwierdzili wreszcie, że "sprzedaję ludziom powietrze" i jeszcze mi za to płacą! I tak już zostało - gdy dziś rozmawiamy o moim biznesie, używamy tego określenia.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Jedna litera za kilkadziesiąt tysięcy

O wartości dobrych nazw domen kilkanaście lat temu myślało niewielu. Jak wspomina pracownik jednej z firm rejestrujących domeny: - Pewnego dnia zgłosił się do nas klient z prośbą, aby skasować jego jednoliterową domenę. Nie byłem pewien, czy go dobrze zrozumiałem - skasować taką domenę? Tak, nie była już mu do niczego potrzebna i nie chciał czekać, aż sama wygaśnie.

Dzisiaj jednoliterowe domeny .pl osiągają ceny kilkudziesięciu tysięcy złotych. O znaczeniu i wartości dobrych adresów internetowych nie trzeba już nikogo przekonywać. Nazwa domeny internetowej jest jak wizytówka biznesu - klienci widzą ją w reklamach i materiałach prasowych, słyszą w radiu i telewizji. Jeśli jest prosta, łatwa do zapamiętania i "wpada w ucho", może przyczynić się do sukcesu projektu. I przeciwnie - kiepski adres internetowy zmniejsza szanse na pozyskanie klientów w sieci.

Agnieszka, trener rozwoju osobistego, długo myślała nad domeną dla swojego projektu internetowego dla kobiet: - Adres internetowy jest trochę jak ten "prawdziwy": ludzie łatwiej trafią do sklepu znajdującego się przy głównej arterii niż w bocznej uliczce. Z nazwą domeny jest podobnie, dlatego dla swojego projektu sprawdziłam kilkadziesiąt nazw. Ostatecznie kupiłam domenę FajnaBabka.pl za 1000 zł. To niewielka część mojego budżetu reklamowego, a uważam ją za bardzo dobrą inwestycję - wszyscy, którym opowiadam o projekcie, od razu zapamiętują tę nazwę.

Zgodnie z danymi pochodzącymi z giełdy AfterMarket.pl w Polsce co miesiąc na tak zwanym rynku wtórnym domen dokonuje się transakcji za blisko milion złotych, z czego kilka-kilkanaście transakcji opiewa na pięcio- i sześciocyfrowe kwoty. Większość z nich pozostaje nieujawniona, gdyż zarówno sprzedający, jak i kupujący nie chcą, aby zaglądano im do portfeli. Część cen przedostała się jednak do wiadomości publicznej: wiemy m.in. o sprzedaży domeny Kino.pl za 150 tys. zł albo Magazyny.pl za 130 tys.

Firmy są skłonne sporo zapłacić za domenę, ponieważ w dłuższej perspektywie im się to opłaca. Właściciele sklepu Lejdi.pl przekonują, że pieniądze wydane na adres zwróciły im się z nawiązką: - Krótka i łatwa do zapamiętania domena upraszcza wyszukiwanie naszego sklepu. Często pojawiamy się w prasie, ale przy poprzedniej, dłuższej nazwie klienci zapamiętywali tylko jej część i mieli potem trudności z odnalezieniem naszego sklepu. Zmiana adresu wymagała od nas wkładu finansowego oraz nakładu czasu na przeniesienie domeny i przywrócenie pozycji w Google, jednak z perspektywy czasu była dla nas opłacalna.

Ile dokładnie kosztowała ta domena? Tego żadna strona nie chce ujawnić.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Perełki do przechwycenia

Jak dzisiaj znajdować dobre nazwy domen? Darek wskazuje kilka źródeł. Pierwszym z nich jest oczywiście wymyślanie i rejestracja nazw, na które nikt do tej pory nie wpadł. Przydaje się tutaj znajomość określonej branży: lekarze rejestrują więc domeny medyczne, a kucharze tworzą nazwy z branży gastronomicznej. Domainerom, którym chwilowo zabrakło pomysłów, z pomocą może przyjść serwis GeneratorDomen.pl, "wymyślający" co kilka sekund nową domenę na podstawie słów wpisywanych w wyszukiwarkę Google. Jednak aby zainwestować w domenę, wcale nie trzeba tworzyć nowych nazw.

- Spora część domen pochodzi z tak zwanego przechwytywania, czyli ponownej rejestracji adresów, których poprzedni właściciele z jakiegoś powodu nie przedłużyli na kolejny rok. Taka domena po 30 dniach staje się znów wolna i można ją ponownie zarejestrować - wyjaśnia Michał Pleban. - Kiedyś nawet bardzo dobre domeny po wygaśnięciu "leżały" wolne godzinami, teraz nasze skrypty przechwytują je w ciągu kilku milisekund. Często wśród wygasających domen trafiają się prawdziwe perełki, które można w ten sposób pozyskać za ułamek ich wartości.

I rzeczywiście, lista domen dostępnych do przechwycenia w AfterMarket.pl zawiera obecnie ponad 600 tysięcy porzuconych nazw. Większość z nich oczywiście nie ma dużej wartości, dlatego domainerzy sortują ją i filtrują według różnych kryteriów - znalezienie ciekawej nazwy, którą przeoczyli inni, jest powodem do dumy. Nazwy można też pozyskiwać na wyprzedażach domen, zwłaszcza na tak zwanych aukcjach Last Minute - domeny są tu wystawiane tuż przed wygaśnięciem.

"Gdybym wtedy kliknął 'rejestruj'"

Domaining jest dla jednych stałym źródłem utrzymania, dla innych sposobem na inwestycję kapitału. A dla coraz większej liczby osób jest to po prostu możliwość dodatkowego zarobku przy niewielkim zaangażowaniu czasu i środków. Jako dodatkowe zajęcie handel domenami wybierają więc zarówno studenci, jak i osoby na co dzień działające w innych branżach. Jedną z nich jest Andrzej.

- Zainteresowałem się domenami kilka lat temu. Miałem 19 lat i niewielkie środki finansowe, więc domeny wydały mi się idealnym tematem - opowiada. - Na początku spędzałem sporo czasu w Internecie, ale teraz wystarcza mi około pół godziny dziennie na przejrzenie list domen do przechwycenia i wyprzedaży na aukcjach. Inwestuję głównie w domeny krótkie, trzyliterowe albo czteroliterowe, z których da się utworzyć jakiś sensowny skrót w języku polskim albo angielskim. Można je łatwo kupić za kwoty od 50 do 500 zł, a potem odsprzedać klientowi za 1000-5000 zł. Większość klientów samodzielnie znajduje moje nazwy na giełdzie. Jak na zajęcie, które zajmuje mi dwie-trzy godziny w tygodniu, nie narzekam na zyski.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Społeczność domainerów dorobiła się już własnego języka. I tak "KK" to "klient końcowy", czyli osoba kupująca domenę w celu jej faktycznego zagospodarowania. Jest też "transakcja D2D", czyli "transakcja między domainerami", odkupienie adresu od innego inwestora. "Literówka" to domena różniąca się od innej, popularnej nazwy jedną albo dwiema literami. Generuje  ona "ruch", bo ludzie popełniają pomyłkę przy wpisywaniu oryginalnego adresu. "Ruch" mogą też generować domeny, na których kiedyś istniał serwis internetowy. Można na nim zarobić poprzez "parkowanie", czyli podpięcie domeny pod serwis wyświetlający reklamy. Rejestratorzy domen nastawieni na obsługę domainerów, jak AfterMarket.pl, pozwalają klientom "zaparkować" swoje domeny automatycznie, zaraz po ich rejestracji.

Aby dobrze sprzedać swoją domenę, należy się upewnić, że nie jest to "nindża", czyli domena bez wartości. Jak uniknąć rejestracji "nindży"? Michał podpowiada: - Po pierwsze, zastanów się, kto byłby potencjalnym klientem na domenę. Jak dużo jest takich firm, ile byłyby skłonne zapłacić (czyli ile jest pieniędzy w danej branży), oraz w jaki sposób możesz do nich dotrzeć z ofertą sprzedaży? Po drugie, rozmiar ma znaczenie: im krótsza nazwa, tym lepsza. Jednak także dwu-, a nawet trzywyrazowe domeny sprzedają się bardzo dobrze, jeśli jasno i konkretnie opisują produkt albo usługę, na przykład ZegarkiSzwajcarskie.pl albo ProjektowanieUlotek.pl.

Domainerzy kupują więc dwu-, trzy- i czteroliterowe domeny, ponieważ coraz więcej firm widzi wartość posiadania krótkiego (a przez to łatwego do zapamiętania) adresu. Dlatego Nasza Klasa przeniosła się na adres NK.pl, Facebook korzysta z FB.com, a biuro podróży Rainbow (dawniej Rainbow Tours) od dwóch lat używa domeny R.pl. Drugim rodzajem domen, których rejestracja może przynieść spore zyski, są tak zwane generyki - jedno- i dwuwyrazowe nazwy opisujące produkt albo usługę, jak "drukarki", "ogrodnictwo" czy "centrum depilacji".

Coraz większą popularność zyskują tzw. domeny brandingowe, czyli takie, które mogą stać się nazwą firmy. Wymyślanie domen brandingowych to idealne zajęcie dla osób kreatywnych i lubiących bawić się słowem. O jednej z nazw ze swojego portfolio mówi Darek: - Domena Perfumerium.pl skojarzyła mi się z frazą "imperium perfum". Taka nazwa może stać się ciekawym brandem firmy i wyróżniać ją na tle konkurencji, bo słowo "perfumy" czy "perfumeria" w domenie może posiadać wiele firm, ale brand jest unikatowy.

Na koniec pytamy jeszcze Darka o jego największą wtopę domenową. - Kilkanaście lat temu interesowałem się rynkiem kenijskim - gospodarka szybko się rozwijała, Internet dopiero raczkował, więc wolnych domen było w bród. Język urzędowy angielski - to kolejne duże ułatwienie - wspomina. - Zastanawiałem się m.in. nad rejestracją domeny Orange.co.ke, która była wtedy wolna. Pomyślałem jednak: jakie jest prawdopodobieństwo, że Orange wejdzie do Kenii? No cóż, gdybym wtedy kliknął "rejestruj"...