Ponoć szpieg to jeden z najstarszych zawodów świata

Ponoć szpieg to jeden z najstarszych zawodów świata (fot. Shutterstock)

materiał promocyjny partnera weekendu

Jak kończą szpiedzy? Śmierć w szpitalnym łóżku to rzadki przywilej

Kiedy Wiktor Suworow, pisarz, były oficer GRU, zaczynał swoją pracę w wywiadzie, pokazano mu, jak kończą zdrajcy. Zobaczył na filmie egzekucję polegającą na spaleniu żywcem szpiega, który nie pozostał wierny.

Bezwłosy mężczyzna o woskowej skórze leżący na szpitalnym łóżku londyńskiego szpitala - takie zdjęcie obiegło świat w listopadzie 2006 roku. Człowiek ze zdjęcia to Aleksander Litwinienko, wpływowy szpieg, podpułkownik KGB, przekształconego po upadku ZSRR w Federalną Służbę Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB). Agent, któremu udało się uciec do Wielkiej Brytanii i uzyskać azyl polityczny. Tam został zatrudniony przez MI6 jako ekspert ds. rosyjskiej przestępczości zorganizowanej.

1 listopada Litwinienko odbywa kilka spotkań. Je lunch z włoskim prawnikiem Mario Scaramellą, konsultantem komisji Mitrochina, która bada powiązania włoskich polityków z KGB. Scaramella ponoć uzyskał informacje związane z morderstwem Anny Politkowskiej, niezależnej dziennikarki krytycznie odnoszącej się do administracji Putina. Politkowska została zastrzelona w windzie bloku, w którym mieszkała, zaledwie trzy tygodnie wcześniej, 7 października. Litwinienko prowadził własne śledztwo w sprawie tego głośnego morderstwa.

Kadr z serialu 'Wojny szpiegów' (fot. A+E Networks)
Kadr z serialu 'Wojny szpiegów' (fot. A+E Networks)

Wcześniej, zanim udał się na lunch z włoskim prawnikiem, spotkał się ze znajomym z czasów pracy w FSB, Andriejem Ługowojem, oraz innym, nieznanym mu mężczyzną, który przedstawił się jako Władimir. Nieznajomy był małomówny, nalegał jednak na wspólne wypicie herbaty. Jak się później okazało - herbaty doprawionej radioaktywnym polonem.

Litwinienko trafia do szpitala jeszcze tego samego dnia. Wcześniej, podejrzewając otrucie, robi sobie płukanie żołądka. Ma mdłości, biegunkę, wysoką gorączkę. Lekarze początkowo sądzą, że to silna infekcja lub zatrucie pokarmowe. Po kilku dniach zwalniają Litwinienkę do domu, ten jednak wraca z silniejszymi objawami. Ma infekcję gardła, nie może przełykać, wypadają mu włosy. Ból jest trudny do opisania. Media obiega informacja, że były rosyjski agent został otruty na zlecenie rosyjskich władz.

Po jego śmierci, do której doszło w nocy z 23 na 24 listopada 2006 roku, eksperci ds. służb specjalnych mówią otwarcie, że to była pokazowa egzekucja. Tę śmierć miał zobaczyć cały świat, wszyscy, którzy choćby raz pomyśleli, by sprzeciwić się potężnym służbom specjalnym. Bo agenci rzadko umierają w szpitalach i w świetle telewizyjnych kamer. Zwykle kończą żywot w zapchlonych celach, na szubienicy lub przed plutonem egzekucyjnym. Śmierć w szpitalnym, a tym bardziej we własnym, łóżku to rzadki przywilej.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Kropla drąży skałę

W lipcu tego roku władze Iranu poinformowały o rozbiciu amerykańskiej siatki szpiegowskiej oraz o skazaniu kilkorga zatrzymanych agentów na śmierć. Wszyscy byli Irańczykami pracującymi przy programach militarnych i nuklearnych. Władze zrobiły wokół ich zatrzymania prawdziwy show, łącznie z nakręceniem paradokumentu pokazującego, jak cała szajka została rozpracowana przez irańskie służby wywiadowcze. Do kolejnych zatrzymań doszło na przełomie września i października tego roku. W tym wypadku również proces był szybki. Zakończył się dwoma wyrokami 10-letniego więzienia i jednym wyrokiem śmierci.

Egzekucja - właśnie tak najczęściej kończą złapani agenci obcego wywiadu. Postawieni przed plutonem, powieszeni na szubienicy lub usmażeni na krześle elektrycznym. O większości tych śmierci, jak i o działaniach samych agentów, opinia publiczna nie ma pojęcia. Nie zna również szczegółów przesłuchań, w trakcie których perswazja idzie ręka w rękę z wyrafinowanymi torturami.

"Z akumulatorem na jajach jeszcze nikt nie kłamał" - te słowa z filmu "Psy" Władysława Pasikowskiego dość dobrze oddają upodobanie wszelkiego rodzaju służb do tortur prądem. Wystarczy niewielki akumulator lub specjalna pałka elektryczna, by dorosły mężczyzna zwijał się z bólu i nie kontrolował odruchów fizjologicznych.

Kadr z serialu 'Wojny szpiegów' (fot. A+E Networks)
Kadr z serialu 'Wojny szpiegów' (fot. A+E Networks)

Wspomniane przy okazji Litwinienki rosyjskie służby wypracowały całą gamę tortur. Wśród nich tzw. okrągły stół. Przesłuchiwanych sadzano wokół stołu i przytwierdzano ich do krzeseł i stołu gwoźdźmi. Przebijano dłonie, a nawet języki i uszy. 

Z kolei Azjaci upodobali sobie techniki tortur długotrwałych. I tak złapani przez nich agenci byli unieruchamiani na wiele tygodni, aż na ich ciałach pojawiały się bolesne odleżyny. Ten sposób znęcania się nad więźniami łączono z innymi, na przykład torturą polegającą na spadaniu na ciało kropel wody. Drążyły one tkanki tak, jak kropla żłobi skałę. Innym sposobem na zadawanie niewyobrażalnego bólu, a na koniec - śmierci, było zawieszanie nad głową skazańca mechanizmu, który poruszał małą metalową kulką. Kulka, choć z niewielką siłą, to rytmicznie i przez długi czas uderzała w czaszkę...

W ostatnich latach najgłośniej było o torturach, jakim CIA poddawała osadzonych w więzieniu Guantanamo. Więźniom podawano jedzenie przez nozdrza, szczuto ich psami, poniżano oraz stosowano tzw. waterboarding. Ponoć jest to technika, która potrafi złamać każdego w bardzo krótkim czasie. Polega na wywołaniu wrażenia tonięcia. Torturowanego kładzie się na desce głową w dół pod łagodnym kątem tak, by nogi były wyżej niż głowa. Na jego twarzy kładzie się kawałek materiału, który następnie polewa się wodą. Przesłuchiwany odnosi wrażenie, że się dusi, tonie, woda zalewa mu nozdrza i usta, nie może złapać oddechu. Podobna metoda, jednak stosowana na unieruchomionych, wiszących głową w dół więźniach, stosowana była przez polską Służbę Bezpieczeństwa.

Więźniowie w Guantanamo w 2012 roku (fot. domena publiczna)
Więźniowie w Guantanamo w 2012 roku (fot. domena publiczna)

To tylko kilka z długiej listy sposobów na zadawanie bólu, wymuszanie zeznań czy wreszcie zabijanie stosowanych przez służby różnych krajów. Nic dziwnego, że wielu agentów, mając przed sobą taką perspektywę, wolało samobójstwo niż bycie przesłuchiwanym. Ponoć angielscy szpiedzy, rozsyłani przez rząd Churchilla w różne części okupowanej Europy, na każdą misję udawali się z fiolką wypełnioną cyjankiem. Przy ciężkim zatruciu cyjankiem zgon może nastąpić już po kilku minutach od zażycia, co dla szpiegów oznaczało, że unikną cierpień i na pewno nie zdradzą żadnej z tajemnic.

Atomowi szpiedzy

Jednak czasami, jak to miało miejsce w wypadku złapanych Irańczyków czy Litwinienki, kara jest upubliczniana i ma stanowić przestrogę. Właśnie taki los - pokazowy proces i śmierć na krześle elektrycznym - spotkał małżeństwo Rosenbergów oskarżonych o przekazanie ZSRR tajemnic broni jądrowej.

Żeby w pełni zrozumieć, co zrobili Rosenbergowie, przypomnijmy, czym był projekt "Manhattan". To amerykański program naukowo-militarny, największy, najwyżej dotowany i skupiający najznamienitszych naukowców pierwszej połowy XX wieku. Cel? Stworzenie bomby atomowej.

Lata 40. XX wieku. Nad bronią, która ma odmienić losy drugiej wojny światowej, pracuje ponad dwadzieścioro ówczesnych i przyszłych laureatów Nagrody Nobla. Wszystko, co wychodzi spod ręki badaczy, każdy skrawek papieru, każda notatka, jest ściśle tajne. A oni żyją odseparowani od świata zewnętrznego, pod nieustanną ochroną. Nad bronią atomową pracują przecież jednocześnie naukowcy Trzeciej Rzeszy. Nie próżnuje się też w tajnych sowieckich laboratoriach. Liczy się czas.

Mimo środków ostrożności Sowietom udaje się umieścić w samym sercu projektu, w laboratoriach atomowych w Los Alamos, wiernego szpiega - niemieckiego fizyka Klausa Fuchsa.

Fuchs to socjalista ideowy. Przekonanie o jedynej słusznej socjalistycznej drodze wpoił mu ojciec. Jeszcze na studiach w Lipsku Klaus zapisał się do partii socjaldemokratycznej, którą porzucił, gdy ta zaczęła popierać Adolfa Hitlera. Jawnie sprzeciwiał się ideologii hitlerowskiej, co zmusiło go do ucieczki do Anglii, a następnie do USA. Tam jako ceniony już fizyk dołącza do naukowców skupionych wokół projektu budowy bomby atomowej. Szybko nawiązuje kontakt z sowieckim łącznikiem, któremu przekazuje wiele tajemnic, w tym plan bomby plutonowej Fat Man, która została zrzucona na Nagasaki. Po wojnie opuszcza USA, jednak zanim wyjedzie, bardzo dokładnie zapoznaje się z każdym dostępnym w Los Alamos dokumentem.

Bombę atomową, która była efektem działań projektu 'Manhattan', zrzucono na Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku (fot. Shutterstock)
Bombę atomową, która była efektem działań projektu 'Manhattan', zrzucono na Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku (fot. Shutterstock)

Przez kilka lat wydaje się, że kradzież tajemnicy broni nuklearnej ujdzie Fuchsowi na sucho. Do czasu. W 1949 roku na poligonie w Semipałatyńsku odbywa się pierwsza próba sowieckiej bomby plutonowej będącej wierną kopią tej, którą Amerykanie zrzucili na Nagasaki. Amerykanie już rozumieją, że ich tajemnica została wykradziona. Nie mogąc dosięgnąć Fuchsa, który przebywa w Anglii, szukają jego łączników. Tak trafiają na Davida Greenglassa, pracownika Los Alamos, który przyznaje się do szpiegostwa i ujawnia, że był inspirowany oraz prowadzony przez siostrę i szwagra - Ethel i Juliusza Rosenbergów. Śledztwo wykazuje, że małżeństwo przekazało Sowietom setki dokumentów, w tym wiele informacji na temat amerykańskiego programu nuklearnego. Proces  stulecia - jak nazwała go prasa - rusza w 1951 roku i trwa dwa lata. Ethel i Juliusz utrzymują, że są niewinni. Ale wyrok śmierci zostaje wydany.

Nie pomagają apele zarówno ówczesnego papieża, jak i samego Alberta Einsteina. 19 czerwca 1953 roku o zachodzie słońca w więzieniu Sing Sing na krześle elektrycznym umiera Juliusz. Tego samego dnia uśmiercona zostaje jego żona. Jej egzekucja nie zostaje przeprowadzona sprawnie. Po pierwszej próbie serce Ethel wciąż bije. Trzeba kilka razy puszczać prąd, zanim kobieta umrze w cierpieniach.

David Greenglass otrzymuje wyrok więzienia. Odsiaduje dziewięć i pół roku. Sam Fuchs zostaje aresztowany i osądzony w Anglii. Jego proces, podobnie jak proces Rosenbergów, jest medialnym spektaklem. Naukowiec przyznaje się do szpiegowania na rzecz Związku Radzieckiego. Ma jednak szczęście - w czasach gdy dopuścił się szpiegostwa, ZSRR nie był uznawany przez Anglię za wroga, co uniemożliwiło skazanie go na karę śmierci. Słyszy wyrok 14 lat więzienia, zostaje jednak zwolniony po dziewięciu latach odsiadki. Potem przenosi się do Niemiec i kontynuuje badania naukowe. Najcenniejszy szpieg Stalina umiera śmiercią naturalną w 1988 roku, w wieku 76 lat.

David Greenglass (fot. domena publiczna)
David Greenglass (fot. domena publiczna)

"Wojny szpiegów"

Ponoć szpieg to jeden z najstarszych zawodów świata. Informacje o tym fachu i jego przedstawicielach znaleźć można nawet w Starym Testamencie. Szpiedzy, ryzykując własnym życiem, zmieniają historię świata. Pomagają wygrać wojny, często zanim te się jeszcze rozpoczną. Zwykle pozostają bezimiennymi postaciami, gotowymi na wszystko cieniami.

O życiu szpiegów opowiada nowy serial dokumentalny "Wojny szpiegów", którego gospodarzem jest laureat Złotego Globu i Emmy, Damian Lewis. Program będzie emitowany we wtorki o godz. 21.00 na kanale HISTORY. Pierwszy odcinek już 15 października.
Poszczególne części prezentują misje szpiegowskie ostatnich lat. Dzięki odtajnionym dokumentom, wypowiedziom ekspertów oraz relacjom agentów wywiadu, znającym temat z pierwszej ręki, poznajemy przebieg najbardziej spektakularnych misji. Począwszy od głośnej akcji wymiany szpiegów, przez fikcyjną produkcję filmu, która w 1979 roku doprowadziła do uwolnienia zakładników z ambasady amerykańskiej w Iranie, aż po dogłębną analizę osobowości najsprytniejszych i najbardziej niebezpiecznych podwójnych agentów.