Mateusz Juroszek, prezes STS

Mateusz Juroszek, prezes STS (mat. prasowe)

materiał promocyjny partnera weekendu

Zakłada się z nim pół Polski. "Przed naszą rozmową ktoś obstawił 50 tys. zł na Ligę Mistrzów"

Ma 31 lat, majątek wartości około miliarda złotych i prowadzi największą firmę bukmacherską w kraju. Tygodniowo przyjmuje ponad 2,5 mln zakładów i ciągle mu mało. STS niedawno ogłosił ekspansję na Europę. - Kiedy się wskoczy na dany poziom pracy i adrenaliny, to ciężko z niego zejść - mówi Mateusz Juroszek, zaglądając w komórkę. Ta pokazuje mu, że właśnie zyskał lub stracił milion złotych.

Pracuje pan w tak specyficznej branży, że chyba nie lubi ludzi, którzy mają nadmierne szczęście. Kiedy oni wygrywają, pan przegrywa.

Nie do końca. Nasz biznes składa się z trzech rzeczy: zarządzania ryzykiem, marketingu i technologii. W zakładach bukmacherskich nie chodzi o szczęście. Nie ma ludzi, którzy mają je cały czas. Staramy się przede wszystkim dać ludziom rozrywkę. Część z nich zakłada się dla zabawy, część dla przyjemności, część z przyzwyczajenia. Dla innych to hobby. Jeszcze innym lepiej ogląda się wydarzenia sportowe dzięki choćby małej porcji adrenaliny. Niewielu z naszych klientów próbuje być zawodowymi graczami i szuka naszych błędów, niedoszacowanych kursów. Najbardziej niebezpieczni są dla nas ci, którzy wiedzą więcej niż my. Na przykład, że w IV lidze drużyna A wcale nie jest faworytem meczu z ekipą B, bo jej kapitan miał wesele i większość chłopaków średnio nadaje się do gry. Wiedzą, że w II lidze koszykówki w Bułgarii pół drużyny właśnie złapało grypę żołądkową i na parkiecie nie będą błyszczeć, a my mamy na nich dobry kurs. W tych przypadkach nie chodzi o szczęście, tylko o wiedzę. Myślenie, żeby za kilka złotych odmienić swoje życie, towarzyszy raczej grom liczbowym. Ogólnie Polacy lubią sobie udowadniać, że się na czymś znają. Wytypowanie wyniku w skokach czy Formule 1 może połechtać ich dumę.

Mateusz Juroszek (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek (mat. prasowe)

Z panem zakłada się pół Polski (STS ma 47 proc. udziałów w rynku). Można powiedzieć, że od kilkunastu lat jest pan stroną w tej grze.

Sam obstawiam mało, głównie za granicą, ale nie chodzi tu o wygraną. Bardziej zależy mi, by zobaczyć, jak funkcjonuje konkurencja. Żyję z tego, że obstawiają inni. To dostarcza mi tyle emocji i ryzyka, że więcej nie potrzebuję. Wystarczy, że otworzę osobistą aplikację w komórce, aby  w realnym czasie obejrzeć to, co się dzieje w STS-ie. Wiem, ile klienci obstawili dziś, w tym tygodniu i miesiącu. Ile zarobiliśmy lub ile straciliśmy. Wiem nawet, ilu jest klientów online i jaki mamy obrót w poszczególnych punktach. Minęły już czasy, kiedy moi bukmacherzy dzwonili do mnie trzy razy dziennie z pytaniem, czy mają przyjąć jakiś zakład. Teraz mamy systemy autoryzacyjne, które działają same. Znani jesteśmy z tego, że nie odmawiamy zakładów. Nawet przed naszą rozmową ktoś obstawił 50 tys. zł na Ligę Mistrzów i obyło się bez konsultacji ze mną. Dzięki technice większość rzeczy dzieje się sama, co cieszy moją żonę. Mamy więcej czasu dla siebie.

Kierownicze stanowisko, praca siedem dni w tygodniu, duże ryzyko i jeszcze więcej stresu. Serce się przyzwyczaiło?

Podchodzę do tego statystycznie i matematycznie. Wiem, że w dłuższym terminie, przy dobrym zarządzaniu ryzykiem i właściwych kursach, będziemy osiągać dany procent wygrywalności. Kiedy na przykład trzy tygodnie jesteśmy pod kreską, nie wpadam w panikę, nawet cieszę się, że zyskali nasi klienci, bo będą grali chętniej.

Mateusz Juroszek i Michael Ballack podczas konferencji prasowej STS (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek i Michael Ballack podczas konferencji prasowej STS (mat. prasowe)

Ale kiedy Polska grała z Grecją na Euro 2012, a Polacy masowo obstawili nasze zwycięstwo, to po pierwszej połowie (1:0) miał pan kilka milionów w plecy.

To były czasy, kiedy STS miał 200 mln zł obrotu. W tym roku osiągniemy pewnie 3 mld zł, więc dzisiaj serce przez te kilka milionów już by tak nie biło. Zawsze byłem kibicem Polski, choć od momentu, w którym jestem właścicielem i prezesem firmy bukmacherskiej, patrzę na mecze również przez pryzmat interesów. Gdy odkupiliśmy firmę z rąk Brytyjczyków, miała ona kłopoty finansowe. Zaczęło się Euro 2012, a wraz z nim duże pieniądze w grze. Gdyby wtedy przyszło nam wypłacić  klientom kilkanaście milionów, mielibyśmy pewne trudności. Euro skończyło się jednak dla nas lepiej niż dla biało-czerwonej reprezentacji. Firma stanęła na nogi.

Pan pochodzi z rodziny, w której ważny jest i sport, i biznes. To pana trochę ukierunkowało?

Wychowałem się w małym mieście. Tata szybko zapisał mnie do piłkarskiego Piasta Cieszyn. Jeździłem z młodzieżowcami na turnieje do Żyliny, Ostrawy. W kraju ogrywaliśmy wtedy Górnika Zabrze, czasem Wisłę Kraków. Pamiętam, że strzeliłem pięknego gola z wolnego, grając przeciwko ekipie z Bielska-Białej. Dostałem nawet powołanie do reprezentacji Śląska. Na żaden trening w Cieszynie już jednak nie poszedłem, bo stwierdziłem, że muszę się uczyć. Chciałem wyjechać na studia zagraniczne. Jeździłem jeszcze na snowboardzie z Michałem Ligockim, zająłem nawet siódme miejsce w mistrzostwach Polski juniorów w half-pipe. Robiłem to wszystko dla przyjemności. Teraz często pływam na kitesurfingu.

Mateusz Juroszek (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek (mat. prasowe)

Kiedy wyłącza pan komórkę i nie patrzy na zakłady, to i tak tego sportu jest ciągle wokół pana dużo?

Gdyby był pan w weekend w moim domu rodzinnym, to w piątek wieczorem obejrzałby pan z rodzicami mecz Ekstraklasy. W sobotę tata [Zbigniew Juroszek - przyp. red.], który był kiedyś skoczkiem, jedzie na narty. O godzinie 7.30 jest już na Słowacji, żeby być pierwszy na stoku. Po czterech godzinach wraca i z moją mamą oglądają skoki w telewizji. Po południu przeważnie włączają też siatkówkę lub ręczną, a wieczorem na przykład Real Madryt. W niedzielę jest podobnie, choć rodzice jeżdżą też na wycieczki rowerowe. Mama była ze mną na Euro i na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Ostatnio z moją żoną wzięliśmy ją na mecz Inter - Barcelona. Była zachwycona, nie tylko Mediolanem.

Żona nie narzeka na nadmiar futbolu oraz pana pracę?

Wszystko jest kwestią organizacji i logistyki. Poza tym mam bardzo dużo energii. Kiedy się wskoczy na dany poziom pracy i adrenaliny, ciężko to odstawić. W poniedziałek wstałem o 5 rano, pojechałem do Katowic i pracowałem do 18. Pechowo się zatrułem. Miałem drgawki, czułem się kiepsko, ale mimo to we wtorek poszedłem do pracy. Załatwiłem sobie kroplówki i jak pan widzi, w środę [w tym dniu odbyła się rozmowa - przyp. red.] jest już OK. Choruję raz na 10 lat. W tym tygodniu zorganizowałem też dla rodziny weekend w Sopocie. Niektóre rzeczy mam w kalendarzu zaplanowane na rok do przodu.

Mateusz Juroszek (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek (mat. prasowe)

Rodzina się panu powiększy, będzie jeszcze trudniej.

Przy dwuletnim synku obowiązków jest sporo, a będzie jeszcze więcej, jak urodzi się córeczka. Z aktywności jednak nie rezygnuję. Od maja do września w każdy weekend, po wyjściu z biura w Warszawie, wkładam dres i jadę na Hel, gdzie mam przyczepę. Pływam, korzystam ze świeżego powietrza, a w poniedziałek o 5 rano wsiadam w samochód i o 9 jestem w firmie w stolicy. Podczas jednego z wyjazdów na nadbałtyckiej plaży poznałem żonę. Była projektantką dużej polskiej firmy odzieżowej. Też sporo latała po Europie. Potem przeniosła się do Warszawy i zaczęła pracę w firmie robiącej stroje dla sportowców. Przygotowała kolekcję olimpijską reprezentacji Polski na Igrzyska w Rio. Potem przygotowywała też stroje dla reprezentacji Serbii, w tym Novaka Djokovicia.

Wracając do pytania - wiedzieliśmy z żoną, na co się piszemy, więc kiedy rodzina się powiększy, będziemy musieli się dostosować. Teraz, kiedy STS wszedł na rynek europejski, podróżuję jeszcze więcej, ale często z żoną. Namówiłem ją, by założyła własną firmę. Wieczory przeważnie mam zarezerwowane dla rodziny, ale zdarza się, że nocami nadrabiam zaległości z pracy.

Syn już pyta, kto wygrał mecz, czy na razie tylko biega za piłką?

Po swoich pierwszych krokach w życiu od razu kopnął piłkę. Gra nawet nieźle. W Barcelonie, kiedy sobie kopaliśmy na placu, ludzie robili mu zdjęcia. Nic mu nie narzucam, ale uważam, że sport jest bardzo ważny. Myślę, że więcej radości sprawi mi, gdy będzie schodził ostatni z boiska niż świadectwo z paskiem. Wolę, żeby był zdrowy niż najmądrzejszy w klasie.

Mateusz Juroszek i Michael Ballack (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek i Michael Ballack (mat. prasowe)

Z tym zdrowiem u pana mogło być różnie. Przeżył pan wypadek helikoptera.

Ojciec miał helikopter, sporo nim latał. Pewnego razu zaproponował, że razem polecimy z Katowic do domu. Po drodze oglądaliśmy jego inwestycje budowlane. Niedaleko Cieszyna podziwialiśmy krajobraz. Kiedy przelatywaliśmy koło domu mojej cioci, nagle zaczęliśmy się szybko obracać i spadać. Na szczęście nie byliśmy bardzo wysoko. Do dziś nie wiemy, czy to była wina podmuchu wiatru, czy usterka tylnego wirnika. Spadliśmy na czyjąś posesję. Maszyna uszkodziła dom, dach, drzewo, płot, samochód, ale finalnie wylądowała w ogródku. Gdybyśmy z pełnym bakiem wbili się na pręty ogrodzenia, mogłoby dojść do tragedii. Uderzyliśmy jednak w ziemię. Pierwsza reakcja? Żyję! Szybko zorientowałem się, że z ojcem jest coś nie tak. Wraz z pilotem wyciągnęliśmy go na zewnątrz maszyny. Zadzwoniliśmy po pogotowie. Nie wiedziałem nawet, co mam im powiedzieć. Że rozbiliśmy się w jakimś ogródku, a tata potrzebuje pomocy? Okazało się, że ma uszkodzony kręgosłup. Pękły mu kręgi. Na szczęście mąż mojej cioci, obok której wylądowaliśmy, jest lekarzem. Szybko przybył na miejsce. Przyjechała też karetka i policja, a ja poprosiłem kogoś, by podwiózł mnie do domu. Chciałem z mamą jechać do taty do szpitala. Stamtąd zabrała mnie policja. Funkcjonariusze zarzucili mi, że uciekłem z miejsca wypadku. Musiałem wrócić na miejsce zdarzenia, bo przyjechała tam Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Powiedzieli, że miałem dużo szczęścia i doradzili, żeby podziękować pilotowi, że żyjemy.     

Do tej pory nigdy normalnie nie wylądowałem helikopterem, bo to był mój pierwszy i jedyny raz. Miałem też obawy przed lataniem samolotami, ale uznałem, że to część mojej pracy i życia. Teraz już o tym nie myślę.   

Swój zakład z losem pan zatem wygrał.

I to nie raz. Kiedyś miałem też wypadek w górach. Byłem tam na obozie harcerskim. Trwała zabawa terenowa. Chciałem zejść po skarpie. Niestety, spadłem z niej. Rozciąłem sobie twarz oraz odcinek obok tętnicy. Transportowano mnie do szpitala, przeszedłem operację, ale przeżyłem.

mat. prasowe
mat. prasowe

Ostatnio chyba miał pan za dużo spokoju, bo szuka pan znów nowych wyzwań. STS ruszył na podbój Europy i chce obsługiwać klientów za granicą.

To jest ważne dla naszej firmy, naszych klientów i klubów, które wspieramy. Takie potwierdzenie, że Polak potrafi.  Na studiach w Helsinkach najlepszy w grupie byłem ja i kolega z Polski. Wchodząc na rynek europejski, chcę też motywować moich pracowników, robić z nimi coś nowego. Szukanie dochodów poza polskim podwórkiem - gdzie radzimy sobie najlepiej - jest naturalnym posunięciem biznesowym.  

Dużą wartością STS zawsze było optymistyczne patrzenie w przyszłość i chęć bycia najlepszym. Kiedy mieliśmy 200 mln obrotów, mówiłem, że za chwilę będziemy mieć miliard. Kiedy w Polsce myśleliśmy o aplikacjach mobilnych, ja już wiedziałem, że w Anglii robi się na nich kilkadziesiąt procent przychodów.

Zastanawiał się pan, jak męskim światem zakładów bukmacherskich zainteresować kobiety? Badania pokazują, że stanowią one mniej niż 10 proc. grających.

Naciskałem, żebyśmy poszerzyli ofertę o inne dziedziny, niezwiązane ze sportem. Swego czasu zarabialiśmy spore pieniądze na. "Tańcu z Gwiazdami". Zwycięzców programu chętnie typowały właśnie kobiety. Dodając zakłady na "Must Be The Music", Oscary, wybory prezydenckie, było widać, że panie w tę zabawę włączają się ochoczo. W Wielkiej Brytanii są nawet pomysły, by stworzyć brand dla kobiet. Panie są dla bukmacherów dobrym klientem, bo obstawiają przede wszystkim sercem, a nie czystą kalkulacją. Ciekawa w tej materii jest Szwecja. Tam w kasynie połowa klientów to panie. Przeciętna Szwedka, kiedy ma iść w piątek z koleżanką do kina, zastanawia się, czy nie lepiej za te 100 euro pograć sobie na automatach przez tablet.

Mateusz Juroszek (mat. prasowe)
Mateusz Juroszek (mat. prasowe)

Pan, 31-latek z pierwszej dziesiątki listy młodych milionerów, kiedy ma się z kimś towarzysko spotkać czy pogadać, to częściej wykręca numer prezesa Lecha czy byłego właściciela Legii, a może rówieśnika z Cieszyna...  

Trochę moje życie się zmieniło. Z prezesem Lecha pan trafił, bo Karola Klimczaka lubię i często żartujemy na różne tematy. Z Bogusławem Leśnodorskim też mam świetny kontakt, ale nie chodzimy na kawę trzy razy w tygodniu, bo jesteśmy obaj zajęci. On cały czas na Kasprowym, a ja w pracy (śmiech). Mam znakomite relacje z pracownikami mojej firmy i lubię z nimi rozmawiać. Tak samo z moją żoną, z którą chętnie podróżuję. Kiedy przyjadę na Hel, mam się z kim napić wina, bo wszystkich wokoło znam. Znakomicie ułożyło mi się życie osobiste. Mam fajną pracę, robię to, co lubię. Najważniejsze, żeby zdrowie było. Z innymi rzeczami sobie poradzę.  

Czyli zakładając się z panem, że powinie się panu noga, raczej nic nie wygram? Mówił pan na początku, że nie ma ludzi, którzy mają szczęście cały czas.

Obecnie kurs na szczęśliwe życie Juroszka wynosi 1.01. Jak szczęścia będzie mniej, to wierzę, że obroni mnie dobra robota, którą tu wykonujemy.

STS posiada zezwolenie na urządzenie zakładów wzajemnych. Udział w nielegalnych grach hazardowych podlega karze. Hazard związany jest z ryzykiem