Kadr z filmu ''Zabójczy Jacques''

Kadr z filmu ''Zabójczy Jacques'' (fot. Nicolas Schul)

materiał partnera weekendu

Za co kochamy francuskie komedie? Ich twórcy nie boją się polityków ani tabu

"Zabójczy Jacques", który pojawi się w kinach od 15 września, to przykład nowej francuskiej komedii, która satysfakcjonuje wyrafinowane gusta krytyki, jak i tych, którzy w kinie zamiast myśleć o losach świata, chcą się po prostu pośmiać. Francuskie kino kocha jednych i drugich.

O tym, że Francuzi mają dryg do komedii, wie każdy amator kina. Już bracia Lumiere po wynalezieniu kinematografu wywoływali uśmiech na twarzy widzów filmikami w rodzaju "Polewacz polany" (1895), w którym ogrodnik nieumiejętnie obchodzi się z dzierżonym w rękach wężem z wodą. Tamte niewinne skecze naznaczyły na zawsze francuskie kino, którego marką stało się zdystansowane spojrzenie na rzeczywistość. W przeszłości nikt tak jak Francuzi nie rozliczył się w kinie z tematu wojny, nigdzie też nie było rewolucji na miarę francuskiej Nowej Fali. Dziś natomiast żaden kraj nie może pochwalić się tak naostrzonym ostrzem satyry jak nad Sekwaną.

Żarty z imigrantami i z imigrantów

Kino nieustannie przekracza kolejne tabu. Nie dziwią śmiałe obyczajowo sceny, ekstremalna przemoc ani naigrawanie się z hierarchów. Wciąż jednak twórcy otaczają się kokonem bezpieczeństwa i - czy to w Hollywood, czy w Polsce - nie nawiązują bezpośrednio do sytuacji społeczno-politycznej i nie rozliczają w kinie polityków z postaw, programów ani dokonań. Pod tym względem Francja jest wyjątkowa: tamtejszym twórcom komedii nic nie umknie. Scenarzyści patrzą na ręce rządzącym, a społeczeństwo trzymają pod lupą.


Kadr z filmu ''Zabójczy Jacques'' (fot. mat. prasowe)

Nic więc dziwnego, że nad Sekwaną powstają takie filmy jak "Czym chata bogata!" (2017) Philippe'a de Chauverona, w którym na tapecie jest kryzys imigrantów. Francja, tak jak reszta Europy, stoi przed wyzwaniem: zamknąć granice czy przyjmować przedstawicieli innych kultur. De Chauveron nie ma w swojej satyrze litości dla nikogo. Obśmiewa nie tylko skrajną prawicę, która na strachu przed innymi próbuje zbijać polityczny kapitał, ale i lewicę, która lansuje się na otwartą i gościnną, ale nie ma żadnej propozycji, co robić z nowo przybyłymi.

Mocno niepoprawny film nie cofa się nawet przed obśmianiem samych imigrantów, którzy dawno zauważyli, że życie na żebrach, drobnych kradzieżach i socjalu jest o wiele łatwiejsze niż borykanie się z trudami pracy. Jest ostro i niepoprawnie, a mimo to ostatnią rzeczą, jaką można o "Czym chata bogata!" powiedzieć, to że jest filmem antyimigranckim.

Autor już nie widmo

Autorskie przepracowywanie społecznych bolączek we francuskim kinie rozpoczęło się wraz z nastaniem Nowej Fali (awangardowy ruch w kinie francuskim - przyp. red.), która przedefiniowała myślenie o kinematografii. W latach 50. kinofilia, jak określa się miłość do filmu, stała się we Francji stylem życia. François Truffaut, Claude Chabrol czy Jean-Luc Godard na seanse biegali od najmłodszych lat w każdej wolnej chwili. Później zaczęli się udzielać jako krytycy filmowi, głównie w magazynie "Cahiers du cinéma" (ukazuje się do dziś od 1951 roku).

To silne męskie grono (spośród kobiet jedynie Agnes Varda zapisała się w historii nurtu) reprezentowało jasno sprecyzowane oczekiwania wobec kina, które miało stać się w pełni autorskie: dzieło filmowe musiało być na tyle wyraźne, by widz od razu rozpoznał twórcę, który za nim stoi. Że jest to możliwe, udowodnili sami redaktorzy pisma, którzy chwycili za kamery i wprowadzili swój program w życie. Tak powstały filmowe klasyki, m.in. "I Bóg. stworzył kobietę" (1956) Rogera Vadima, "Windą na szafot" (1958) Louisa Malle'a czy "400 batów" (1959) François Truffaut.

Tradycja kina autorskiego przetrwała we Francji do dziś. Nawet w lżejszym kinie to twórca stoi na pierwszym miejscu: tamtejsi reżyserzy najczęściej samodzielnie pracują nad scenariuszami, a później nierzadko sami obsadzają się we własnych filmach. Przykładem może być "Facet do wymiany" (2017) Guillaume'a Caneta. Canet zagrał w nim główną rolę, a w jego ekranową małżonkę wcieliła się Marion Cotillard, z którą dzieli także życie prywatne. Twórca wziął na warsztat problem Francuzów w średnim wieku, którzy - jak mówi: nie starzeją się z godnością. We Francji popularną praktyką panów po czterdziestce stało się wszczepianie botoksu, a zaniżanie wieku w aplikacjach randkowych typu Tinder czy Grindr to już norma.

Główny bohater "Faceta do wymiany" próbuje więc odmłodzić swoje ciało. Jego starania są na zmianę smutne i śmieszne, ale reżyser nie ogranicza się do dopiekania wyłącznie jemu. Pyta również nas, widzów, dlaczego śmiejemy się z jego pędu do młodości. Czy skoro z wszczepionym botoksem wygląda źle, ale czuje się dobrze, nie powinniśmy pozwolić mu żyć w zgodzie z jego potrzebami? Zakończenie filmu, kiedy mężczyzna wraca do żony, która nauczyła się akceptować jego pęd ku młodości, jest jednocześnie gorzkie, bo ich związek jest już inny niż na początku, ale i budujące.

Taka mieszanka nastrojów stała się także znakiem firmowym francuskiej komedii i pojawia się również w filmach Pascala Chaumeila. Ulubionym tematem reżysera są związki w niesprzyjającej ich trwaniu współczesności. W jego "Heartbreaker. Licencja na uwodzenie" (2010) Romain Duris (jeden z najzdolniejszych i najseksowniejszych aktorów młodego pokolenia) wcielił się w postać mężczyzny, szefa jednoosobowej agencji specjalizującej się w rozbijaniu związków. Jego zadaniem jest niedopuszczenie do ślubu angielskiego milionera z Francuzką, w którą wcieliła się Vanessa Paradis. 


Kadr z filmu ''Zabójczy Jacques'' (fot. Nicolas Schul)

W "Nauce spadania" czwórka obcych sobie osób spotyka się na dachu wieżowca. Chcą popełnić samobójstwo. Jednak ostatecznie zwierają pakt, że śmiertelny skok odłożą na sześć tygodni, do walentynek. Choć snute przez Chaumeila opowieści były zazwyczaj lekkie, im również nie można odmówić charakterystycznego autorskiego rysu. Jego ostatni film, "Zabójczy Jacques", który do polskich kin wchodzi 15 września, krytycy opisali jako połączenie kina Kena Loacha i braci Coen, a więc filmu społecznego z czarną komedią.

Kryzys ma białą twarz

Tytułowy bohater wywodzi się z małego francuskiego miasta, w którym główne źródło dochodu mieszkańców stanowi lokalna fabryka. Kiedy włodarze decydują się ją zamknąć, Jacques popada w długi. Zostawia go też dziewczyna, ewidentnie niezadowolona z jego niższego statusu materialnego. Trudną sytuację mieszkańców miasteczka próbuje wykorzystać lokalny mafioso, który zdaje sobie sprawę, że borykająca się z problemami finansowymi społeczność będzie gotowa na wiele, by odbić się od dna. Jacques otrzyma propozycję nie do odrzucenia: bonzo obsypie go złotem, jeśli tylko mężczyzna zabije jego żonę.

Chaumeil bawi się konwencją, raz uderza w komediowy ton, by za chwilę zręcznie przejść w trzymający w napięciu thriller. I chociaż śmiechu i absurdów twórca oferuje nam co niemiara, nie odrywa się od realnych problemów. Komentarz do sytuacji, w której znalazło się po kryzysie ekonomicznym z 2008 roku gros mieszkańców Francji, jest jasny. W "Zabójczym Jacques'u" krach finansowy ma twarz białego człowieka, który nie ma oporów, by wykorzystywać bliźnich. Chaumeil nieustannie igra z poprawnością polityczną, ale robi to z wyczuciem i bez przekraczania dobrego smaku. Podobnie jak w poprzednich filmach, również w "Zabójczym Jacques'u" Chaumeil  śmieje się z francuskiego społeczeństwa, ale spojrzenie ma trzeźwe.

Reżyser zmarł sierpniu 2015 roku, w wieku zaledwie 54 lat. Zostawił po sobie autorską spuściznę, której uwieńczeniem okazał się "Zabójczy Jacques". Dołączył do panteonu komediowych autorów, których docenili krytycy i pokochali widzowie. Bo taka właśnie jest nowa francuska komedia: egalitarna, satysfakcjonująca wyrafinowane gusta krytyki, jak i tych, którzy w kinie zamiast myśleć o losach świata, chcą się pośmiać. Kino kocha jednych i drugich tak samo.